W Londynie i Rudzie Śląskiej: Kliniczny Yarde i panowie z charakterem

Sporty walki
W Londynie i Rudzie Śląskiej: Kliniczny Yarde i panowie z charakterem
fot. Polsat Sport
W pustym studio TV gali Franka Warrena w Londynie nie zawiódł tylko Anthony Yarde.

Na ringu w pustym studio TV gali Franka Warrena w Londynie nie zawiódł tylko Anthony Yarde, a w Rudzie Śląskiej kibice przypomnieli nam jak wiele znaczy doping widowni, a polscy pięściarze, że stawką nie muszą być światowe rankingi, żeby nikt się nudził...

Londyn: światowy talent wygrywa w ciszy (i z lekką kontrowersją)

To miała być według angielskich dziennikarzy i samych pięściarzy “walka pełna ognia”, ale skończyło się na remisie po potyczce emocjonalnie  bezbarwnej. Rzadkim, bo jednogłośnym remisie w walce, w której obaj pięściarze nie bardzo chcieli zbyt wiele ryzykować, a po walce obaj byli przekonani, że należało im się zwycięstwo.

 

Denzel Bentley (13-0-1, 11 KO) miał być tym szybszym, ale bardziej chaotycznym, łatwym do trafienia, a Mark Heffron (25-1-1, 19 KO) idącym do przodu i mocniej bijącym, ale kiedy ten pierwszy nie chciał za bardzo ryzykować, ten drugi nie mógł się siłą ciosu wykazać.  Pięściarzem, który z ostatecznego rozstrzygnięcia (a raczej jego braku) może być bardziej niezadowolony na pewno był Bentley. “Wydawało mi się, że wygrałem, ale to była moja pierwsza walka dziesięciorundowa i trochę przysnąłem w jej środku i tego pewnie do zwycięstwa zabrakło. Myślałem, że nokdaun zapewni mi zwycięstwo” - powiedział rozczarowany Bentley. Heffron był innego zdania. “Jestem pewien na 100 procent, że wygrałem. Jedyna rundą, którą wygrał Bentley, to ta z nokdaunem. W każdej innej zrobiłem w ringu znacznie więcej” - przekonywał Heffron. Tych samych pięściarzy wkrótce zobaczymy w rewanżu, który może być ciekawy - jeśli zdecydują się ryzykować.

 

Piętnaście minut - tyle potrzebował Anthony Yarde (20-1, 19 KO), były pretendent do pasa mistrza świata wagi półciężkiej, by przyjrzeć się rywalowi, wejść w rytm i zakończyć (choć nieco kontrowersyjnie) walkę przed czasem. Dec Spelman miał być przeciwnikiem, który siły ciosu Yarde się nie wystraszy - i tak było.

 

Przez cztery rundy widać było szybkości technikę Yarde, ale, że zadawał niewiele ciosów, to też niewiele z tego wynikało. Wystarczyło jednak by w piątej rundzie londyńczyk przyspieszył tempa, by 28-letni Spelman zaczął mieć problemy. W następnej, kiedy zamiast ciosów pojedynczych, Yarde zaczął bić kombinacjami, Spelman przyjął dwa ciosy, na szczęście uniknął trzeciego, ale i tak przyklęknął chcąc odpocząć podczas liczenia. Ku jego zaskoczeniu - i oglądających - sędzia Michael Alexander zamiast liczyć, skończył walkę. Spelman zaczął protestować, że może walczyć, ale decyzja już zapadła. Czy ringowy obronił Spelmana przed pewnym nokautem? Tego nie wiemy. “Ciągle nie mam jeszcze doświadczenia, ale walczę bardziej rozważnie, zwracam uwagę na obronę. Mogę zaatakować kiedy chcę, ale muszę być cierpliwy bo wszyscy znają moje ambicje” - mówi Yarde, który już w 2021 roku chciałby ponownie bić się o pas mistrza świata.  

 

Zobacz także: Anthony Joshua chce walki z Tysonem Furym. "On wkrótce zakończy karierę"

Ruda Śląska: energia na ringu i na trybunach 

Patrząc na galę Franka Warrena  w londyńskim studio telewizyjnym i w Rudzie Śląskiej, chyba nikt nie ma już wątpliwości, jaką różnicę robi doping kibiców. I to prawdziwy, a nie puszczanych przez megafony. Jestem ciekawy, czy walki Rafała Jackiewicza z Bartkiem Grafką i główny pojedynek gali pomiędzy Tomaszem Gromadzkim i Remigiuszem Wozem wyglądałyby tak samo, gdyby zamiast kibiców na sali byli tylko sędziowie i trenerzy? Wątpię, bo szczególnie w tym ostatnim, energię przez dziesięć rund panowie czerpali z dopingu fanów, pokazując, że nie musi być najwyższego poziomu, opowiadania bajek o pasach mistrza świata, żeby walkę dobrze się oglądało.

 

Zanim Gromadzki i Wóz, panowie, którzy zarabiają na chleb poza ringiem, wyszli na ring, pojawił się na nim Rafał Jackiewicz, który od sześciu lat jest na sportowej emeryturze, ale walczy pewnie sześć razy częściej, niż kiedy na niej nie był. Grafka bił się jak zawsze - do przodu, dużo ciosów, obrona rzecz opcjonalna, Jackiewicz zawsze był i będzie technikiem, ale od ostatniej wygranej (odrzucam zmianę wyniku “niezależnych sędziów”) w Niemczech było zaledwie kilkanaście dni i tej świeżości wyraźnie Rafałowi brakowało. Ostatecznie, po mocno rozbieżnych werdyktach sędziowie wskazali na remis (niżej podpisany miał dwoma punktami wygraną Grafki), ale nikt się nie obrażał, bo nie było o co.

 

Gromadzki kontra Wóz to była bijatyka, co się na ringach zdarza i co się dobrze ogląda, ale rzadko zdarza się, żeby taka bijatyka trwała aż dziesięć rund. Koledzy Kosedowski i Kostyra słusznie zauważyli podczas komentowania, że prawie nie było ciosów, które nie dochodziły celu, a dla Tomka i Remigiusza przydałoby się oprócz pochwał za walkę  jak mawia nowa generacja “na maxa”, wizyta na testach w szpitali.

 

Gromadzki, który nie bał się kopnięć w kickboxingu, więc uderzeń rękawicą też się nie wystraszył, wygrał walkę nieznacznie na punkty, ale ponownie zaskakująca była rozbieżność werdyktów - od sędziego, który widział zwycięstwo Woza, do jego kolegi po drugiej stronie ringu, który dostrzegł dominację “Zadymy”, przyznając mu zwycięstwo różnicą aż siedmiu punktów.

Przemek Garczarczyk z Chicago, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze