Iwańczyk: Bitwy na dwóch frontach wygrywają nieliczni

Piłka nożna
Iwańczyk: Bitwy na dwóch frontach wygrywają nieliczni
fot. PAP
Piłkarze Lecha Poznań mają coraz większa stratę do czołówki PKO Ekstraklasy

Występ polskiej drużyny w europejskich pucharach to również obawa o jej jutro. Może bowiem okazać się, że była to przygoda okupiona stratami nie do odrobienia w rodzimych rozgrywkach. Doświadczają tego i wielcy, i maluczcy. Pytanie, jak wybrnie z tego Lech Poznań.

Nim zajrzymy na nasze krajowe podwórko, przenieśmy się do Portugalii, by rzucić okiem na rywala poznaniaków w grupie Lidze Europy. Benfica Lizbona miała wiele wyższy cel, jakim była Liga Mistrzów. Nie powiodło się, rozczarowanie jest olbrzymie, z miejsca drużyna Jorge Jesusa stała się faworytem do zwycięstwa w całych rozgrywkach Ligi Europy. Kiedy eksperci artykułowali te plany, piłkarze Benfiki notowali właśnie najlepszy start w swojej lidze od około 30 lat. Warto użyć czasu przeszłego, bo odkąd Portugalczycy zaangażowali się w fazę pucharową, idzie im coraz gorzej. W LE wygrali z Lechem i Standardem Liege, ale wyraźny kryzys dał o sobie znać przed tygodniem. Najpierw dotkliwa przegrana z Boavistą Porto 0:3, później remis 3:3 z Rangersami (tu akurat duży wpływ miała czerwona kartka Nicolasa Otamendiego już w 19 minucie), wreszcie wczoraj kolejna porażka ligowa, tym razem z Bragą u siebie 2:3. Trzy mecze, jeden punkt, dziewięć straconych goli. Znów błędy indywidualne, słaba postawa także środkowych pomocników – kapitana Pizziego i Andreasa Samarisa.


Zupełnie inną historią są występy Rangersów, którzy w lidze szkockiej wygrywają notorycznie, ale bądźmy też świadomi niezbyt powalającej konkurencji w tych rozgrywkach, nawet Celtiku, który traci do zespołu Stevena Gerrarda dziewięć punktów (przy dwóch meczach zaległych). Ale już belgijski Standard Liege po porażce w Poznaniu obsunął się także w tabeli swoich rozgrywek, na czwarte miejsce. Winne temu i coraz liczniejsze kontuzje, i koronawirus. W siedmiu ostatnich spotkaniach Standard wygrał zaledwie raz, dwa mecze zremisował i aż cztery przegrał.

 

ZOBACZ TAKŻE: Młodość Lecha jest kapryśna. Okazało się, że Legia też ma kapitalnych nastolatków


W trudnej sytuacji jest także Lech, który w ekstraklasie po ośmiu meczach ma zaledwie dziesięć punktów. Jestem ostatnim, który usprawiedliwiałby poznaniaków za porażkę w niedzielnym hicie z Legią (1:2), bo to gospodarze byli w tym meczu zespołem lepszym. Inna sprawa, że przegrana jest dla Kolejorza bolesna, bo mieli oni swoje kolejne okazje, ale na drodze stanął Artur Boruc, a decydującego gola stracili w ostatniej akcji po ewidentnym błędzie defensywy.


Ale prawda jest taka, że ci, którymi zachwycaliśmy się w czwartek w zwycięskiej batalii ze Standardem, byli cieniem samych siebie przy Łazienkowskiej. Czy to Pedro Tiba, czy Tymoteusz Puchacz, czy Jakub Moder, czy Mikael Ishak, czy Thomas Rogne, nie zapominając również o Danim Ramirezie, któremu już od kilku spotkań brakuje świeżości, jaką imponował na początku sezonu. Zwłaszcza młodzi Polacy doświadczają nawarstwiających się obowiązków, Puchacz w niczym nie przypominał obrońcy, którego wielu widziało już w pierwszej reprezentacji. Miał niewiele kontaktów z piłką, a rywalizacji w defensywie z Pawłem Wszołkiem raczej nie będzie wspominał z sentymentem. Moder również cierpi, bo nie da się być świeżym i nieprzewidywalnym co trzy dni. Lech ma w nogach 17 meczów, najwięcej spośród polskich zespołów, mimo że ma do rozegrania jeszcze zaległe spotkanie z Pogonią Szczecin. Moder nie zagrał w tym sezonie tylko raz, ma w sumie 1399 minut, a więc średnio ponad 87 minut na mecz. Puchacz grał w każdym spotkaniu, w sumie 1288 minut, co daje średnią 75 minut na mecz. Ramirez także nie opuścił żadnego starcia, Ishak – jedno.


Ktoś powie, że puchary od zawsze były wymagające, trzeba było umiejętnie gospodarować siłami, by zdobywać założone cele, a najlepsi na kontynencie z reguły dawali radę, bo mieli szerokie kadry. Owszem, ale nie przy tak morderczo skonstruowanym kalendarzu, który nie ma precedensu w historii futbolu klubowego. Zaczęło się pod koniec sierpnia, skończy się w połowie grudnia – rozgrywane sprintem rundy kwalifikacyjne, fazy grupowe pucharów, terminy reprezentacyjne, a wszystko to w konstrukcji, w której fundamentem konstrukcji są krajowe rozgrywki oraz rodzimy puchar. Żadnego wolnego weekendu, żadnego wolnego w środku tygodnia. Płacą za to wszyscy wielcy, jak jeden mąż. A i kadry są przecież węższe, bo kryzys finansowy dotyczy absolutnie wszystkich.

 

ZOBACZ TAKŻE: Wojna przegrana, ale bitwy trzeba ciągle wygrywać


W ligach TOP5 turbulencje nie dotknęły jedynie Bayernu Monachium, który poza wpadką z Hoffenheim (1:4) - a warto przypomnieć, że nastąpiła ona chwilę po morderczym boju z Sevillą w Superpucharze Europy – wygrał wszystkie pozostałe 12 spotkań. Wprawdzie w Ligue1 po dziesięciu kolejkach przewodzi PSG, ale trudno mówić, by umiejętnie łączył to w występami w Lidze Mistrzów, gdzie zaznał dwóch porażek i jest o krok od klęski zakończonej na fazie grupowej. To konsekwencja licznych kontuzji, większość z nich zdarzyła się na zgrupowaniach reprezentacji.


Juventus w Serie A jeszcze nie przegrał, ale ma cztery remisy w siedmiu spotkaniach i traci cztery punkty do prowadzących w tabeli Milanu i Sassuolo. W pucharach zdążył już posmakować przegranej z Barceloną. W jeszcze gorszej sytuacji jest Inter Mediolan – ani w lidze, ani w pucharach nie ma powodów do zadowolenia.


Skoro o Hiszpanii była mowa, tam wszystko stanęło na głowie, Katalończycy za dobry start w Lidze Mistrzów płacą dopiero ósmym miejscem i najgorszym startem w rozgrywkach od 18 lat. Z Realem Madryt jest jeszcze gorzej, bo właśnie skompromitował się po raz kolejny, tym razem przegrywając z Valencią 1:4. Wcześniej o podobną sensację postarał się Cadiz, a w Lidze Mistrzów Szachtar Donieck i Borussia Moenchengladbach.

 

ZOBACZ TAKŻE: Legia górą w hicie kolejki! Gol w ostatniej akcji meczu

 

Została jeszcze Anglia, gdzie do tzw. wielkiej szóstki zaliczają się obecnie Leicester, Southampton i Aston Villa. Takie to niespodziewane rozstrzygnięcia zapadają, Manchesterowi United bliżej w tej chwili dna niż czołówki, mimo że w Lidze Mistrzów start był niezły (wygrane z PSG i RB Lipsk), ostatnio była wpadka z tureckim Basaksehir.

 

Puchary dały Lechowi w tym roku fortunę. Za awans, za poszczególne zwycięstwa, za transfery w dużej mierze powodowane ekspozycją najzdolniejszych zawodników na europejskiej arenie Kolejorz zarobił przynajmniej około 100 mln zł i pewnie nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Sęk w tym, że straty w lidze, jakie ponosi przy tej okazji, mogą okazać się nie do odrobienia, nie mówiąc już o skutecznej walce o mistrzostwo Polski. Miejsce w ekstraklasie niegwarantujące przepustki do pucharów może spowodować, że będzie to jednorazowy występek, a nie planowana latami europejska przygoda. To pociągnie za sobą powrót do krajowej, pozbawionej smaku i wielkiej kasy rywalizacji. Koło się zamknie, znów poczekamy na polski zespół w Europie kilka lat, a może dłużej, znów zapomnimy, jak to jest nie wstydzić się za polską piłkę na międzynarodowym wybiegu. Polska przypadłość? Nie tylko. Bitwy na dwóch frontach wygrywają teraz nieliczni, ci z krajów ubogich piłkarsko mają na to jeszcze mniejsze szanse.

Przemysław Iwańczyk, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze