Mariusz Walter kręcił o nim film. Miał być mistrzem, ale całe życie spędził w cieniu złota

Żużel
Mariusz Walter kręcił o nim film. Miał być mistrzem, ale całe życie spędził w cieniu złota
fot. PAP
Na zdjęciu Zenon Plech (z prawej) i Henryk Gluecklich.

Cukrzyca, potem nerki, ciągłe wyjazdy na dializy. Od kilku lat miał kłopoty ze zdrowiem. Walczył o nie tak dzielnie, jak kiedyś, gdy stawał pod taśmą, a obok niego byli inni wielcy mistrzowie. – Już kilka razy było z nim bardzo kiepsko, więc to najgorsze musiało kiedyś nadejść – mówi Krzysztof Cegielski, żużlowiec, wychowanek zmarłego dziś Zenona Plecha, zwanego też „Złotym Chłopcem” i „Super-Zenonem”.

– To mój tata. Największy idol, bohater, wzór. Kochany, dowcipny, zawsze uśmiechnięty. Tak samo jak dziś rano, gdy słyszałem Ciebie po raz ostatni. Kocham Cię – tak pożegnał się na Twitterze z mistrzem Zenonem jego syn Krystian Plech. Od małego wpatrzony w ojca jak w obrazek. Chciał iść nawet w jego ślady. – Byłem jednak za gruby. Na dokładkę miałem astmę i alergię, przyjmowałem leki sterydowe. Wsiadłem jednak na motocykl, trenowałem. W końcu jednak dałem za wygraną, powiedziałem ojcu, że nie dla mnie ten sport. Tata powiedział tylko: dobrze, że to czujesz.

 

Kręcili o nim film, miał być mistrzem

 

Zenon Plech to wielka gwiazda polskiego żużla z ery przed Tomaszem Gollobem. Nie zdobył co prawda, jak Jerzy Szczakiel, złotego medalu mistrzostw świata, ale cieszył się wielkim uznaniem. W 1973 roku Mariusz Walter kręcił film o 20-latku, który miał pokonać wielkiego mistrza Ivana Maugera. – Marzę o tym i wierzę w siebie, w to, że nie przegapię żadnego momentu. Zrobię wszystko, co w mojej mocy. To, co tylko będę mógł z siebie dać, dam. Po prostu zrobię wszystko. Wierzę w to, że zrobię to, na co wszyscy liczymy – recytował Plech do kamery.

 

Kibice zobaczyli film „Wiraż nadziei” po finale, kiedy było już jasne, że Plech nie zdobył złota, nie pokonał Maugera. Zrobił to inny Polak, Szczakiel. Plech idąc obok niego na podium, miał łzy w oczach, czuł, że to nie tak miało wyglądać. Cała otoczka wokół tego finału rozbudziła jego nadzieje, miał apetyt na złoto. Nie zdobył go jednak ani wtedy, ani później, nigdy. Dlatego swoją książkę, którą napisał w 2010 roku, nazwał „W cieniu złota”.

 

Do złota w 1973 roku zabrakło mu niewiele. Punkt do biegu dodatkowego. Szansę na ten wyścig stracił, kiedy w jednym z wyścigów podciął do Grigorij Chłynowski. Nie mógł jechać dalej, sędzia przyznał mu 2 punkty, ale to było za mało. Na deser kibice zobaczyli pojedynek Szczakiel – Mauger. To była wspaniała chwila polskiego żużla, ale wielu nie mogło odżałować, że to Plech nie był tym, który wygrał. Słynny komentator Jan Ciszewski, w trakcie wywiadu przeprowadzonego po finale z polskimi medalistami wyraźnie ignorował Szczakiela, skupiał się na Plechu. Później za to przepraszał.

 

Stracił wszystko na jednym wirażu

 

Plech w swojej książce wspomina kulisy tamtego finału i przyznaje, że wtedy ciśnienie na jego sukces było tak wielkie, że chyba zwyczajnie tego nie wytrzymał. Wszyscy pragnęli tego, żeby wygrał młody, gniewny Plech, więc niespodziewane zwycięstwo już doświadczonego Szczakiela nie pasowało do tego scenariusza. – To ja byłem nadzieją, a Jurka nikt nie traktował poważnie. Z pięciu Polaków jadących w tamtym finale on był najniżej notowany. Jednak to on wygrał, a ja straciłem wszystko na jednym wirażu.

 

Mistrz Plech oba medale mistrzostw świata zdobył na Stadionie Śląskim. Ten drugi, srebrny, zdobył w 1979 roku. Wtedy też miał być mistrzem i znowu mu trochę zabrakło. Dokładniej determinacji w jednym z biegów, gdzie nie zaatakował, bo bał się, jak pójdzie za ostro i rywal upadnie, to zostanie wykluczony. – W jednym wyścigu wystartował najgorzej ze wszystkich, ale minąłem Czecha Zdenka Kudrnę i zbliżałem się do Kelly’ego Morana. Za dużo myśli kłębiło mi się wtedy w głowie, odpuściłem i to był błąd. Gdybym go minął, miałbym ważny punkt, którego mi zabrakło do barażu o finał – pisał w swojej książce.

 

Plech po latach odwiedził Stadion Śląski. Robił wtedy sesję zdjęciową do swojej autobiografii, a słynny chorzowski kocioł czarownic był jednym wielkim placem budowy. Gdy się zjawił, przywitano go jak króla, choć na obiekcie byli tylko robotnicy. Jeden z nich podszedł do Plecha i powiedział, że wtedy, w 1973 roku bił mu brawo. Z kolei jeden z inżynierów wspominał jego pojedynki z Brucem Penhallem w mistrzostwach świata par. Plech był zwany kiedyś „Złotym Chłopcem”, Penhall był „słonecznym chłopakiem z Kalifornii”, który po dwóch tytułach wycofał się z żużla i został aktorem w Holywood.

 

Za niski na kolarza, za słaby na biegacza, do żużla w sam raz

 

Kariera Plecha rozpoczęła się w 1969 roku, w Stali Gorzów. Mieszkał wtedy w Gorzowie w internacie i marzył o tym, by ścigać się w Wyścigu Pokoju. Był jednak za niski. Kiedy chciał rozwinąć prędkość, musiał pedałować na stojąco. W końcu dał za wygraną i przerzucił się na biegi. Wystartował na 600 metrów na spartakiadzie. W połowie dystansu nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Nic nie wskazywało na to, że w ogóle zostanie sportowcem. Zresztą, gdy szedł na nabór do sekcji, koleżanki z klasy żartowały: tam chłopa trzeba, na motocyklu się utrzymasz.

 

Na tym naborze, na którym Plech dostał się do szkółki Stali, pojawiło się 150 chętnych. – Przebraliśmy się w to, co mieli w klubie. Miałem strój czarny niczym Batman i kolorowe skarpetki, jakich dziś używa się do aerobiku. Motocykl ważył 92 kilogramy, ale udało mi się go utrzymać. Przejechałem w miarę płynnie łuk, zrobiłem ślizg kontrolowany. Zaprocentowała jazda na zamarzniętym stawie, którą praktykowałem jako dziecko. Trener Pogorzelski tylko mnie klepnął i powiedział: przyjdź na trening – wspominał Plech tamto zdarzenie w książce.

 

Szybko zaaklimatyzował się w Stali. Był wesoły, radosny, dowcipny, robił kolegom głupie żarty. Po jednym z treningów, kiedy czyścili motocykle pędzlem moczonym w metanolu, podpalił pędzel, którego używał Jerzy Rembas. Potem to samo zrobił Bolesławowi Rzewińskiemu. Wtedy omal nie spalił warsztatu Stali. Lubił zabawy z ogniem. Robili nawet z kolegami konkursy polegające na przenoszeniu płonącego wiadra z paliwem.

 

Zmieniał klub w eskorcie milicji

 

Życie Plecha to materiał na dobry film, a z kawałów, które zrobił innym, można by stworzyć Wielką Księgę Żartów. Kiedy przenosił się ze Stali do Wybrzeża Gdańsk, to czas jakiś mieszkał w ubeckiej dziupli wynajętej przez klub. Obiecywali mu coś lepszego, jakiś apartament, ale sprawy się skomplikowały. Przenosił się jednak z wielką pompą. Wóz, którym przewożono jego meble z Gorzowa do Gdańska, eskortowały dwa auta, w których siedzieli milicjanci. W ogóle to do Wybrzeża się przeniósł, bo tam nie mieli nic przeciwko temu, by startował w lidze angielskiej. Obecnie Plech jest uważany za legendę dwóch klubów – Stali i Wybrzeża.

 

Sukcesów na arenie krajowej miał bez liku. W Anglii też jednak robił dobrą reklamę polskiemu żużlowi. Pierwsze wyjazdy były dla niego okazją dorobienia sobie nie tylko na torze. Wraz z innymi startującymi na Wyspach kolegami przywoził stamtąd ortaliony. Tam kosztowały kilka funtów, w Polsce dostawał za jeden fortunę. Kiedy miał za dużo towaru to dawał WOP-istom wódkę, żeby się nie czepiali. W Anglii szybko się zaaklimatyzował, choć początkowo, kiedy nie znał języka, zaczął palić papierosy, żeby uniknąć rozmów. – Nie umiałem powiedzieć nic, to mnie stresowało, dlatego paliłem. Dobrze, że z czasem nauczyłem się mówić, bo moje zdrowie ucierpiałoby naprawdę mocno – przyznał kiedyś.

 

Uciekał ze szpitala, od lekarzy

 

Po zakończeniu żużlowej kariery został trenerem. Dobrym, takim, którym rozumiał zawodników. Krzysztof Cegielski przyznaje, że nie miał lepszego, że Plech wywarł ogromny wpływ na jego karierę. Czuł, czego żużlowiec potrzebuje. Kiedy szykował tor na jedną z rund Grand Prix we Wrocławiu, to zamknął się w busie z Tomaszem Gollobem i zapytał, jak może mu pomóc. Gollob narysował mu, jak ma zrobić tor, a Plech zrealizował prośbę Tomasza tak perfekcyjnie, że ten mógł potem jechać po kolejne wygrane z zamkniętymi oczami.

 

Od kilku lat walczył o zdrowie. Najpierw przyplątała się cukrzyca, potem zaczęły szwankować nerki, konieczne były dializy. Trzy razy w tygodniu jeździł do szpitala. W czasach koronawirusa także. – My dializowani mamy swój personel, mierzą nam na wejściu temperaturę, ale z drugiej strony, jak nas rozwożą potem do domu, to pakują nas wszystkich do jednej karetki. A przecież ten wirus, to niewidzialny wróg – mówił wiosną, gdy COVID-19 zaatakował w Polsce.

 

- Już kilka razy było z Zenkiem bardzo, ale to bardzo ciężko – mówi Cegielski. – On jednak dzielnie walczył do końca. I uciekał od szpitala i lekarzy najdalej, jak tylko można. Nie chciał przebywać z chorymi, ale z tymi, z którymi spędził całe życie. Pojawiał się na stadionie Wybrzeża Gdańsk, gdzie jeździł, przychodził do warsztatu pogadać z kolegami, być w środku czegoś, co stanowiło esencję jego życia.

Dariusz Ostafiński, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze