Jaki sport po koronawirusie? Kmita: Wszystko zostało zmiecione

Inne
Jaki sport po koronawirusie? Kmita: Wszystko zostało zmiecione
Fot. Polsat Sport
Kmita: Polski sport po koronawirusie przypomina trafionego torpedą transatlantyka podczas drugiej wojny światowej, na szczęście wszyscy są tego świadomi

Powrót do rzeczywistości nie będzie bezbolesny, to przecież rozpoczynanie na nowo rozmów ze sponsorami, opisanie na nowo systemów szkoleniowo-stypendialnych. Układanie tych relacji trzeba zacząć na nowo, dotychczasowy porządek został zupełnie zmieciony. Branża telewizyjna również została dotknięta, wszyscy siedzimy na tej samej gałęzi - mówi Marian Kmita, szef sportu w telewizji Polsat, w kolejnym odcinku naszego cyklu o skutkach pandemii koronawirusa w sporcie.

Przemysław Iwańczyk: Czy branża telewizyjna odczuwa skutki kryzysu wywołanego koronawirusem?

 

Marian Kmita: Szczególnie dziedzina sportu w branży telewizyjnej. Jesteśmy dystrybutorem, a nie twórcą kontentu, więc w sposób naturalny wszystkie te komplikacje, które dotykają rozgrywek ligowych lub globalnych imprez, dotykają również nas. To, co zdarzyło się w ostatnich miesiącach, a więc próby ratowania biznesu, kapitału finansowego zainwestowanego przez dekady w piłkę nożną, siatkówkę, koszykówkę i inne dyscypliny, zdają egzamin na krótką metę, ponieważ federacje są bezsilne wobec tej globalnej plagi. Imprezy są odwoływane lub przenoszone na inny termin, na końcu jesteśmy my, robimy wszystko, by towar wychodzący do widza choć w części przypominał to, co oferowaliśmy jeszcze kilka miesięcy temu. Pewnych rzeczy się jednak nie przeskoczy.

 

Co jest większym ryzykiem: zdestabilizowany rynek dyktowany rozporządzeniami czy ograniczone kryzysem budżety reklamowe firm, które eksponowały w telewizji swoje marki przy okazji imprez sportowych?

 

Wszystko razem, to skomplikowany system naczyń połączonych. Kapitał, który przepływał w sporcie, miał charakter łańcucha, który został przerwany. W obecnej sytuacji dochodzi do rzeczy kuriozalnych, kiedy szefowie federacji naciskają na telewizje, by ta przyjęła jakikolwiek substytut produktu oferowanego wcześniej. Posłużmy się przykładem piłkarskiej Ligi Mistrzów, która przy pustym stadionie nie jest już takim widowiskiem. Choćby grały wszystkie gwiazdy Juventusu, Realu, Liverpoolu czy Bayernu, mamy pusty stadion, co w odbiorze nie jest już tym samym towarem.

 

Pytanie, ile w takich okolicznościach ten towar jest wart. Jeśli rozgrywki nie walą się zupełnie, można jeszcze wspólnie coś uradzić, tłumacząc to ciężkim czasem. Odpływ kapitału jest jednak bardzo poważny i będzie to naprawdę ciężki czas. Weźmy światowy tenis, gdzie koronawirus pozostawił kompletną ruinę w kategorii biznesowej. Szefowie ATP i WTA zastanawiają się, co zrobić, jak pozyskać jakąkolwiek kroplówkę na przetrwanie tego trudnego okresu.

 

To wszystko jest pytaniem nie tylko do środowisk sportowych, ludzi zarządzających tym interesem. Pandemia jest problemem społecznym nas wszystkich i wymaga zastanowienia, jak przetrwać, stworzyć warunki choćby symulujące normalne czasy. Wszyscy siedzimy na tej samej gałęzi.

 

Sport pokazywany w telewizji z punktu widzenia odbiorcy jest obecnie produktem niepełnowartościowym. Czy jest to dla stacji argument do renegocjacji umów, obniżenia kosztów zawartych wcześniej kontraktów?

 

Nie. Z tym się jeszcze nie spotkałem. Były przypadki renegocjacji tylko w sytuacji, kiedy rozgrywki w ogóle zostały przerwane. Wszyscy rozumiemy sytuację, w jakiej się znaleźliśmy, byłoby grubo niemoralne domagać się rekompensaty za obniżenie standardów widowiska, co jest zupełnie niezależne od podmiotu, który ten towar sprzedał. To siła wyższa, co jest precyzyjnie opisane w kontraktach. Cenne jest to, że wszyscy myślimy razem, jak widowisko opakować – nawet sztucznie – w atrybuty, które symulowałby normalność. Mam na myśli dodawany komputerowo doping kibiców. Zawężając kadr tylko do boiska, dla widza przed telewizorem w zasadzie nie ma różnicy, może on uwolnić się od myśli, że stadion jest pusty. Są sprawy generalne, na które nie mamy wpływu, kapitał będzie odpływał, sponsorzy są niezadowoleni, ale nikt nie zakwestionował wartości towaru i nie składał reklamacji.

 

Jak zatem będzie wyglądał rynek praw telewizyjnych po koronawirusie? Będzie widoczna korekta, zresztą jak w każdej innej dziedzinie gospodarki?

 

Nikt się na to dobrowolnie nie zgodzi. Nie sądzę, by UEFA, FIFA, FIVB powiedziały: drogi Polsacie, TVP czy RTL, świadomie obniżamy wam cenę zakupu praw, bo dajemy wam towar niższej kategorii. Zauważam za to pewną tendencję na świecie przy nowych rozdaniach: nie ma mowy o żadnej obniżce. W przestrzeni finansowej nie ma przecież mniej kapitału, jest wręcz przeciwnie, niektóre instytucje mają więcej pieniędzy niż wcześniej. COVID wsparł te usługi, które związane są z pobytem w domu. Myślę o telekomach, platformach cyfrowych, sieciach kablowych. Tam popyt na usługi jest większy niż do tej pory. Mamy już dowody ofensywy telekomów na rynku praw sportowych. Ubolewam nad tym, ale nigdy nie zdarzy się, że towar nawet drugiej kategorii z powodu pandemii stanie się nagle tańszy.

 

ZOBACZ TAKŻE: Plan transmisji I Turnieju o Puchar Prezydenta Lecha Kaczyńskiego 

 

W jaki sposób kryzys może odbyć się na polskim sporcie?

 

Czeka nas kompletna destabilizacja. Wszystko, co udało się zrobić przez trzy dekady, np. uporządkowanie poszczególnych dyscyplin - mam na myśli siatkówkę czy wyprowadzoną na światowe salony lekkoatletykę – trzeszczy. Przypomina to trafionego torpedą transatlantyka podczas drugiej wojny światowej, na szczęście wszyscy są tego świadomi. Polski sport ucierpiał bardzo poważnie. Nie chcę odwoływać się do kuluarowych rozmów z "Przeglądem Sportowym", z którym organizujemy plebiscyt na sportowca roku, ale do wiedzy powszechnej.

 

Mamy zaledwie piętnaścioro kandydatów do tytułu. Sezon stracony dla lekkoatletów, siatkarzy w kategorii reprezentacji to czas nie do odrobienia. Nikt przecież nie będzie młodszy, te 12 miesięcy trzeba wykreślić na dobre. Powrót do rzeczywistości też nie będzie bezbolesny, to przecież rozpoczynanie na nowo rozmów ze sponsorami, opisanie na nowo systemów szkoleniowo-stypendialnych. Układanie tych relacji trzeba zacząć na nowo, dotychczasowy porządek został zupełnie zmieciony.

 

Niektóre sporty zbankrutują?

 

Może tak być, ale wiadomo nie od dziś, że każdy kataklizm pozwala rozdać karty na nowo. Dużo zależy od ludzi, którzy zarządzają sportem. Wiele zależy również od rządzących, choć mamy do czynienia z przedziwną sytuacją, w której ministerstwo sportu znalazło się pod ministerstwem kultury, dziedzictwa narodowego i sportu. To nie jest dobra historia, instytucja zarządzająca polskim sportem powinna być dość szczegółowo opisana. A tak każdy żyje swoim życiem, uporządkowanie niektórych spraw leży zupełnie.

 

Są jakieś pozytywne symptomy, np. dyscypliny, które były gotowe na kataklizm, przygotowały sobie alternatywne źródła finansowania?

 

Wszyscy w Polsce musimy się uderzyć w piersi, kiedy latem uznaliśmy, że pandemia się skończyła. Może poza niektórymi dyrektorami szkół, którzy przygotowali się organizacją pracy do systemu zdalnej nauki, nikt nie był gotowy. W rozgrywkach sportowych jest różnie – niektórzy poradzili sobie dość sprawnie, inni w ogóle. Nie ma uniwersalnej oceny tego wszystkiego.

Przemysław Iwańczyk, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze