Robert Mateja dokonał tego jako pierwszy! Legendarny wyczyn polskiego skoczka

Zimowe
Robert Mateja dokonał tego jako pierwszy! Legendarny wyczyn polskiego skoczka
fot. PAP/Grzegorz Momot

W okresie sukcesów reprezentantów Polski i zbliżających się zawodów PŚ w Zakopanem, nieco niezauważona upłynęła dwudziesta rocznica wydarzenia epokowego dla polskich skoków narciarskich. 13 stycznia 2001 roku po raz pierwszy w historii Polak przełamał barierę 200 metrów. Tym niezwykłym wyczynem popisał się Robert Mateja, który na skoczni Certak w Harrachovie poszybował na odległość 201,5 metra.

Mateja dokonał tego w momencie rozkwitu Małyszomanii – zaledwie tydzień po historycznym zwycięstwie Adama Małysza w Turnieju Czterech Skoczni. Jego rekord został bardzo szybko, bo już tego samego dnia pobity właśnie przez skoczka z Wisły.

 

200 metrów po raz pierwszy

 

Wśród rekordzistów Polski w długości skoku narciarskiego ważne miejsce zajmuje Piotr Fijas. Brązowy medalista MŚ w lotach (1979) wspomniany rekord bił aż osiem razy, a ostatni z tych wyczynów przeszedł również do historii światowych skoków. W marcu 1987 roku w Planicy skoczył na odległość 194 metrów i był to wówczas najdłuższy skok na świecie.

 

Zobacz także: Dlaczego Kamil Stoch zajął wyższe miejsce od Dawida Kubackiego w Plebiscycie na Najlepszego Sportowca 2020 roku?

 

Rekord ten utrzymał się przez siedem kolejnych lat. Nie zdołał go pobić żaden zawodnik skaczący stylem klasycznym i został poprawiony dopiero kilka lat po wprowadzeniu stylu V. W marcu 1994 roku. Austriak Martin Hollwarth podczas treningu przed MŚ w lotach w Planicy uzyskał 196 metrów. Na tym samym treningu jego rodak Andreas Goldberger jako pierwszy w historii przeskoczył barierę 200 metrów, ale podparł ten skok. Kilka minut później Toni Nieminen z Finlandii wylądował poprawnie na 203 metrze...

 

Polskie skoki w latach dziewięćdziesiątych pogrążone były w zapaści i przez kilkanaście lat nikt nie był w stanie pobić osiągnięcia Fijasa. Triumf Małysza w TCS 2001 rozbudził nadzieje na przekroczenie bariery 200 metrów. Tydzień po triumfie w Bischofshofen zaplanowano zawody na skoczni mamuciej w Harrachovie – mieście położonym kilka kilometrów od polskiej granicy. Nic więc dziwnego, że w ślad za Orłem z Wisły ruszyła do Czech ogromna grupa polskich kibiców, wierząca w to, że ich nowy idol pobije stary rekord.

 

Pierwszym Polakiem, który przekroczył barierę 200 metrów został jednak dość niespodziewanie Mateja. Podczas sobotniego treningu przed zawodami uzyskał odległość 201,5 metra! Tą próbą znacznie poprawił swój wcześniejszy najdłuższy skok – 186 m z 1999 roku i co ważniejsze pobił dawne osiągnięcie Fijasa. Małysz na treningu uzyskał 180 m, skakał jednak ze znacznie niższej belki niż reprezentacyjny kolega.

 

Swym rekordem Mateja nie cieszył się długo. Już w pierwszej serii konkursowej Małysz poszybował na odległość 206,5 m. Dzień później jeszcze poprawił ten rezultat, gdy w pierwszej serii zawodów uzyskał 212 m. Skoczek z Wisły zdominował loty w Harrachovie. Zdecydowanie wygrał oba konkursy, potwierdzając wysoką formę z TCS.

 

Również Mateja wyprawę do Czech mógł zaliczyć do udanych. Co prawda w zawodach nie zbliżył się już do swego treningowego wyczynu, ale dwukrotnie zajął dobre, dziewiąte miejsce.

 

Jeszcze w tym samym roku w Planicy Małysz wyśrubował swój najlepszy rezultat do 219,5 m. Loty Polaków na ponad 200 metrów szybko spowszedniały. Sam Małysz miał ich w swej karierze aż 112 (najdłuższy 230,5 m). Kilkukrotnie tę barierę przekroczył również Mateja, którego szczytowym wyczynem było 205,5 m uzyskane w 2007 roku w Planicy.

 

Skoczek niewykorzystanych szans

 

Robert Mateja był skoczkiem niewykorzystanych szans. Już w latach dziewięćdziesiątych miał przynajmniej kilka okazji by mocniej zaznaczyć swą obecność na kartach historii tej dyscypliny sportu. Ciągle jednak czegoś brakowało, coś stawało na przeszkodzie.

 

• MŚ 1997 (Trondheim) → Po pierwszej serii konkursu na skoczni K-90 był czternasty. W drugiej skoczył kapitalnie, uzyskał 98,5 m, ale wylądował na dwie nogi. Gdyby swą próbę zakończył telemarkiem, mógłby zostać nawet wicemistrzem świata!

 

• PŚ 1998 (Zakopane) → W pierwszej serii uzyskał 106,5 m i zajmował drugie miejsce. Czołówka Pucharu Świata skakała w fatalnych warunkach, w padającym deszczu, oddając krótsze skoki. W drugiej próbie Mateja zaprezentował się dużo słabiej. Odległość 93,5 m dała mu szóste miejsce w loteryjnym konkursie.

 

• PŚ 1999 (Zakopane) → Chyba największa ze zmarnowanych szans na zwycięstwo. Mateja popisał się kapitalnym skokiem na odległość 126 metrów w I serii. Sędziowie odjęli mu punkty za markowany telemark i do noty weszły trzy oceny 17.5. Dało to łącznie 130.5 punktu i zdecydowane prowadzenie. Chwilę później swą próbę wykonał Małysz, wówczas uznawany już przez wielu za zmarnowany talent polskich skoków. Nie było źle, ale skoczył osiemnaście metrów bliżej od kolegi z reprezentacji (108 m). Mateja długo czekał na zmianę lidera i w pierwszej serii się nie doczekał, nawet wówczas, gdy swe skoki oddali czołowi zawodnicy PŚ. Kazuyoshi Funaki i Janne Ahonen wylądowali zgodnie na 119 metrze, ale Japończyka sędziowie potraktowali jak profesora skoków – otrzymał pięć not 20.0! To pozwoliło mu skrócić dystans do Polaka, który prowadził po pierwszej serii z zaliczką 5.1 punktu.

 

Gdy Mateja zasiadł na belce przed drugim skokiem, ponad dwadzieścia tysięcy kibiców zgromadzonych wokół zeskoku czekało na powtórkę z pierwszej serii. Chwilę po wyjściu z progu stało się jednak jasne, że nie będzie to udana próba. Skoczek z Chochołowa wylądował, a na tablicy wyników pojawiła się odległość – 99 metrów. Na trybunach zaległa cisza... Fatalnym skokiem Polak zaprzepaścił szansę nie tylko na zwycięstwo czy miejsce na podium, ale również na lokatę w pierwszej dziesiątce. Zakończył tamte zawody na 16. miejscu.

 

Mateja oddał najdłuższy skok w serii pierwszej i... najkrótszy w finałowej. W pierwszej próbie zaprezentował swój największy atut, czyli mocne odbicie. W drugiej ujawnił największą wadę – słabą psychikę.

 

Reprezentacja Polski w skokach narciarskich na IO Nagano 1998: Wojciech Skupień, Robert Mateja, Łukasz Kruczek, Krystian Długopolski, Adam Małysz. / fot. PAP

 

Nadzieja na lepsze wyniki polskich skoczków pojawiła się w momencie, gdy trenerem reprezentacji został Apoloniusz Tajner. Nowy szkoleniowiec m.in. wprowadził do sztabu fizjologa i psychologa. Polacy wkroczyli na bardziej profesjonalną ścieżkę treningów. Skorzystał na tym Małysz, który szybko wrócił do wielkiego skakania.

 

Kibice liczyli, że do osiągnięć skoczka z Wisły zbliżą się również jego koledzy z kadry. Mateja sezon 2000/01 miał całkiem udany, dość regularnie punktował w Pucharze Świata, kilka razy wskoczył do czołowej dziesiątki. W kolejnych sezonach prezentował się jednak coraz słabiej. Trenerzy chwalili jego pracę na treningach, mówili o dobrych warunkach fizycznych i ogromnych możliwościach, nie przekładało się to jednak na wyniki w zawodach. Gra o wielką stawkę go paraliżowała. Mateja przypominał ucznia, który pilnie odrabia lekcje, wkuwa na blachę, ale wywołany do tablicy nie potrafi wydukać nawet słowa...

 

Jeszcze pod koniec kariery los dał mu szansę na zdobycie medalu wielkiej imprezy. W konkursie drużynowym mistrzostw świata Sapporo 2007 Polacy (Adam Małysz, Kamil Stoch, Piotr Żyła) zaprezentowali się dobrze, ale szansę na zajęcie trzeciego miejsca zaprzepaściły dwa słabe skoki Matei (106,5 m i 94,5 m). Dla porównania, Małysz dwukrotnie wylądował za 130 metrem i uzyskał dla drużyny 130 punktów więcej od najsłabszego kolegi.

 

Po tej imprezie kibice nie obchodzili się z Mateją zbyt delikatnie. Zamiast bohaterem skoczni, stał się bohaterem memów. Pojawiły się żartobliwe przydomki w rodzaju "Kapitan Grawitacja", "As Przestworzy", "Nielot" czy "Buloklep". Wypominano mu fatalne skoki w rodzaju pamiętnego lądowania na 85 metrze w Planicy.

 

Po zakończeniu kariery pracował w roli szkoleniowca, był m.in. asystentem trenera reprezentacji Polski, prowadził też grupy młodzieżowe. Gdy w 2020 roku został asystentem trenera kadry Czech w kombinacji norweskiej, tamtejsze media przedstawiły go jako "legendę skoków". To określenie rozbawiło wielu internautów w Polsce. Fatalne występy i zmarnowane szanse przysłoniły największe osiągnięcia Roberta Matei, choćby to zapomniane już nieco 201,5 metra z Harrachova.

Robert Murawski, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze