Jak Aleksander Doba opowiadał o wyprawie przez Atlantyk

Inne
Jak Aleksander Doba opowiadał o wyprawie przez Atlantyk
Fot. PAP
Aleksander Doba zmarł po wejściu na Kilimandżaro

Trójkąt Bermudzki? Byłem. Przede mną, w latach 20., zginął tam kajakarz. I co? Miałbym zginąć jako drugi? Żadna frajda. Broniłem się więc przed śmiercią. I próbowałem rozwikłać zagadkę Trójkąta, szukałem dziury, do której wpadają statki, samoloty, a może siedzi tam nimfa, która chce mnie przytulić. Ale nic nie zobaczyłem – opowiadał Aleksander Doba, jeden z największych podróżników na świecie o kajakowej wyprawie przez Atlantyk. W miniony poniedziałek Doba zmarł po wejściu na Kilimandżaro.

Rozmawialiśmy kilka lat temu, po jego dwóch wyprawach kajakiem przez ocean. Gościł wówczas w Radiu TOK FM, przegadaliśmy kilka godzin. Uznawał, że znacznie bardziej niebezpieczna jest wyprawa z Warszawy do Polic niż 150 dób spędzonych samotnie na Atlantyku.

 

Przemysław Iwańczyk: Od czego powinienem zacząć? Które z pańskich dokonań jest najważniejsze? To ostatnie?

 

Aleksander Doba: Co Pan ma na myśli mówiąc ostatnie?

 

Tyle tych aktywności w Pana życiu, że nie wiem co było ostatnie. Może mnie Pan zaskoczyć i może trzy dni temu nawywijał Pan coś o czym mówił cały świat?

 

Aż tak to nie. Teraz jako podróżnik podróżuję po Polsce, ale i nie tylko, bo byłem również na prezentacji moich wypraw w Berlinie. Opowiadam o moich przygodach na oceanie i zapoznaję ludzi z tym, jak to wygląda. W mediach mówi się, że miałem do czynienia z ośmioma sztormami na kajaku, a najdłużej trzymał mnie sztorm trzydobowy, a fale wzrosły do dziewięciu metrów. Ludzie nie potrafią sobie tego wyobrazić jak to wygląda, a ja na prezentacjach sprowadzam te dziewięciometrowe fale do praktycznie dwóch metrów. Pokazuję fizycznie co to znaczy wielkość, długość i wysokość fali i mówię, że nie było to aż tak złe. Pokazuję to jako inżynier-mechanik i chcę wskazać w sposób prosty jak to wygląda.

 

Podróże po Polsce to pikuś w porównaniu z tym co Pan zrobił na oceanie. Jak Pan to w ogóle obmyślił, że to możliwe?

 

Samą ideę przepłynięcia Atlantyku kajakiem wzbudził u mnie nieznany mi człowiek, a potem kolega Paweł Napierała. To były pracownik naukowy Uniwersytetu w Zielonej Górze i w wyniku różnych kolei losu on jako magister filozofii, ja inżynier-mechanik, przekonał mnie i znaleźliśmy się w Ghanie z zamiarem przepłynięcia oceanu. Nie byliśmy za dobrze do tego przygotowani i byliśmy na oceanie tylko 48 godzin. Odczułem wielki niedosyt. Ile to jest? Tak co najmniej dwa tygodnie na tym kajaku spędzić. Potem Paweł załatwił zbudowanie specjalnego kajaku dla niego i miał szczęście, że poczuł się źle po godzinie i wrócił na ląd. Powiedziałem mu, że dzięki temu żyje. Paweł próbował, bo to była jego myśl. Ja uznałem, że można przepłynąć Atlantyk kajakiem tylko musi być on odpowiedni. Pracowałem długo w Zakładach Chemicznych Police w biurze projektów i zaprojektowałem sobie jak powinien taki kajak wyglądać. Szukałem producenta aż trafiłem do stoczni w Szczecinie, gdzie buduje się jachty oceaniczne. Po długiej rozmowie wykorzystałem dar przekonywania i podjęliśmy decyzję, że spróbujemy zaprojektować i zbudować kajak, który bezpiecznie przepłynie ocean. Na pierwszym miejscu było bezpieczeństwo. To zostało zrealizowane i po mniej więcej roku kajak powstał. Robiłem próby na Jeziorze Dąbskim i Zalewie Szczecińskim. Były przeróbki, bo trudno zrobić coś idealnego od razu. Po próbie w warunkach przedsztormowych na morzu wysłaliśmy go statkiem do Afryki. Konkretnie z Dakaru wystartowałem 26 października 2010 roku z zamiarem podjęcia próba przepłynięcia oceanu między kontynentami bez pomocy zewnątrz. Po 99 dobach na oceanie mogłem radośnie krzyknąć: „Ameryka!”.

 

Odkrył Pan na swój sposób Amerykę. Możemy o Panu mówić jako o wybitnym podróżniku, ale musiał się Pan najpierw urodzić z genem podróżnika, ale i genem samotnika.

 

Nie jestem samotnikiem, a wręcz przeciwnie jestem człowiekiem towarzyskim i miłym. Nikt nie może zrozumieć dlaczego ja tak samotnie to robiłem. Wyprawa była trudna i wymagała specyficznego przygotowania i specyficznych cech psychicznych. To bardzo ważne, bo psychika jest ważna w takiej wyprawie. Dokonałem tego, przygotowałem się dobrze, ale miałem w zasadzie łatwo. Kajak został zbudowany z materiałów i w technologii jachtów oceanicznych. Był on niezatapialny i nie mógł pływać do góry dnem. Miał dwie komory bagażowe i kabinę gdzie spałem i gdyby podziurawić wszystkie komory wypornościowe i zanurzyć na siłę kajak w wodzie on musiał wypłynąć. Gdy fale go skotłowały i wypłynął do góry dnem to musiał zrobić tzw. „eskimoskę”. Jestem też kajakarzem górskim i tam to jest niezbędne. Jak wywróci się kajak do góry, to trzeba się „kabinować” i kajak odwracać, a na kajakach górskich stosuje się manewr „eskimoski”. Czasem to ćwiczę. Jak jest upał i jest gorąco, a ja płynę jeziorem, to dla przypomnienia i ochłodzenia płynę taką „śrubą”. Trzy obroty w lewo, głowa w wodzie i nad wodę i płynę dalej. A kajak na oceanie z zapasem jedzenia na pół roku waży tak około 500-600 kilogramów.

 

Skąd wziął Pan w sobie tyle siły, aby samotnie przepłynąć Atlantyk?

 

Wiedziałem, że będę sam na oceanie i przez długi czas. Ciekawość świata ogólnie rzecz biorąc rozbudzili we mnie rodzice. Jako dziecko myślałem, co jest dalej za horyzontem. Mieszkałem w Swarzędzu, a niedaleko mieliśmy las i lotnisko Ligowiec, i poznański Aeroklub. Widziałem szybowce i zastanowiłem się czy nie spróbować tego. Jak chodziłem do technikum w Dębcu, zjawił się pilot z lotniska i opowiadał o swoich wrażeniach. W naszej klasie byli sami chłopcy i wszyscy chcieli zostać lotnikami. Lekarz zaraz odrzucił wszystkich w badaniach, a selekcja była ostra. Dwóch nas przeszło dalej i pojechaliśmy do Dęblina na dłuższe badanie. Mój kolega, który pojechał ze mną, bardzo chciał pójść na kurs szybowcowy i miał za duże ciśnienie tak mu zależało. Powiedzieli mu, aby się przeszedł i odpoczął, ale miał jeszcze większe ciśnienie. Ja przyznam się szczerze, że aż tak mi nie zależało i gdyby była możliwość to odstąpiłbym mu to miejsce, ale nie można było tak zrobić. Autentycznie było mi go żal, ale jak zacząłem latać poczułem do tego pasję. Szybownictwo zostało moją pasją.

 

Ciekawość świata „z góry” całkowicie rozumiem. Rozumiem także skoki ze spadochronem, które wzbudzają adrenalinę, ale wypłynąć na szerokie wody i widzieć jedno i to samo? Czyste szaleństwo!

 

Jak nie odkrywam świata? Lubię go poznawać. W Ameryce jeszcze nie byłem, a że ja turysta-kajakarz, to postawiłem sobie taki cel. Jak inaczej się tam dostać? Jak turysta-kajakarz to kajakiem! Postawiłem sobie cel, że przede mną trzy razy został przepłynięty Ocean Atlantycki. Dwóch Niemców i jeden Brytyjczyk. Tyle że wszyscy startowali z wysp i lądowali na wyspach. Na marginesie, na spotkaniach zadaję pytanie, na której wyspie kanaryjskiej zaczyna się Atlantyk? Cisza. Wobec tego pytam, na której wyspie kończy się Atlantyk? Też cisza. I odpowiadam: na żadnej. Przecież ocean rozciąga się od kontynentu do kontynentu. Więc ci moi poprzednicy prawie przepłynęli ocean, kawałek im zabrakło. Jako że prawie czyni różnicę, postanowiłem dokonać tej sztuki tak, by mi nikt niczego nie zarzucił. Z Dakaru do Brazylii popłynąłem.

 

Nie miał Pan chwili zwątpienia?

 

Widziałem, co chcę zrobić. Dopiero po 99 dobach mogłem zakrzyknąć: „Ameryka”, ale nigdy nie miałem zwątpienia. Umówmy się, że miałem ze sobą dwa akumulatory. Jeden na dobrą energię, stąd moje apele o przesyłanie mi dobrych myśli, i na złą, żeby kontrolować stan złych emocji np. podczas sztormu. Nigdy ta druga nie przewyższyła tej pierwszej. Na szczęście. Nigdy nie miałem dość na tyle, by mieć do świata pretensje w stylu „co ja tutaj robię”?

 

Miał Pan jakąś rezerwę, tzw. czerwony guzik, kiedy w chwilach naprawdę słabych mógłby ktoś po Pana przylecieć, zabrać Pana w bezpieczne miejsce?

 

Dosłownie nie było takiego bezpiecznika, ale moja trasa została tak zaplanowana, żeby bezpiecznie przepłynąć. Żeby po drodze były Wyspy Kanaryjskie, stosunkowo blisko Afryki, a później Wyspy Karaibskie. Zresztą zawsze byłem blisko twardego gruntu, bo zaledwie kilka kilometrów pode mną było dno (śmiech). W przypadku zagrożenia życia mogłem naturalnie wezwać pomoc. Nie dopuszczałem jednak do głowy, że zdarzy się coś, co mnie załamie. A byłem w Trójkącie Bermudzkim, muszę przyznać. Tyle że przede mną, w latach 20. zginął tam kajakarz. I co? Miałbym zginąć jako drugi? Żadna frajda przecież. Broniłem się więc przed śmiercią tam. I przy okazji próbowałem rozwikłać zagadkę Trójkąta, szukałem dziury, do której wpadają statki, samoloty, a może gdzieś siedzi jakaś syrena, nimfa, która chce mnie przytulić. Ale nic takiego nie zobaczyłem.

 

No czego miałem się bać. Kajak wyporny, może pływać do góry dnem, nie było możliwości, bym coś zgubił. Do tego miałem tzw. dryfkofty, jak był sztorm, można było skutecznie nim przetrwać. Jeszcze w dzień to można podziwiać te fale, a w nocy nic nie widać, nawet nie sposób się zdrzemnąć. Wstrząsy, głośno, itd.

 

Można słuchać Pana bez końca…

 

Ale nie zamierzam opowiedzieć wszystkiego, tylko trochę.

 

To co Pan zrobił takiego, że chce Pan to teraz ukryć?

 

Nie chcę zanudzać. Po pierwszej wyprawie napisałem książkę „Olo na Atlantyku. Kajakiem przez ocean”. Moja najlepsza książka. Bo jedyna. Za drugą jeszcze się nie zabrałem…

 

Na kajaku trzeba było, miał Pan dużo czasu.

 

Zapytam tak: ludzie czasem piszą dziennik. A jak tam płynąłem dzień i noc, więc na morzu można co najwyżej napisać nocnik. Wziąłem się więc za notatnik. Ważne fakty, które będą podbudową pod książkę.

 

Dni na oceanie zlewają się ze sobą, skoro są tak podobne do siebie?

 

Nie. Traktuję ocean jako coś żywego. Od okresów bezwietrznych po sztormy. Ciągle się coś zmienia.

 

Co Pan zabrał ze sobą?

 

Wszystko, co potrzebne do przeżycia na oceanie. Jedzenia na pół roku, jeszcze mi zostało. Miałem zbiornik na 120 litrów i odsalarki do wody, chleb, który podarowali mi znajomi. Jak mi się chciało jeść, to jadłem. Jakieś klopsiki, ryże, makarony. Jak już zjadłem, była żywność liofilizowana. Najbardziej brakowało mi chleba, takiego polskiego, i ziemniaków.

 

Żony Panu nie brakowało?

Nie.

 

Jak to?

 

Mówimy o jedzeniu przecież. Z żoną był problem przed wyprawą, kiedy miałem powiedzieć o pomyśle. Starała się wybić mi to z głowy. Nie udało się jej. Mieliśmy ciężki czas. A później wspierała mnie najbardziej ze wszystkich, kiedy byłem na oceanie.

 

Wymyślił Pan jakąś kolejną wyprawę?

 

Pierwsza wyprawa to łatwizna, bo Atlantyk w najwęższym miejscu. Później druga, w najszerszym. No i pobiłem rekord 167 dób na wodzie non stop. No i zaraz z Warszawy do Polic jadę pociągiem. To bardzo niebezpieczne przecież.

Przemysław Iwańczyk, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze