Droga Huberta Hurkacza na szczyt oczyma Filipa Kańczuły

Tenis
Droga Huberta Hurkacza na szczyt oczyma Filipa Kańczuły
fot. archiwum Filipa Kańczuły
Filip Kańczuła z Hubertem Hurkaczem

Nie ulega wątpliwości, że wrocławianin Hubert Hurkacz zrealizował najskrytsze marzenia triumfując w Miami Open. O tym jak wyboistą drogę przebył Hubert i jak pielęgnował w sobie gen zwycięzcy opowiada jego przyjaciel, były trener i wagabunda, obecnie przebywający w Arizonie, Filip „Kańczi” Kańczuła.

Kto wie, być może dziś Hubi łamałby obręcze niczym Maciej Zieliński vel „Zielony” jak mawiają o legendzie Śląska Wrocław zagorzali fani basketu znad Odry…? A może ścigałby się jako kierowca wyścigowy w leśnych ostępach Finlandii, bo Hubert uwielbia szybką jazdę autem (aczkolwiek ciut wolniejszą niż Jerzy Filip Janowicz i Juha Kankkunen…) Koniec końców, Hubert Hurkacz postawił na tenis i wspiął się na szesnaste miejsce w rankingu ATP. Miał wizję rozwoju, którą w ważnym okresie dojrzewania podsycał Filip Kańczuła, były student wrocławskiego AZS-u, były tenisista, a nade wszystko człowiek głodny wyzwań. Filip eksploruje świat i w zasadzie woli nie wiedzieć co czeka go za kolejnym zaułkiem… Ciekawość świata „Kańczi” wyssał z mlekiem mamy i z pewnością ów apetyt na smakowanie życia w rozmaitych obszarach zagnał go przed laty do Melbourne Park, gdzie jego podopieczny: Hubert Hurkacz zagrał w finale debla juniorów u boku chłopaka ze Slovenska – Alexa Molcana przeciwko dwójce Australijczyków: Jake’owi Delaney i Marcowi Polmansowi. Dziś Filip Kańczuła mieszka we Flagstaff w stanie Arizona, penetruje dziką przyrodę, ale wciąż wsłuchuje się w rytm tenisowego serca…

 

CZAR ULICY POCZTOWEJ

 

Tomasz Lorek: Hej „Kańczi”. Wrocław to miasto pachnące tysiącami możliwości. W wymiarze sportowym, stolica Dolnego Śląska oferuje mnóstwo ciekawych zajęć. Koszykówka, piłka nożna, żużel… Jeżeli tylko masz chęci, nic nie stoi na przeszkodzie, aby działać. Prawie jak w Stanach… Skąd w takim razie tenis pojawił się w życiu Filipa Kańczuły?

 

Filip Kańczuła: Wiesz co? Dosyć nietypowo. Nie miałem przyjaciela, kumpla, znajomego, a kuzyna, który grał w tenisa. Jako jedynak nie miałem starszego rodzeństwa, ale miałem bardzo dobre relacje ze swoim kuzynostwem. Jestem najmłodszy z czwórki kuzynów, z czwórki dzieci tej samej babci. I moja babcia trochę za przykładem mojego starszego kuzyna, a jej wnuka – Janka Ślusarczyka – zapisała mnie czy też była inicjatorką tego, żebym chodził do sławetnego Krzyckiego Klubu Tenisowego. I tak oto Filip „Kańczi” Kańczuła, lat 8, zaczął grać u Piotra Jamroza. Piotr Jamroz – człowiek legenda wrocławskiego tenisa, którego nie trzeba przedstawiać.

 

- Grywałeś również u Wojtka Muczke, prawda?

 

- Szczerze mówiąc nie pamiętam czy byłem najpierw w szkółce Piotra Jamroza, a potem u Wojtka Muczke albo nawet równolegle… Wojtek był trenerem związanym z KKT. Teraz też często tam się pojawia, chociaż już nie prowadzi zajęć. Jego córka – Aleksandra Muczke – też trochę grała w tenisa.

 

- Jesteś jedynakiem, a tenisem zaraził cię kuzyn – Janek Ślusarczyk. Czy kuzyn grał zawodowo w tenisa, rywalizował w turniejach rangi futures i challenger?

 

- Nie, on nie dotarł do tego poziomu. Skończył grać gdzieś na początku edukacji w liceum. Troszkę straciłem z nim kontakt. Wiem, że Janek działa na Pomorzu i jest instruktorem tenisa.

 

- Miałeś to szczęście, że kuzynostwo wciągnęło cię w tenis i autentycznie zauroczyłeś się tą dyscypliną sportu. Pamiętasz ile miałeś lat, gdy zacząłeś biegać po korcie?

 

- Gdy zaczynałem w KKT, miałem 8 lat. Natomiast pamiętam, że jako małe dziecko, przebywając w domu wygrzebałem z kąta starą, drewnianą rakietę. Pamiętam, że miała taki zielony napis Mars… Używając tej drewnianej rakiety, odbijałem piłkę o ścianę swojego bloku przy ulicy Pocztowej we Wrocławiu. Pamiętam, że interesowało mnie to odbijanie piłki… Nawet nie potrzebowałem kortu, tylko waliłem piłką o ścianę. Ciekawe doświadczenie. Jak sobie pomyślę jakie to były warunki… Krzywe krawężniki, krzywe chodniki, ale jakoś się udawało.

 

 

- Tenis przy ulicy Pocztowej pojawił się zanim osiągnąłeś wiek ośmiu lat?

 

- Myślę, że tak. Zacząłem odbijać sam z siebie. Potrzebowałem interakcji ze ścianą. Zacząłem grać… Grać to może za dużo powiedziane.

 

- Nie miałeś ciągotek, żeby zaangażować się w inny sport?

 

- Jakoś formalnie, żeby się zaangażować, to nie... Takowego pomysłu nigdy nie miałem. Wiesz, że jestem z tego pokolenia, które chowało się na podwórku. Nie mogłem nie grać w piłkę nożną, nie mogłem nie robić fikołków na trzepaku, nie mogłem nie grać w kapsle… Często grałem w piłkę nożną jeszcze jako chłopak chodzący do szkółki tenisowej. „Lori”, jestem z tego pokolenia, które po szkole przesiadywało na podwórku. I dopóki nie usłyszałem jak echem od sąsiedniego bloku odbija się głos matki nawołujący, że czas przyjść do domu, to siedziałem na dworze…

 

- Czyli przerobiłeś Wyścig Pokoju na kapslach?

 

- Oczywiście. Wszystkie te rzeczy przeszedłem. Szczerze mówiąc, myślę, że to, co mnie wówczas spotkało było bardzo dobre, jeśli chodzi o rozwój. Teraz nie zawsze widać to u młodych ludzi. Podwórko dało nam jakieś podstawy, które są przydatne w sporcie.

 

- Można zatem wysnuć wniosek, że trudne warunki w dzieciństwie albo ocieranie się o mroczną stronę życia pomaga w długofalowej perspektywie?

 

- Zdecydowanie tak. Moje wspomnienia wrocławskiego podwórka czy dzieciństwa przypominają zapiski lokalnego rozrabiaki. I co ważne, owe wspomnienia w ogóle nie są mroczne. Ok, nie mieliśmy w domu konsoli, płaskich telewizorów ani komputerów. Może nasze rozrywki były o wiele mniej wyszukane niż te, które dzieciaki mają teraz... I super, że dziś dzieciaki mają mnóstwo atrakcji i idą z postępem czasu, ale myślę, że też coś tracą nie mając takich relacji z rówieśnikami. Nie tocząc bójek z rówieśnikami o to, kto powinien zacząć wyścig w kapsle… Albo kto z kim się wybiera, żeby stworzyć drużyny w piłkę nożną. To są chwile, które bardzo miło wspominam. Myślę, że na szerszą skalę dla dzieciaków takie realia trochę bezpowrotnie minęły…

 

- Podwórko kształtuje też charakter młodych ludzi, nieprawdaż?

 

- Bez wątpienia. Zdecydowanie popieram takie warunki dojrzewania.

 

- Trenowałeś we wrocławskim KKT. Już po paru zajęciach zaświtała w głowie myśl, że warto byłoby spróbować zawodowego sportu? Czy długo biłeś się z myślami, że to może jednak nie jest opcja dla ciebie?

 

- Otwarcie powiem: nie pamiętam takich rozważań. Od małego lubiłem rywalizację. Lubiłem próbować być najlepszym. Jak grałem w piłkę nożną na podwórku, to chciałem strzelać gole. Nie chciałem być gościem na bramce. Jak grałem w tenisa, to chciałem grać na punkty. Chciałem wygrywać. Grałem w lokalnym turnieju w KKT, miałem wtedy może 9 lat… Doszedłem do finału. Pamiętam, że Piotr Jamroz mówił, że mam całkiem fajny talent i tak po prostu chciałem być coraz lepszy. Poszerzałem wachlarz umiejętności, zacząłem startować w turniejach. Chyba od początku odkąd zajmowałem się sportem, wiedziałem czego chcę i nie do końca miałem podejście w stylu: a gram, bo lubię sobie pobiegać, tylko gram, bo lubię strzelać bramki. Albo gram, bo lubię posyłać winnery na drugą stronę siatki. I to zanim jeszcze zrozumiałem, że te winnery są po to, żeby wygrywać sety, a te sety, żeby wygrywać mecze, a mecze, aby wygrywać turnieje. To było dla mnie takie naturalne. To zaleta podwórka, które kształtowało we mnie rywalizację.

 

Zobacz także: Piłka po stronie Huberta Hurkacza. Na co stać polskiego tenisistę?

 

BYĆ JAK DEYNA I SUKER

 

- A grając w piłkę nożną chciałeś być Diego Armando Maradoną?

 

- Wtedy powtarzałem nazwiska po ojcu, który z rozrzewnieniem wspominał złote lata polskiej piłki, więc trochę byłem Kazimierzem Deyną. A po części byłem Chorwatem Davorem Sukerem albo innym znanym piłkarzem z tamtych czasów.

 

- Skrzydłowym Robertem Gadochą też bywałeś?

 

- Pamiętam, że byłem Grzegorzem Lato, bo słyszałem, że bardzo szybko biegał. Pamiętam, że w batonach Snickersach były takie krążki z popiersiami różnych piłkarzy. To były czasy Euro’96 w Anglii czy MŚ w USA’94. Takie nazwiska jak Alan Shearer czy Davor Suker… Gwiazdy z minionych lat. Wśród nich upatrywałem swoich idoli. Jak biegałem po boisku piłkarskim, to chciałem być gwiazdorem. Z kolei jak grałem w tenisa, to najbardziej chciałem być Petem Samprasem.

 

- Domyślam się, że kiedyś nadszedł taki ważny moment, aby przedyskutować z rodzicami kwestię dalszego rozwoju. Stawiałeś pytanie w stylu: no dobrze, może spróbujemy grać futures, potem challenger, może zacznę się wspinać wyżej w rankingu? To była rozmowa z gatunku trudnych czy rodzice mówili: Filip, do odważnych świat należy?

 

- To nie była trudna rozmowa. Myślę, że nastawienie na wyczyn pojawiło się zanim zaświtały mi w głowie futuresy. Chęć poważnej gry pojawiła się gdy byłem juniorem i startowałem w turniejach ogólnopolskich. Z racji ograniczonych możliwości finansowych, nie było okazji do częstego grania. Głównie Europa, wyprawy do Czech czy Niemiec. Nastawienie na wyczyn pojawiło się pod koniec podstawówki, może na początku liceum. Myślę, że rodzice widzieli, że ja w to wchodzę głęboko. Nigdy nie mówili mi: słuchaj, może daj spokój, pozostań na rekreacyjnym poziomie. Myślę, że mama i tata od najmłodszych moich lat widzieli, że jak gram, to po to, że chcę coś wygrać, coś osiągnąć i rodzice wiedzieli, że…

 

- Kochasz sport?

 

- Tak. I w miarę jak dorastałem, to obciążenia wzrastały. Skoro nastawienie było na wyczyn, to musiały wzrastać.

 

- Problemy natury politycznej utrudniały podróże czy mogłeś już swobodnie się przemieszczać?

 

- Nie. Jestem z rocznika 1984, więc jak miałem 8 lat, to były już lata dziewięćdziesiąte. Pod kątem przemian politycznych, życie wyglądało już bardziej przyjemnie, mogłem swobodnie podróżować. Problem tkwił gdzie indziej. Na pewno zdajesz sobie sprawę jak drogim sportem jest tenis. Byłem w gronie najlepszych 25 zawodników w Polsce na poziomie do lat 21. Otarłem się o podium. W mistrzostwach Polski w deblu zdobyłem medal. Były również sukcesy w rywalizacji drużynowej z KKT.

 

- Wywalczyłeś medal w debelku?

 

- W debelku mam brązowy medal do lat 21. W rankingu nigdy nie byłem w takim stricte czubie, żeby znaleźć się w TOP 5 czy TOP 10, aby PZT pomógł mi wyjechać gdzieś w dalsze rewiry czy przyznać mi stypendium. A rodzice nie mieli możliwości, żebym uczestniczył w Tennis Europe. Te rozgrywki nosiły wtedy inny szyld. Nie było jeszcze Tennis Europe, wtedy ten cykl nazywał się ETA (European Tennis Association). Zatem po ETA-ch nie jeździłem za wiele, może w wymiarze szczątkowym. Myślę, że jak na możliwości jakimi dysponowałem, byłem na solidnym poziomie ogólnopolskim. I tych turniejów, w których brałem udział było całkiem sporo. Jeździłem często po Polsce.

 

- To spory sukces. Byłeś w gronie 25 czołowych polskich singlistów w swojej kategorii wiekowej?

 

- Tak, do 21 lat. A potem zaczęła się przygoda ze Stanami i wypadłem z rywalizacji w Polsce.

 

- A skąd narodził się pomysł na wyprawę do Stanów?

 

- Trochę z przyczyn prozaicznych i praktycznych. Warunki w Polsce… Bariera finansowa była duża, żeby grać na poziomie wyczynowym z dużą ilością godzin codziennego treningu. A w Stanach, o czym wiedziałem od kilku rówieśników czy starszych kolegów, takowe możliwości były. W tym czasie Krzysiek Kwinta już był w USA, Michał Domański przebywał w Stanach. Wiedziałem, że za oceanem warunki są zupełnie inne. Czułem, że jeżeli oni pojechali, to ja też mogę, też dam radę się załapać. Wiedziałem, że reprezentuję dobry poziom. Zacząłem starać się o wyjazd do USA. I razem z moim przyjacielem – Maciejem Boguszem, z którym dorastałem trenując tenis, powstał jakiś plan. Mieszkaliśmy dwie przecznice od siebie, więc siłą rzeczy stanowiliśmy zgraną ekipę. Często graliśmy w piłkę nożną. Do tej pory się przyjaźnimy. Zresztą to właśnie on, Maciej Bogusz jest głównym trenerem w Arizonie, gdzie i ja teraz przebywam. Pomyśleliśmy, że skoro tyle jeździmy razem, gramy razem w debla i wspieramy się wspólnie trenując, to może warto obrać kurs na Stany? I tak to się zaczęło. Koniec końców ja wylądowałem rok przed nim w USA. Zacząłem w Alabamie. Po pierwszym semestrze przeniosłem się do Teksasu, a po kolejnym semestrze dołączył do mnie Maciek. Graliśmy w debla i to całkiem udanie, byliśmy liderami w drużynie i to była super przygoda. Sprawdziły się te oczekiwania, które nieśmiało sobie narysowaliśmy w marzeniach… Przyjechał chłopak z Polski, który płacił za możliwość treningu w czterech na jednym korcie… Graliśmy z Markiem Pokrywką, z Bartkiem Terczyńskim, z Maciejem Boguszem w Gołaski Sport na wrocławskim Kozanowie. Wtedy nie było jednej, drugiej, trzeciej czy siódmej hali… Wówczas nie było porządnych hal we Wrocławiu. Jeździłem autobusem na drugi koniec miasta zaraz po zajęciach w liceum. Chodziłem wtedy do „piątki”, a to było liceum, które mocno goniło człowieka do nauki. Jeździłem linią 127. W czterech chłopa na jednym korcie, bo kort piekielnie drogi. Zima… Przez 6 miesięcy w roku gra się pod dachem we Wrocławiu. A skądś trzeba na to wszystko mieć pieniądze… Przyjechałem do Alabamy, a tam korty odkryte, za darmo. W szkole całe zastępy fizjoterapeutów, trenerzy. Dostęp do sprzętu. Drużyna zapewnia rakiety, ubrania, buty. Jeździmy co tydzień na mecze. El Dorado. Tenisowy raj.

 

 

 

AMERYKAŃSKI SEN

 

- A jak to wygląda strukturalnie? Jak funkcjonuje tenis uniwersytecki i na czym opiera się NCAA?

 

- Amerykański system ma wedle mojej oceny wiele plusów. Ale może od początku... Ichniejszy NCAA (National Collegiate Athletic Association) to jest taki polski AZS. Przy czym u nas w Polsce na poziomie uniwersyteckim, zwłaszcza w takich dyscyplinach jak tenis jest to coś bardzo niszowego. Natomiast NCAA jest organizacją, która zarabia potężne miliony dolarów rocznie. Rozgrywki koszykówki czy rozgrywki futbolowe są to okazje do obejrzenia sportu na najwyższym poziomie. Mnóstwo osób woli oglądać koszykówkę czy futbol amerykański na poziomie NCAA niż profesjonalne rozgrywki. NCAA to ciało zrzeszające wszystkie sporty. Istnieje podział na dywizje: pierwszą, drugą, trzecią. Jest jeszcze NAIA przeznaczona bardziej dla mniejszych collegów, które nie są zrzeszone w NCAA zazwyczaj poprzez fakt, że NCAA ma wyższe wymogi. Są też dywizje dla mniejszych szkół. Istnieją też takie twory jak junior college. Są takie szkoły, które tylko dwa lata uczą, a potem z tego college’u przenosisz się na trzeci i czwarty rok do innej placówki. Najbardziej liczą się trzy dywizje. Nasza szkoła była w pierwszej. Istnieje podział na konferencje. Tych konferencji jest kilkanaście w całych Stanach. Nie dwie jak w NBA, tylko więcej. I sezon składa się z dwudziestu kilka meczów, z czego 10 na wyjeździe. Trenerzy odpowiadają za to, żeby dobrze ustalić plan meczów. Zazwyczaj mecze konferencji rozgrywa się w systemie: rok u siebie, rok u przeciwnika. Co dwa lata gra się w tym samym miejscu. Można dogadać się z nową szkołą. Czasami jedzie się z Teksasu do Luizjany i tam się gra z kilkoma szkołami. I wtedy jeden wyjazd pokrywa koszt kilku meczów. I tak się ten cały sezon rozgrywa. Mecze w konferencji liczą się najbardziej i są najważniejsze, ponieważ najlepsze drużyny kwalifikują się do mistrzostw konferencji. Finały odbywają się w końcówce kwietnia lub na początku maja. Jeśli wygrywa się konferencję, istnieje szansa, aby wystąpić w rozgrywkach na szczeblu krajowym. Biorą w nich udział najlepsze drużyny. Zawodnicy rywalizują pomiędzy sobą indywidualnie, a ranking obejmuje 125 najlepszych singlistów ze wszystkich szkół w całych Stanach i 50 drużyn w deblu. Wcześniej grało 75 drużyn w deblu, a teraz 50.

 

- Dlaczego NCAA jest kopalnią pieniędzy? Skąd pomysł na zarobkowanie?

 

- Z pewnością pieniądze nie biorą się z niszowych sportów takich jak tenis. Koszykówka, baseball, futbol amerykański napędzają koniunkturę, a co za tym idzie przynoszą NCAA ogromne zyski. Oglądalność tych trzech dyscyplin jest tak spora, że z reklam notuje się gigantyczne wpływy. Dla przykładu: trenerzy futbolu amerykańskiego dobrych szkół takich jak ekipa z Teksasu (College Station) podpisują pięcioletnie kontrakty opiewające na kwotę 7-10 milionów dolarów. Zarobki trenerów w koszykówce czy w futbolu amerykańskim NCAA są ogromne. Z kolei sporty niszowe i przez to mniej popularne ani uczelni ani NCAA nie przynoszą pieniędzy, ale uczelnia zasila słabsze dyscypliny środkami pozyskanymi z najbardziej nośnych sportów.

 

 

 

- Sprytnie pomyślane. I w ten sposób uczelnie zasilają budżet sportów niszowych typu tenis?

 

- Zgadza się.

 

- Popraw mnie jeśli się mylę, ale dla szerszej publiczności flagowymi postaciami tenisa uniwersyteckiego i ludźmi, którzy przeszli przez ten swoisty młynek NCAA tak bardzo szanowany w Ameryce są: wśród mężczyzn John Isner – były numer 8 na świecie, zwycięzca Miami Open’2018 i półfinalista Wimbledonu’2018, a wśród pań finalistka tegorocznego Australian Open w singlu – Jennifer Brady. Brady trochę zszokowała opinię publiczną mówiąc: skąd jestem? Grałam tenis uniwersytecki i oto jestem w finale Wielkiego Szlema!

 

- Wiele takich nazwisk można wymienić… Słyszałem, że mistrz US Open’2003, były nr 1 na świecie – Andy Roddick – bardzo mocno rozważał czy nie przejść do Nebraski. James Blake, aktualny dyrektor Miami Open, trochę grywał w tenisa w college’u. Marcin Matkowski grał w college’u, bracia Mike i Bob Bryan grali w college’u. Steve Johnson grał na uczelni USC (University of Southern California), na której od lat pracuje Krzysiek Kwinta. Szczególnie w drugiej setce rankingu ATP znajduje się wielu gości, którzy grali w college’u. Naprawdę jest ich całkiem sporo. Oni może nie skończyli college’u, nie grali przez 4 lata, ale wyszli z college’u. Jest ich cała masa. Chciałem jeszcze o czymś ważnym nadmienić. W twoim pytaniu pojawiła się kwestia tego jak ważną organizacją w USA jest NCAA i jakie jest znaczenie NCAA. Otóż, to co rzuca się w oczy, gdy przyjedzie się do Stanów, to pozycja sportu w rozwoju człowieka, szczególnie młodego człowieka. To nie jest tak, że nagle w college’u wszyscy się budzą i mówią: ej, sport jest fajny, niech studenci sobie grają. Nie. Rodzice biorą swoje przenośne krzesełka, idą w sobotę na mecz piłki nożnej swojej córki, która ma 10 lat i gra w reprezentacji swojej podstawówki. Potem ona gra w liceum, oni idą na jej mecz i klaszczą. Wszyscy są zaangażowani. W Stanach jest takie wyobrażenie, że w życiu o sukces jest bardzo trudno, ale nie tylko trzeba mieć same piątki i być dobrym w nauce, bo wtedy będzie się kimś w życiu, ale tu wierzy się w to, że też można i warto być sportowcem. Jakie to jest piękne, że najpierw reprezentuje się swoją szkołę podstawową, potem high school, później swoją uczelnię… Myślę, że w Polsce ten obraz też się zmienia, ale w USA znacznie szybciej i bardziej intensywnie wpaja się młodym ludziom taką maksymę: słuchaj, ty nie musisz być naukowcem, żeby coś sobą reprezentować. Tłumaczy się młodym osobom, że sport też jest ważny. Jeżeli włożysz w coś serce i będziesz zaangażowany, to będziesz szanowany w społeczeństwie.

 

- To przepiękna postawa, bo ilustruje, że nie tylko rozwój intelektualny jest bardzo ważny. W Polsce ceni się postępy w nauce, ale kultura fizyczna i przyjemność z uprawiania sportu leży na szóstym planie. Amerykanie wiedzą, że w zdrowym ciele mieszka zdrowy duch. Dobrze wiedzieć, że na świecie znajdują się wulkany aktywne i wygasłe, warto zgłębiać wiedzę o kalderze wulkanu Cotopaxi w Ekwadorze, miło znać planety Układu Słonecznego, ale warto również się poruszać i dbać o aktywność fizyczną. Anglosasi są mistrzami w kreowaniu pasji do sportu.

 

- To po pierwsze, a po drugie Amerykanie często upatrują w tym swojej szansy, żeby dostać się do college’u. Nie zapominajmy, że wyższe wykształcenie w USA sporo kosztuje. To nie jest tak, że wyższe wykształcenie jest za darmo. Najczęściej drogą do zdobycia wyższego wykształcenia, jeśli nie chce się skończyć pięcioma latami długów studenckich albo jeśli nie chce się prosić rodziców o kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy dolarów rocznie, żeby zapłacić czesne jest sport. Ktoś myśli: ok, może będę dobrym sportowcem, gdzieś jakiś trener mnie dostrzeże, dostanę stypendium! W Stanach to jest ogromny powód do dumy. Chciałbym to podkreślić, że to co w Polsce często postrzegamy jako: a, nie wyszło mu tak dobrze jak chciał, nie został wyczynowym tenisistą, więc pojechał do Stanów do college’u. A w Stanach rzesze dzieciaków patrzą na takiego tenisistę i mówią: o rany, chłop przyjechał i nie płaci centa za edukację! Albo płaci jedną siódmą, bo jest w czymś tak dobry, że ktoś widzi sens, żeby…

 

- … żeby go zatrudnić.

 

- Zgadza się. Ktoś tu widzi sens, aby go zatrudnić w akademii, zapłacić za jedzenie etc. Owszem, kariera zawodowego tenisisty jest wspaniała i jest to szczyt szczytów. Natomiast moim zdaniem to bardzo ważne, aby umieć docenić to, że dzięki tenisowi, który uprawia się od dziecka można naprawdę dużo osiągnąć i potem mieć taki etap życia jak zdobycie edukacji w college’u w USA. To bardzo duże osiągnięcie. Myślę, że Amerykanie bardziej umieją to docenić niż my, którzy tu przyjeżdżamy. My dorastaliśmy w realiach: ok, masz 20 lat, pójdziesz na studia, bo studia nie kosztują. A tutaj jak ktoś ma 12 lat, myśli: czy będę tak jak mój starszy brat pracował na stacji benzynowej każdego lata, żeby zarobić na pierwszy rok college’u czy może nie będę miał na to pieniędzy? A potem się okazuje, że ma sens myślenie w stylu: a jak docisnę w sporcie, to będę miał! To już jest sukces sam w sobie. W Stanach taki młody człowiek zaczyna studia z pomysłem, że on już w życiu na wiele zapracował. A u nas często jest tak: dobra, zrób te studia, w sumie nie wiesz co chcesz studiować, ale zrób te studia. Moim zdaniem to jest ogromna wartość sama w sobie.

 

- Siła kreacji… Raz, że kwitnie pasja, dwa: realia są dość surowe i brutalne, bo trzeba być w czymś dobrym, żeby ktoś cię dostrzegł. Stany to ocieranie się o prawdziwe i twarde życie: musisz zakasać rękawy i pracować od dzieciaka chcąc cokolwiek osiągnąć.

 

- Tak. Powiem… Zresztą kiedyś chyba o tym rozmawialiśmy. Są sytuacje kiedy postawienie na karierę już w trakcie liceum rzeczywiście wydaje się najsensowniejszym krokiem. Podporządkowanie szkoły pod karierę i potem wejście w zawodowy sport. Jednak dla wielu ta możliwość, aby kontynuować edukację i zbudować sobie plan na życie poza sportem, a jednocześnie móc uprawiać sport na bardzo wysokim, wyczynowym i rozwojowym poziomie, to jest doskonałe rozwiązanie. Tak uważam. Ja na przykład nie miałem tego poczucia idąc na AWF w Polsce. Miałem wrażenie, że tam jednak zbyt często robią mi pod górę. Nie chciano, abym mógł się nie stresować dalej tymi studiami i mógł uprawiać dalej tenis. Miałem problemy z przełożeniem kolokwium. Miałem problemy, żeby z inną grupą zaliczyć zajęcia. Miałem takie wrażenie, że lekkoatleci tego problemu nie mają, ale tenisista owszem… No co on będzie mi tu mówił, że on nie będzie z grupą G13, tylko z grupą D12 chce przyjść na zajęcia? Po co? Czemu? Bo ma turniej? Jaki turniej? A zatem to było tak, że ja się bardzo AWF-em rozczarowałem. Ja zaliczyłem pierwszy rok, zaliczyłem nawet anatomię w pierwszym terminie z czego jestem bardzo dumny. Ale powiedziałem: nie, ja na drugi rok AWF-u w Polsce nie idę. Dziękuję. Ja od siódmej klasy podstawówki myślałem o AWF-ie… Ale potem pomyślałem, że ja chcę jechać do Stanów, bo tam naprawdę pogodzę tenis z edukacją.

 

 

 

HUBI NA HORYZONCIE

 

- Skąd w ogóle pomysł na wspólną grę w debla z Hubim? Kroniki ATP mówią o dwóch występach w parze z Hubertem: w maju 2015 roku na kortach ziemnych w szwedzkim Bastad z braćmi Martinsem i Janisem Podżus z Łotwy: 46, 36 w pierwszej rundzie turnieju futures gry podwójnej. Maj, więc było już w miarę ciepło w szwedzkim kurorcie. I wiesz gdzie jeszcze razem zagraliście z Hubim? W portugalskim Vale do Lobo w lutym 2016 roku podczas futuresa. Witalij Szczerba (Ukraina) i Johan Tatlot (Francja) byli waszymi rywalami w I rundzie.

 

- Tak, tak, pamiętam…

 

- Porażka w dwóch setach: 67 (2), 57. Zanim zacząłeś jeździć z Hubim, to w jaki sposób go poznałeś i kiedy pojawiła się chęć współpracy? Jak zrodziła się ta niezwykła więź?

 

 

Odpowiedź na to pytanie oraz wiele innych w drugiej części rozmowy Tomasza Lorka z Filipem Kańczułą, która już niebawem.

Tomasz Lorek, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze