Magazyn Fortuna Pucharu Polski. Premiera w Polsacie Sport

Piłka nożna
Magazyn Fortuna Pucharu Polski. Premiera w Polsacie Sport
fot. Cyfrasport
Arka Gdynia to jeden z finalistów tegorocznego Fortuna Pucharu Polski.

9 maja 1979 roku Arka zdobyła swój pierwszy w historii Puchar Polski, pokonując w finale, w meczu rozgrywanym w Lublinie, Wisłę Kraków 2:1. 42 lata później żółto-niebiescy ponownie zawitają do stolicy województwa lubelskiego, by zmierzyć się z Rakowem Częstochowa. Dla bohaterów, z Arki, tamtego spotkania jest to miły powrót do wspomnień.

9 maja 1979 to data-symbol, jeśli chodzi o Arkę. W roku, kiedy świętowano 35-lecie PRL, postanowiono że finał Pucharu Polski zostanie rozegrany na obiekcie Motoru Lublin, napisała się piękna historia klubu znad morza. Finałowe spotkanie zakończyło się niespodziewanym triumfem żółto-niebieskich. Drużynę z Gdyni do sukcesu poprowadził niespełna 30-letni Czesław Boguszewicz, który od stycznia zasiadał za sterami Arki. Wcześniej z powodu kontuzji oka musiał on przedwcześnie zakończyć karierę. Powierzenie mu funkcji pierwszego trenera było dużym ryzykiem, jak widać jednak opłaciło się, bo jego drużyna dokonała rzeczy wielkiej, pokonała faworyzowaną Wisłę Kraków.
 
- Wisła była wówczas naszpikowana reprezentantami Polski. Takie zwycięstwo nas podbudowało, możliwe, że warunki nam sprzyjały. Murawa była mocno nasiąknięta wodą, Wisła w tamtym czasie miała świetny zespół technicznie, niewykluczone, że w normalnych warunkach skończyłoby się inaczej. Szczęście było jednak przy nas. Nie dawano nam praktycznie żadnych szans na zwycięstwo, a utarliśmy wszystkim nosa - wspomina Janusz Kupcewicz, strzelec jednego z goli dla Arki.

 

Zobacz także: Fortuna Puchar Polski: Był zakażony koronawirusem i rozegrał mecz. Usłyszał wyrok

 - To nie był gol decydujący, tylko wyrównujący, dający nam nadzieję na zwycięstwo. Wtedy jeszcze w półfinale z Szombierkami strzeliłem dwa gole, a przecież nie byłem napastnikiem - dodaje Kupcewicz. - Takie trafienia Janusza, gdy była transmisja, mecz na żywo oglądało tysiące kibiców, mają swoją wymowę. Janusz co prawda zdobył jeszcze ważniejszą bramkę na mistrzostwach świata z Francją o brązowy medal w 1982 roku, niemniej bramka w Lublinie jest z pewnością jedną z ważniejszych w jego karierze - podkreśla Boguszewicz.
 
70-letni dziś Boguszewicz, w późniejszych latach pracował jeszcze w Arce w innej roli. Cały czas jest na bieżąco z tym co dzieje się w drużynie. I przyznaje, że gdy okazało się, że Arce znów przyjdzie walczyć o puchar w Lublinie, dawne wspomnienia ożyły w nim na nowo. - Takie zbiegi okoliczności, że jeden zespół drugi raz gra w finale w tym samym mieście, zdarzają się zapewne raz na sto lat - zauważa.
 
Nie tylko ten sam stadion i fakt, że to przeciwnik jest zdecydowanym faworytem do zwycięstwa, sprawia, że w przypadku gdynian finały w 1979 roku i 2021 roku mają ze sobą wiele punktów wspólnych. Tak jak wtedy, tak teraz Arkę przed finałem czeka jeszcze spotkanie ligowe - wyjazd do Sosnowca.
  
- Po drodze do Lublina graliśmy w Warszawie z Legią. Legia - wiadomo: czołowi piłkarze w Polsce. W klubie była nie lada zagwozdka. "Panie trenerze mecz z Legią musimy przełożyć. Rozmawiamy już na ten temat z Polskim Związkiem Piłki Nożnej. My gramy pierwszy finał w historii, mecz ligowy można rozegrać zawsze". Odpowiedziałem: "Bardzo proszę nie róbcie krzywdy drużyny, która chce grać. Jedziemy po wygraną do Warszawy i Lublina. Bierzemy oba mecze z marszu, bo jesteśmy w dobrej formie". Całą odpowiedzialność wziąłem na siebie. W Warszawie rozegraliśmy rewelacyjny mecz, zremisowaliśmy 0:0. A co było z Wisłą, wiemy - opowiada Boguszewicz.
 
I obecnie, i 1979 roku w przededniu finału Arce problemów nie brakuje. Na finał wypadł Boguszewiczowi ze składu podstawowy napastnik Tomasz Korynt, który został w hotelu. Drugi napastnik, Jerzy Zawiślan, po starciu z rywalami musiał przedwcześnie opuścić boisko. Z kontuzją murawę opuszczał także Andrzej Bikiewicz.
  
- Uczciwie mówiąc, mogliśmy przegrać dwoma, trzeba bramkami. W drugiej połowie atakowaliśmy i my i oni. Nawet jak prowadziliśmy to wprowadziliśmy na zmianę napastnika. W takich spotkaniach walka jest obowiązkiem. Żeby wygrać nie trzeba umieć, trzeba chcieć. Kluczem są cechy wolicjonalne i wiara. Samym poziomem gry, umiejętnościami zawodników, nie wygrywa się finałów - zaznacza były trener żółto-niebieskich.
 
Zespołowi Arki z 1979 roku udało się wygrać. Nic dziwnego, że wygrana, pierwszy taki sukces w historii klubu, smakowała wybornie. - Po meczu komentator TVP Tomasz Hopfer zgarnął mnie i Janusza na boczne boisko, gdzie czekał na nas helikopter, którym polecieliśmy do studia S2 w Warszawie. Godzinę później byliśmy na łączach telewizji. Reszta ekipy wracała przez Warszawę. Z Januszem mieliśmy na tyle dużo czasu, by zorganizować wystawną kolację w starym Hotelu Warszawa. Posiedzieliśmy, pojedliśmy, wypiliśmy po drinku za zwycięstwo i powrót do Gdyni. Wspaniałe przeżycie - przekonuje Boguszewicz.
 
Od tamtej pory Arka wywalczyła jeszcze jeden puchar - w 2017 roku ograła w finale Lecha 2:1. Rok później żółto-niebiescy przegrali z Legią 1:2. Czas na ich czwarty finał. - W pucharach wszystko jest możliwe, tym bardziej, kiedy o wszystkim decyduje jedno spotkanie. Przecież Lechia jako drugoligowiec zdobyła w 1983 roku puchar - nadmienia Kupcewicz. - Ten finał z Lechem w Warszawie pokazał, że nie ma zespołów nie do pokonania. Każdy może mieć słabszy moment, trzeba tylko rzetelnie wykonywać swoją pracę na boisku - kończy Boguszewicz, wlewając nadzieję w serca kibiców Arki.

Magazyn Fortuna Pucharu Polski:

KN, Informacja prasowa

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze