Marek Plawgo o Tokio 2020: Popłakałem się jak bóbr

Inne
Marek Plawgo o Tokio 2020: Popłakałem się jak bóbr
fot. Cyfrasport

- Popłakałem się jak bóbr, emocje były niesamowite. Uzmysłowiłem sobie jak zmieni się życie tych ludzi, jaki wspaniały sukces osiągnęli - powiedział Marek Plawgo o złotym medalu polskiej sztafety mieszanej na igrzyskach olimpijskich w Tokio.

Paweł Czado: Igrzyska w Tokio były dla polskiej lekkoatletyki rzeczywiście fantastyczne. Nie ma chyba lepszego momentu, żeby kibic w Polsce zaczął się nią naprawdę interesować, żeby zaczął przychodzić na zawody lekkoatletyczne, żeby zobaczyć mistrzów na żywo?

 

Marek Plawgo: Jeśli mówimy o momencie, to trzeba sobie uzmysłowić, że w historii nie mieliśmy lepszego. To był przecież najlepszy występ lekkoatletów, jeśli weźmiemy pod uwagę wszystkie igrzyska w historii! A przecież porównujemy to do igrzysk na których startował wunderteam [określenie polskiej reprezentacji lekkoatletycznej w latach 1956-1966 - przyp. red.], do igrzysk na których złote medale zdobywała Irena Szewińska.

 

Trzeba jednak zauważyć, że trudno porównywać czasy. W dobie social mediów, kiedy wszystko jest na wyciągnięcie ręki, niezliczoną ilość bodźców i rozrywek różnego rodzaju, zainteresowań, które można dzielić, jest znacznie więcej niż kiedyś. Kiedyś wokół sportowych asów był nimb tajemniczości, niedostępności. Mogliśmy tylko poczytać o nich w prasie albo zobaczyć na trybunach.

 

Tak było chyba jeszcze za pana czasów.

 

Zgadza się, startowałem jeszcze w końcówce tamtej epoki (uśmiech). Zazdrościłem więc trochę sportowcom, że mają teraz do dyspozycji narzędzia, za pomocą których mogą dotrzeć z bezpośrednim przekazem do ludzi, do których ja nie mogłem dotrzeć. Mogłem to zrobić jedynie przez prasę, przed telewizję, przez radio. Teraz każdy sportowiec może dotrzeć do kibiców osobiście, bezpośrednio.

 

Mówię o tym dlatego, że to powoduje, iż zainteresowanie tym sportem na żywo jest - paradoksalnie - troszeczkę... mniejsze! Z drugiej stronie obcowanie z wielkimi wydarzeniami na żywo, zwłaszcza w dobie pandemii, kiedy takich możliwości jest mało, możliwość zobaczenia najlepszej reprezentacji lekkoatletycznej w historii jest pociągające. Dlatego odpowiadając na pytanie zadane na początku: tak, nie ma chyba lepszego momentu. Warto więc przyjść na Memoriał Kamili Skolimowskiej, żeby ją oglądać.

 

Przypominam sobie czasy, kiedy byłem dzieckiem i wspominam, jakie emocje mną rządziły, gdy oglądałem sport. Gdyby dziś było wtedy, to wyrywałbym się w blokach, żeby przyjść i takich mistrzów zobaczyć. Dlatego przypuszczam, że na Memoriał Kamili Skolimowskiej przyjdzie dużo ludzi. Stadion Śląski jest położony w miejscu, gdzie zagęszczenie ludności w Polsce jest największe. Mityngi, które są na początku letniego sezonu mają trudniej, o nich mówi się mało albo wcale. Ale po takich igrzyskach kiedy wszyscy mówią o lekkoatletach trudno sobie wyobrazić złą frekwencję na najbliższym memoriale [odbędzie się w Chorzowie 5 września - przyp. red.].

 

Chcę jeszcze spytać o moment, w którym podczas tych igrzysk pana zatkało...

 

Były dwa. Pierwszy: złoty medal dla Polski w sztafecie mieszanej. Popłakałem się jak bóbr, emocje były niesamowite. Uzmysłowiłem sobie jak zmieni się życie tych ludzi, jaki wspaniały sukces osiągnęli. Kamila Skolimowska zdobyła złoty medal olimpijski chyba zanim tak naprawdę zdążyła o nim marzyć. To dla niej było problemem, bo potem wszyscy - i ona sama - oczekiwali od niej dużo, oczekiwali powtórki. Mam nadzieję, że dla członków sztafety ten medal nie okaże się takim ciężarem. Cieszyłem się ich szczęściem, pozytywnie im zazdrościłem osiągnięcia czegoś niebotycznego. Kobieca sztafeta 4x400 m nigdy nie miała takiego medalu, męska - jeden [srebrny medal w Montrealu w 1976 roku - przyp. red.]. Potem przez wiele lat, nawet ze świetnymi biegaczami - Haczkiem, Czubakiem, Maćkowiakiem - pokoleniem "lisowczyków" - nie udało się nawiązać do tego osiągnięcia.

 

A drugi moment to płotki na 400 metrów. Przekroczyć granicę 47 sekund to już coś niecodziennego, przekroczył ją w ostatnich latach jeden zawodnik. Ale pobić rekord świata w czasie 45,94?! Poprzedni rekord wynosił przecież 46,70. Kiedy zobaczyłem ten rezultat Norwega Karstena Warholma, to właściwie oniemiałem. Do teraz nie wiem co mam o tym myśleć, to nadal jest dla mnie niezwykłe przeżycie (uśmiech). Znam tę konkurencję, sam w niej biegałem. Wiem czego by wymagało przebiegnięcie tego dystansu w 47 sekund. 45,94 to tak odrealnione osiągnięcie, że ciągle trudno mi zaakceptować, by to było możliwe. Ja to naprawdę widziałem?! Kosmos!

 

Całość tekstu znajdziesz tu! Kliknij!

Interia.pl
Przejdź na Polsatsport.pl

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Przeczytaj koniecznie