Witajcie w kotle czarownic! Czy Stadion Śląski znów okaże się szczęśliwy dla Polaków?

Piłka nożna
Witajcie w kotle czarownic! Czy Stadion Śląski znów okaże się szczęśliwy dla Polaków?
Fot. Cyfrasport
Finał barażów o mundial zagramy na Śląskim, bo na Narodowym pracuje obecnie szpital tymczasowy dla chorych na COVID'19

PGE Narodowy w Warszawie stał się twierdzą polskiej reprezentacji, ale finał barażów, o ile do niego awansujemy, rozegramy na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Na PGE Narodowym mamy szpital dla chorych na COVID-19, a słynny „kocioł czarownic” jest wolny i tylko czeka na to, by napisać kolejny rozdział historii o sukcesie polskiej piłki.

Pierwszy mecz na Stadionie Śląskim zagraliśmy z NRD 22 lipca 1956 roku. Dla PRL-owskich władz to spotkanie miało ogromne znaczenie. Otwarcie stutysięcznika miało być dowodem na to, że Polska Ludowa otacza sport wielką opieką. Zagraliśmy jednak fatalnie, przegrywają 0:2, a Jerzy Woźniak otworzył wynik meczu, strzelając samobójczego gola. Z tym zdarzeniem związana jest pewna ciekawostka. Dla zdobywcy premierowej bramki ufundowano nagrodę – efektowny, ale i ciężki puchar z węgla. Nikt go nie dostał, bo głupio by było, żeby wręczać coś takiego Woźniakowi. W sumie to piłkarzom naszej reprezentacji mocno się oberwało. Media pisały o dnie i czarnych dniu polskiego piłkarstwa.

 

Cieślik strzela, Związek Radziecki na kolanach

 

Śląski kadra omijała przez rok. Za to drugie spotkanie, pamiętny mecz ze Związkiem Radzieckim przeszło do historii. To był pierwszy wielki mecz tworzący legendę Stadionu Śląskiego.

 

Starcie z ZSRR było rewanżem za Katyń, Jałtę i stalinizm. Po latach piłkarski bój zapamiętaliśmy jako rywalizację naszego snajpera Gerarda Cieślika z wielkim bramkarzem Lwem Jaszynem. Cieślik został powołany awaryjnie, dodatkowo. Żeby zagrać, musiał dostać zwolnienie z pracy. Szef-kibic dał mu dzień urlopu, a piłkarz odwdzięczył się dwoma bramkami. Już po meczu jeden z sąsiadów poszedł do mieszkania Cieślika, żeby sprawdzić, czy za dwa strzelone gole nie został czasem zesłany na Sybir.

 

Tamto spotkanie oglądało 100 tysięcy na stadionie, a miliony siedziały przed odbiornikami. Mecz oglądali na żywo radzieccy generałowie, którzy akurat przebywali w Polsce, bo trzeba było podjąć strategiczną decyzję dotyczącą stacjonowania sowieckich wojsk w naszym kraju. Ludzie ściskali generałów po bramkach Cieślika, nie wiedząc, z kim mają do czynienia, bo panowie byli po cywilnemu. Szkoda, że zwycięstwo nie przełożyło się na awans do mundialu 1958.

 

Wielki i pechowy mecz Lubańskiego

 

Drugim spotkaniem rozegranym na Śląskim, które przeszło do historii było to z czerwca 1973 roku. Chodzi o potyczkę z Anglią z pamiętnych eliminacji do mundialu 74 w Niemczech. To był wielki i gorzki zarazem mecz Włodzimierza Lubańskiego. Wielka gwiazda reprezentacji, napastnik Górnika Zabrze, stoczył walkę wręcz z angielskimi obrońcami. To Lubański strzelił gola na 2:0, który dobił rywala.

 

Tak jak mecz z ZSRR był pojedynkiem Cieślika z Jaszynem, tak spotkanie z Anglią było rywalizacją Lubańskiego z Bobby Moorem. Dla Anglika tamto spotkanie było początkiem końca reprezentacyjnej kariery. Dla Lubańskiego, choć zagrał fenomenalnie, stało się punktem zwrotnym. Trzy oddane strzały i gol po błędzie Moore’a to jedno, kontuzja, która na długi czas wyeliminowała Lubańskiego z gry i zabrała mu szansę wyjazdu na mundial, to drugie. Lubański wypadł z kadry na trzy lata. To była cena, jaką musiał zapłacić za spotkanie życia.

 

Jakby nie spojrzeć mecz z Anglikami (2:0) otworzył nam drogę awansu na mundial. Zwycięstwo było ważne z psychologicznego punktu widzenia. Ograliśmy faworyta, drużynę, która w 1966 zdobyła tytuł mistrza świata, a której trener Alf Ramsey bezustannie nam docinał.

 

Cruyff przyznał, że ugięły się pod nim nogi

 

To był najpiękniejszy mecz, jaki reprezentacja Polski rozegrała w ogóle. Holandia, druga drużyna na świecie, z wielkim Johanem Cruyffem w składzie, padła na kolana przed Orłami Górskiego, przegrywając aż 1:4.

 

Spotkanie chciało zobaczyć 700 tysięcy widzów, bilet kupił co siódmy. Zainteresowanie nie dziwiło, bo to przecież było starcie gigantów, mecz drugiej i trzeciej drużyny na świecie. Holandia grała wtedy futbol totalny, mówiło się, że tamta drużyna wyprzedzała swoją epokę. A jednak potrafiliśmy tamten zespół rozbić, idąc na wymianę ciosów. Piłkarze, którzy grali w tamtym spotkaniu, mówią, że padło pięć bramek, a mogło dwa razy tyle. Niektórzy po obejrzeniu meczu żałowali, że Polska z Holandią nie spotkały się w finale mundialu 74.

 

Cruyff przyznał po tamtym meczu, że pod nim i kolegami ugięły się nogi, kiedy przed pierwszym gwizdkiem usłyszeli ryk stu tysięcy gardeł. A może 120 tysięcy, bo tyle nieoficjalnie oglądało to spotkanie. Ten tłum nie tylko fantastycznie wykonał hymn, ale i świetnie wyczuł się piosenki „Polska gola, taka jest kibiców wola”. Tomasz Hopfer, dziennikarz TVP, uczył kibiców przyśpiewki tuż przed pierwszym gwizdkiem. Opłaciło się.

 

Boski Dziekanowski

 

Za kadencji Antoniego Piechniczka Stadion Śląski był naszym wyborem numer 1, miejscem, gdzie rozgrywano najważniejsze spotkania. To tam wygraliśmy 1:0 z NRD w eliminacjach do udanego mundialu 82 w Hiszpanii, tam też zanotowaliśmy zwycięski remis (0:0) z Belgią dający nam awans na kolejny mundial 86 w Meksyku. Jako numer 1 wybieramy jednak towarzyskie spotkanie Polska – Włochy z 16 listopada 1985.

 

To był 50. mecz Piechniczka w roli selekcjonera. Mecz, który dał nam nadzieję na kilka miesięcy przed mistrzostwami świata. Mecz, który pokazał, jak pożytecznym zawodnikiem dla reprezentacji może być Dariusz Dziekanowski. To jego gol po strzale z 25 metrów dał nam zwycięstwo w tamtym spotkaniu. Mogliśmy być dumni, bo do bramki dołożyliśmy dobre granie, a pokonaliśmy nie byle kogo, bo aktualnych mistrzów świata.

 

Wracając do Dziekanowskiego, bo to on był bohaterem spotkania, nie tylko trafił do siatki rywala, ale i wybił piłkę z pustej bramki po strzale Aldo Sereny. Dziekanowski był więc wielkim wsparciem dla duetu napastników, ale i też odciążał defensorów. Pewnie uchronił od większej krytyki Władysława Żmudę, który wtedy wrócił do kadry i był mocno krytykowany za swoją postawę.

 

Czekaliśmy na to 5556 dni

 

Przechodzimy do XXI wieku. Jest 1 września 2001 i Polska znowu gra, jak za dawnych lat. Rozbijamy 3:0 Norwegów i pieczętujemy awans na mundial 2002 w Korei i Japonii. Czekaliśmy na to 5556 dni, bo tyle czasu minęło od zwycięskiego remisu z Belgią dającego awans na mundial 86.

 

Efektowna wygrana z Norwegią była świetnym podsumowaniem eliminacji, które drużyna Jerzego Engela przeszła jak burza. Ręce same składały się do oklasków, kiedy Paweł Kryszałowicz technicznym strzałem otworzył worek z bramkami. Potem jeszcze mieliśmy piękną akcję Piotra Świerczewskiego, która także skończyła się golem. Trochę tylko szkoda, że tamto spotkanie było szczytowym osiągnięciem kadry Engela. Później mocno spuściliśmy z tonu. I nie chodzi wyłącznie o dwa ostatnie mecze eliminacyjne, w których zdobyliśmy raptem 1 punkt.

 

Tam wywalczyliśmy pierwszy, historyczny awans na Euro

 

To był wielki mecz kadry prowadzonej przez Leo Beenhakkera. 2:1 z Portugalią pokazało, że mamy drużynę, która potrafi grać wielkie mecze jeśli zostawia na boisku serce. To było spotkanie Euzebiusza Smolarka, który strzelił dwie bramki. Zrobił więcej niż 20 lat wcześniej jego tata Włodzimierz, który na mundialu w Meksyku 86 strzelił zwycięskiego gola w spotkaniu z Portugalią. Jedynego na tamtych mistrzostwach.

 

Smolarek wtedy przyćmił wielkiego Cristiano Ronaldo. Dzięki jego bramkom już po 18. minutach prowadziliśmy 2:0. Euzebiusz okazał się jednak wielką gwiazdą nie tylko tamtego meczu, ale i całych eliminacji. Na dokładkę okazał się tym piłkarzem, który swoimi bramkami wprowadził nas na Euro. Pierwszy raz w historii. To Smolarek strzelił dwa gole w meczu z Belgią. Te trafienia dały nam awans, a wielu kibiców mecz z Belgią stawia na równi z tym z Portugalią.

 

Teraz pozostaje trzymać kciuki, by 29 marca w Chorzowie polscy piłkarze grali o awans do mundialu, a nie tylko towarzysko w starciu ze Szwecją lub Czechami. I niech to znów będzie mecz, który przejdzie do historii i zbuduje legendę odnowionego Stadionu Śląskiego. 

Dariusz Ostafiński, Polsat Sport
Przejdź na Polsatsport.pl

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Przeczytaj koniecznie