Zbigniew Boniek skomentował rekordowy transfer Polaka. "Powiedzieliby, że ktoś oszalał"
- Zastanawiam się, co by było, gdybyśmy to my kupili chłopaka z porównywalnej ligi do naszej, który by kosztował 11 mln euro. Dajmy na to z czeskiej, czy z duńskiej, może węgierskiej. Gdyby tak się stało, to wszyscy by powiedzieli, że ktoś oszalał - powiedział nam Zbigniew Boniek po transferze Oskara Pietuszewskiego do FC Porto.

Michał Białoński, Polsat Sport: Piłkarska Polska żyje transferem Oskara Pietuszewskiego do FC Porto. Czy to powód do dumy, że za siedemnastolatka udało się Jagiellonii wynegocjować około 11 mln euro?
Zbigniew Boniek: Ja nie patrzę na to przez pryzmat, kto sprzedał kogo i za ile. Oskar jest bardzo utalentowanym, ciekawym piłkarzem, który bardzo dobrze gra w piłkę, ma dobrą technikę. Znamy go od wielu lat.
ZOBACZ TAKŻE: Zbigniew Boniek reaguje zdecydowanie! "Glik wskoczyłby za Lewandowskim w ogień"
Pamięta pan go z Zimowej Akademii Młodych Orłów, czy z Letniej AMO?
Gdy po raz pierwszy zorganizowaliśmy w Gniewinie zgrupowanie AMO, dla roczników 2002-2003, to pamiętam jakby to było wczoraj: Ariela Mosóra, Kacpra Kozłowskiego, Kubę Kamińskiego, Filipa Marchwińskiego, Kubę Kałuzińskiego, Adama Buksę, Patryka Pedę. Potem dołączali do tej akcji kolejni: Pieńko, Pietuszewski.
Uważam, że zarówno Jagiellonia, FC Porto, jak i sam Pietuszewski zrobili transakcję „win-win”. Każdy na niej wygrywa, to po prostu dobry deal.
Dla FC Porto, które w ubiegłym roku wydało na Froholda 20 mln euro, a na Borję Sainza – 13,5 mln euro nie jest oszałamiający wydatek, a gdy on tam wypali, to Portugalczycy mogą na nim zarobić i to kilkukrotnie.
Ja tak nie patrzę, że dla Porto nie jest to wielki wydatek. Zastanawiam się, co by było, gdybyśmy to my kupili chłopaka z porównywalnej ligi do naszej, który by kosztował 11 mln euro. Dajmy na to z czeskiej, czy z duńskiej, może węgierskiej. Gdyby tak się stało, to wszyscy by powiedzieli, że ktoś oszalał. Dlatego ja absolutnie nie jestem zainteresowany tym, ile który piłkarz kosztował. Z prostej przyczyny: każdy piłkarz kosztuje tyle, ile ktoś jest w stanie za niego zapłacić.
Oprócz niewątpliwie dużego talentu Oskara, trzeba też spojrzeć na jego liczby. W Ekstraklasie rozegrał 55 meczów i strzelił siedem bramek, w 12 meczach eliminacji do europejskich pucharów, a później w Lidze Konferencji zdobył zero bramek i zero asyst. Natomiast jest chłopakiem szalenie utalentowanym, co pokazał w reprezentacji młodzieżowej, jak i w Jagiellonii.
FC Porto to klub, który ma bardzo dobre doświadczenia z Polakami, który wierzy w Pietuszewskiego, który go oglądał. Porto kupuje go nie tylko na podstawie parametrów przygotowanych przez dział skautingu, tylko go solidnie, dobrze prześwietliło. Doszło po tej analizie do wniosku, że ten zawodnik im się podoba. I ja uważam, że to bardzo dobra inwestycja. Dla Jagiellonii również. Jeżeli Pietuszewski będzie grał w Porto, to wzrośnie znaczenie naszego klubu na szczeblu międzynarodowym, poważne marki częściej będą kupować w Białymstoku. Porto również będzie miało określone korzyści, natomiast czy Oskar za trzy lata będzie wart cztery razy więcej, to mnie to w ogóle nie kręci. Ale chciałbym, żeby mu się powiodło, by to, co pokazywał w naszej lidze, prezentował również w mocniejszych.
Czy liga portugalska to nie za wysokie progi dla niego?
Wręcz idealnie dopasowane. W tej lidze są cztery drużyny mocne: Porto, Benfica i Sporting, czasem dołącza ktoś czwarty, a pozostałe są na poziomie naszej Ekstraklasy. Oskar będzie miał tam możliwość rozwoju. Uważam, że trzeba bić brawa wszystkim, którzy się do tej transakcji przyczynili: Jagiellonii, trenerowi Siemieńcowi, który miał odwagę i dobrze z Oskara korzystał, agentowi Mariuszowi Piekarskiemu, który wcześnie niż inni dostrzegł jego talent, FC Porto, które wyprzedziło konkurencję itd.
Czy Pietuszewskiemu grozi to, co Kapustce po transferze do Leicester? Boniek reaguje
Nie widzi pan ryzyka, że ta pięknie wschodząca kariera może się znaleźć na zakręcie, jak ta Bartosza Kapustki po wyjeździe z Ekstraklasy do Leicester? Z drugiej strony, wejście do szatni w Porto Oskarowi z pewnością ułatwi polska kolonia.
Absolutnie nie można tego porównywać, to zupełnie różne przypadki, inne kluby, z innych lig. Leicester było wówczas mistrzem Anglii, FC Porto ma inny klimat, inne postrzeganie piłki. Inne także oczekiwania w stosunku do młodego piłkarza.
A co do ważnej roli, jaką w Porto odgrywają Bednarek z Kiwiorem, a nie zapominajmy, że jest tam jeszcze nasz młody bramkarz Hubert Charuży, to oni z pewnością pomogą Oskarowi w szybkiej aklimatyzacji do portugalskiej rzeczywistości.
Czy dzięki ewentualnej grze w Porto Pietuszewski może przekonać do siebie selekcjonera Jana Urbana, od którego nie dostał dotąd powołania?
Muszę powiedzieć, że z niedowierzaniem patrzę na modną ostatnio krytykę, która by koniecznie chciała, żeby na każde powołanie było wezwanych po dwóch-trzech młodych piłkarzy. Ja się pytam głośno: w miejsce kogo miałby grać Oskar? Nicoli Zalewskiego, Matty’ego Casha? Skoro gramy trójką stoperów i dwoma wahadłami, innej opcji nie ma. Natomiast Pietuszewski bardzo dobrze się rozwija w młodzieżówce Jurka Brzęczka. W sześciu meczach strzelił cztery bramki.
Fakt, że idzie do Porto nie zmienia postawy Janka Urbana. Janek, gdy zakwalifikuje się do MŚ, to na pewno będzie chciał korzystać z młodej generacji. Trener Urban zawsze pozytywnie się wypowiadał o Pietuszewskim.
Pamiętajmy, że Oskar ma dopiero 17 lat i ma swoją reprezentację, tę do lat 21. Przypominam też jego zerowy dorobek w Conference League. Ta liga to troszeczkę inne oczekiwania i inny też poziom. W reprezentacji do lat 21 Oskar zawsze grał świetnie. Niech tam dojrzewa. Czas na pierwszą reprezentację jeszcze dla niego nadejdzie. My chcielibyśmy wszystko robić szybko i na wariata.
Nie zapomnijmy też, że mówimy o zawodniku, który miał już problem z więzadłami krzyżowymi. Miejmy nadzieję, że kontuzje będą go już omijały.
Jak loża VIP Romy reaguje na Jana Ziółkowskiego? Zbigniew Boniek zdradza szczegóły
Jan Ziółkowski, w pierwszym sezonie w Serie A, ma ostatnio dobry okres. Rozegrał cztery mecze z rzędu, trzy po 90 minut, a w starciu z Genoą był zawodnikiem meczu. Radzi sobie chyba nadspodziewanie dobrze, Rzym mu służy?
To nie jest tak, jak pan to przedstawia. Janek jest pełnoprawnym zawodnikiem Romy. W klubowej hierarchii jest czwartym obrońcą, w systemie gry trójką. Natomiast Mancini, Hermoso i Ndicka nie mogli grać w ostatnim meczu, w związku z tym Janek stał się centralną postacią w obronie. Polak dostaje swoje szanse i będzie je dostawał. Jeżeli teraz będzie dobrze grał, to jeszcze bardziej zbliży się do pierwszego składu, nawet gdy wszyscy będą gotowi do gry. Jak każdy młody, Ziółkowski daje z siebie wszystko na boisku. Czasami jego postawa wygląda bardzo dobrze, czasami robi jakieś błędy, ale kiedy ma się ich nie popełniać jak nie w wieku 20 lat.
Pamiętajmy też, że AS Roma to nie jest klub, do którego jedziesz po naukę, tylko musisz w nim od razu pokazywać swoją wartość. I Janek to robi. Oczywiście, musi też poprawić, przede wszystkim grę w fazie posiadania piłki. Musi się więcej pokazywać, brać większą odpowiedzialność na siebie, gdy zespół wychodzi z piłką do przodu. Bo w fazie obronnej Janek świetnie sobie radzi. Czasami każdemu ktoś ucieknie, ale Janek dobrze stosuje pressing, dobrze gra głową. Ma dobry timming, jeśli chodzi o interwencje wślizgiem.
Wszyscy się na zapas martwili, że przez rok będzie o nim cisza, że będzie głównie grał w Primaverze, a okazuje się, że widzimy go w pierwszym składzie i ma szanse na to, żeby rozegrać 20-25 meczów w Serie A, Pucharze Włoch i Lidze Europy. Zatem ma swój czas.
Jak odbiera Ziółkowskiego trybuna honorowa Romy na Stadio Olimpico?
Wszyscy patrzą na niego z wielką przychylnością, wiedzą, że pewne elementy musi poprawić, ale bardziej się zwraca uwagę a zespół niż jego indywidualności.
Czy po pięciu miesiącach w Rzymie Janek udziela już wywiadów po włosku?
Na razie nie, ale w żartach będę go musiał wkrótce przeegzaminować, bo po takim okresie można się nauczyć podstaw języka.
Pan już po takim okresie udzielał wywiadów po włosku, grając w Juventusie.
Ale sytuacja była inna. Włoski był jedynym językiem, jakim można się było porozumieć w szatni. Angielski nie był wówczas jeszcze tak spopularyzowany. Dzięki temu można było szybciej złapać włoski. Dzisiaj w piłce, z prawie każdym, porozumiesz się po angielsku, przez co nauka włoskiego nie jest tak łatwa. Janek jest inteligentny, daje sobie radę korzystając z angielskiego. Pytałem się jednego z zawodników o to, jak Polaka odbiera szatnia i usłyszałem same superlatywy, jeżeli chodzi o sposób zachowania, treningu itd.
Zbigniew Boniek o porządkach w Legii Marka Papszuna
Jak pan ocenia pierwsze porządki w Legii Marka Papszuna, który podziękował trenerowi bramkarzy Arkadiuszowi Malarzowi, ogólnie jednak rozbudował sztab do rekordowych rozmiarów i na asystenta zrekrutował komentatora Polsatu Sport Marka Wasiluka? Malarz był dość ważną postacią dla Legii, jej byłym świetnym bramkarzem.
Nie zgadzam się, ważny jest tylko pierwszy trener, a reszta członków sztabu ma służyć mu pomocą. Malarz był zasłużonym zawodnikiem klubu i nadal nim zostanie, ale to Marek Papszun decyduje, z kim chce pracować i nie widzę w tym nic dziwnego. Oczywiście, można powiedzieć, że Papszun ruszył ostro i mocno, bo tak bardzo rozbudowany sztab, to rzeczywiście rzecz nieprawdopodobna. Ale skoro trener uważa, że tylu współpracowników jest mu potrzebnych do tego, żeby uzyskiwać dobre wyniki i żeby Legię wyprowadzić na salony piłkarskie, to trzeba mu zatrudnienie tylu umożliwić. Później ktoś go będzie z tego rozliczał.
A co do pana Wasiluka, czy Astiza, ja myślę trochę inaczej. Uważam, że wszyscy inni, oprócz Papszuna, to są „no name’y”, ludzie bez głośnych nazwisk, którzy mają pracować dla Papszuna. Tych ludzi nie mamy oceniać, oni mają realizować idee pierwszego trenera. Każdy z nich może wyrazić swoje zdanie, jeżeli trener Papszun go o to poprosi. Oczywiście w ciszy, w szatni, spokojnie, bez wynoszenia na zewnątrz. Jedynym decydentem w sztabie jest pierwszy trener.
Zbigniew Boniek o zmianach w Cracovii, w której Mateusza Dróżdża zastąpiła Elżbieta Filipiak
Był pan zaskoczony, że prezesem Cracovii przestał być Mateusz Dróżdż, którego zastąpiła Elżbieta Filipiak, z wiceprezesami Davidem Amdurerem i Muratem Colakiem, którzy mają doświadczenie z rynku amerykańskiego. Przypomnijmy, że od sierpnia pakiet większościowy „Pasów” objął Amerykanin Robert Platek, choć Elżbieta Filipiak również zachowała swoje walory.
Muszę powiedzieć szczerze, że nie wiedziałem o tym, że pan Dróżdż nie jest już prezesem Cracovii. Natomiast właściciel klubu może wybierać taki zarząd, jaki mu się podoba i nie widzę tu żadnej niespodzianki. To rzeczy normalne.
Mamy jednak nowy trend udziałowców zza oceanu, przed panem Platkiem był Alex Haditaghi z Pogoni, który zresztą miał lekkie starcie z prezesem Drożdżem i zmiany w Cracovii przyjął z aprobatą.
Oczywiście, inwestorzy zza oceanu w polskiej piłce to pewnie dobra sytuacja, ale o Amerykanach w Cracovii nie mam żadnej wiedzy, więc się nie chcę wypowiadać.
Przejdź na Polsatsport.pl
