Polki naprawdę to powiedziały. Nie zostawia na nich suchej nitki
- Skoki wygrały, bo została zbudowana jakaś baza pod sukcesy. Są dwie szkoły mistrzostwa sportowego, jest skąd brać zawodników. Oczywiście prezentują oni różny poziom, ale zawsze ktoś się znajdzie. Ten sam system staramy się wprowadzać w łyżwach – mówi Andrzej Person, ekspert i były rzecznik PKOl po igrzyskach w Mediolanie i Cortinie d’Ampezzo.

Dariusz Ostafiński, Polsat Sport: Jakie to były dla nas igrzyska?
Andrzej Person, ekspert, były rzecznik PKOl: Udane. Tak uważam. Wracamy z czterema medalami, a poza tym nigdy nie było w polskim sporcie takiego mężczyzny, który zdobyłby trzy medale. To się dotąd udawało paniom: Irenie Szewińskiej, Otylii Jędrzejczak i Justynie Kowalczyk, ale mężczyzna dokonał tego po raz pierwszy.
Jakby nie ten mężczyzna, to mielibyśmy jeden medal.
Wiem, ale dalej będę się upierał, że te igrzyska były udane dla Polaków. Wiem, że niektórzy wracają myślami do Soczi i chcieliby więcej, ale ja pamiętam 30 lat posuchy od 1972 roku i złotego skoku Wojtka Fortuny do 2002 roku i medali Adama Małysza w Salt Like City.
Rozumiem, ale to wciąż wygląda tak, że sukces jednego zawodnika uratował nam te igrzyska.
To po części prawda, ale według mnie związek narciarski też się obronił i wyszło na to, że mówienie przed igrzyskami o Małyszu, że był dobrym zawodnikiem, ale jest słabym prezesem, nie było uprawnione. PZN pokazał, że taki słaby nie jest. Raz, że Tomasiak i medale w skokach, a dwa, to siódme miejsce Maryny Gąsienicy-Daniel w slalomie gigancie. Wyniki w biegach też nie były złe, a przecież nie spodziewaliśmy się cudów. Trzeba w tym miejscu powiedzieć jedno: skoki wygrały, bo została zbudowana jakaś baza pod sukcesy. Są dwie szkoły mistrzostwa sportowego, jest skąd brać zawodników. Oczywiście prezentują oni różny poziom, ale zawsze ktoś się znajdzie. Ten sam system staramy się wprowadzać w łyżwach.
Tu jednak aż tak dobrze nie było.
No tak. Tylko jeden medal importowanego Rosjanina, ale nie ma się co zżymać. Większość krajów opiera się w mniejszym lub większym stopniu na imporcie. Popatrzmy na tak uwielbiane przez panie, ale panów również, łyżwiarstwo figurowe, gdzie wielką gwiazdą jest Ilja Malinin, Amerykanin o rosyjskich korzeniach. Notabene współczułem mu bardzo, jak mu nie wychodziły te salta i poczwórne obroty. Wróćmy jednak do nas. My w łyżwiarstwie figurowym wystawiliśmy wyłącznie zawodników importowanych ze wschodu. Swoją drogą, jakby ktoś nie znał nazwisk, to dopiero po akcencie mógł poznać, że to Rosjanie. Niemniej Władek Semirunnij zaimponował i szkoda, że nie udało się wcześniej zdobyć dla niego paszportu, bo przez to nie dowiózł kwalifikacji na 5 kilometrów, a pewnie tam też by nieźle wypadł, bo to długodystansowiec.
A co z pozostałymi?
Pech. Tu trzy setne, tam cztery setne, byliśmy o włos od medalu. Najbardziej żal mi Żurka.
Może w łyżwach zabrakło tego, co zrobił trener Maciusiak w skokach. Wycofał zawodników z Pucharu Świata, dał im odpocząć, wykonał ostatni szlif przed igrzyskami.
Może to był błąd, że łyżwiarze startowali do końca. Widziałem ich sukcesy w zawodach Pucharu Świata. Żurek przez cały rok z powodzeniem bił się o czołowe lokaty, ale w tym decydującym momencie trochę mu zabrakło. To jest materiał do analizy. Niemniej te igrzyska pokazały, że jest w łyżwach potencjał, że inwestycja w tor w Tomaszowie przynosi efekty.
Szkoda jednak, że nie było choć jednego medalu więcej.
W sporcie potrzebna jest cierpliwość, której nam brakuje. Weźmy piłkarską akademię Legii, która potrafi ograć uchodzący za wzór szkolenia Ajax. A gdzie jest pierwsza drużyna Legii? O krok od spadku. I to pomimo takiego zaplecza. Tu trzeba cierpliwości, o której wspomniałem i pokory. Bo czasem trzeba przetrzymać trudny czas. Pamiętam, jakie mieliśmy oczekiwania wobec zapasów po Atlancie. I nic z tego nie wyszło. To samo było z pływaniem po trzech medalach Otylii. I teraz ta sama Otylia, już jako prezes związku, próbuje to odbudować. Dajmy łyżwom szansę, a jest nadzieja, że wyniki przyjdą już we Francji. Warto by jak najszybciej skończyć budowę toru w Zakopanem, bo to może pomóc. Wszyscy znawcy podkreślają, że w górach zawsze są lepsze warunki do treningu.
Poza medalami mieliśmy na tych igrzyskach kilka innych polskich niespodzianek. Bez medali, ale jednak.
Szóste miejsce dwójki saneczkarek było jedną z nich. Szkoda tylko tych słów, że one jeżdżą seicento, gdy inni mają markowy sprzęt. Związek ma inne zdanie, a ja bym dodał, że w sankach i bobslejach ważna jest też technika. W każdym razie teraz eksperci muszą się wypowiedzieć w kwestii tego, czy trzeba budować bazę i tor za kilkadziesiąt milionów. W innych krajach mają takie tory i one są wykorzystywane także w celach turystycznych.
Wspomniał pan o sankach, a duże wrażenie zrobiły też wyniki naszych zawodników w biegach.
Zwłaszcza Eliza Rucka-Michałek, która wróciła po długiej przerwie i zajęła miejsce w pierwszej dziesiątce w biegu na 50 kilometrów. Przygotowując się do igrzysk, pracowała z mężem i wyszedł z tego taki sukces. To godne pochwały. To samo z Dominikiem Burym, który też był w czołówce biegu mężczyzn. To pokazuje, że mamy kogo na tych igrzyskach pokazać, ale talentu na miarę Justyny Kowalczyk-Tekieli nie ma. Biegi mają ten sam problem, co większość naszych dyscyplin. Są fale. Pojawia się ktoś, osiąga sukces, znika i latami czekamy na kolejny talent. Nie mamy tego, co Holendrzy w łyżwach, czy Niemcy w sankach i bobslejach.
Chyba musimy nad tym popracować. Wyznaczyć te imprezy bazowe i próbować. Skoki, łyżwy, może biegi.
To jest jakiś trop. Jeszcze bym short-track dołożył, bo to można trenować na każdym lodowisku, a te są wszędzie. To może nas zaprowadzić do dużo większej liczby medali. Choć od razu trzeba sobie powiedzieć, że drugą Norwegią nigdy nie będziemy. I o kogoś takiego jak Klaebo też będzie trudno. Swoją drogą, to ciekawe, co on teraz zrobi. 11 złotych medali na dwóch kolejnych igrzyskach i co dalej? Czy będzie mu się chciało dalej katorżniczo pracować, żeby dołożyć kolejne medale na igrzyskach we Francji? To ciężki wybór.
Przejdź na Polsatsport.pl
