Bolesny wieczór w Lidze Mistrzów! Co się stało z polskimi klubami?
Trudno być optymistą po czwartkowym wieczorze z Ligą Mistrzów piłkarzy ręcznych. Industria Kielce i Orlen Wisła Płock przegrały swoje pierwsze mecze fazy play-off Champions League. Płocczanie do 39. minuty przegrywali ze Sportingiem nawet dziesięcioma trafieniami, ale uratowali swoje szanse w dwumeczu dzięki dobrej drugiej połowie.

Nasze dwa eksportowe kluby, które w ostatnim czasie przynosiły nam w Europie powody do dumy, tym razem musiały przełknąć gorzkie pigułki. To miał być wielki czwartek z Ligą Mistrzów - okazał się jednak bardzo bolesny.
ZOBACZ TAKŻE: Orlen Wisła Płock przegrała w Portugalii
Industria i Orlen Wisła wywalczyły sobie kilka tygodni temu najlepsze możliwe pozycje na start fazy pucharowej rozgrywek. Obydwie zajęły trzecie miejsca w grupach i trafiły na teoretycznie najsłabszych rywali w rundzie play-off - odpowiednio Pick Szeged i Sporting Lizbona. Okazało się jednak, że miejsce w fazie grupowej nic nie znaczyło w czwartkowy wieczór, kiedy Kielczanie i Płocczanie wyszli na węgierski oraz portugalski parkiet.
Wieczór z Ligą Mistrzów w polskich domach rozpoczął się od meczu w Szeged. Industria i Pick stoczyły bardzo wymagające fizycznie starcie, w którym wynik końcowy 26:23 na korzyść wicemistrza Węgier jest bardzo pechowy dla Kielczan. Drużyna prowadzona przez Tałanta Dujszebajewa tylko ten jeden jedyny raz traciła do Picku trzy trafienia i właśnie z takim bilansem musi wracać do kraju.
Szkoleniowiec Industrii w czwartek wciąż nie mógł skorzystać z kontuzjowanego syna Aleksa, ale patrząc w przeszłość i tak miał komfort przy wyborze składu. Wybrańcy Dujszebajewa zawiedli jednak nadzieje swoich kibiców, głównie jeśli chodzi o postawę w ofensywie. Genialnie w bramce rywala zagrał Roland Mikler, ale i tak nie tłumaczy to słabej skuteczności obrotowych (Arciom Karalek nie rzucił ani jednej bramki!) czy nieporadności w drugiej linii, kiedy na parkiecie nie było Aleksa Vlaha.
Bramki dla obu drużyn rodziły się w bólach, ale ten wieczór okazał się bardziej bolesny dla Industrii. Co można zapisać na plus przed rewanżem w stolicy województwa świętokrzyskiego? Rzuty karne wykonywane kapitalnie przez Piotra Jarosiewicza, solidną postawę Klemena Ferlina i ewentualny powrót starszego z braci Dujszebajew. Do tego dojdzie wypełniona po brzegi Hala Legionów, która wiele razy pomagała w trudnych chwilach kieleckiej ekipie.
Orlen Wisła Płock poniosła w Lizbonie porażkę 29:33, ale mimo większej straty niż w przypadku Kielczan, może odetchnąć z ulgą przed rewanżem. Długo wydawało się bowiem, że Sporting zmiecie mistrzów Polski z powierzchni parkietu. Jeszcze w 39. minucie rywalizacji Lizbończycy prowadzili dziesięcioma bramkami, a na grę Płocczan nie dało się po prostu patrzeć. Świetne 10 minut w wykonaniu podopiecznych Xaviego Sabate przywróciło jednak wiarę w to, że dwumecz jest jeszcze do wygrania.
W pierwszej połowie Wiśle wychodziło jednak niewiele, a goście z Płocka mogli mieć pretensje tylko do siebie. Oddawali rzuty z nieprzygotowanych pozycji, popełniali proste błędy i rzucali prosto w bramkarza przeciwnika. Twarda defensywa Sportingu kompletnie wybiła ich z ofensywnego rytmu, a rywale raz po raz trafiali do siatki. Do przerwy Płocczanie stracili aż 19 bramek.
Ekipa mistrza Polski była jednak tego dnia jak silnik diesla i na szczęście weszła wreszcie na wyższe obroty. W drugiej połowie skuteczni byli wreszcie skrzydłowi Orlen Wisły, a po rzucie Michała Daszka w 50. minucie było już 23:27, patrząc z płockiej perspektywy. Wydawało się nawet, że goście mogą dogonić Sporting, ale wtedy sprawy w swoje ręce wzięli bracia Costa.
Pogoni drużyny Xaviego Sabate nie byłoby, gdyby nie świetny moment Torbjoerna Bergeruda w bramce. Po mistrzostwach Europy Bergerud wreszcie wszedł na poziom, którego od początku jego pobytu w klubie, oczekiwaliby kibice Wisły. W stolicy Portugalii ponownie pokazał klasę, a w rewanżu jeszcze raz postara się zatrzymać lizbońskie lwy.
Obecność dwóch polskich klubów w Final Four Ligi Mistrzów wciąż jest możliwa. Takie wieczory, jak ten czwartkowy nie mogą się już jednak powtórzyć. Najpierw trzeba zagrać dużo lepiej w rewanżach pierwszej rundy play-off. Z kolei tak przeciętne mecze jak w Szeged i Lizbonie, przeciwko Magdeburgowi i Aalborgowi oznaczałyby o wiele bardziej boleśniejszą lekcję od tych rywali. W ewentualnym ćwierćfinale miejsca na pomyłki już nie będzie. Najpierw do najlepszej ósemki trzeba się jednak dostać.
Przejdź na Polsatsport.pl
