Kołtoń: Nie do ogarnięcia… Jacek Magiera niech spoczywa w pokoju

Gdy na stronie PZPN pojawił się komunikat, że zmarł Jacek Magiera, to miałem tylko jedną myśl: to jest nie do ogarnięcia… I myślę, że nigdy racjonalnie tego nie ogarnę. Nie był moim przyjacielem czy kolegą, ale… był mi bliski.

Jacek Magiera w czarno-białym zdjęciu, z herbem Legii Warszawa w tle.
fot. PAP
Jacek Magiera

Był bliski, bo Jacek Magiera to człowiek pasji - pasji do futbolu. Kilka lat temu przyszedł na spotkanie ze mną z wielkim notesem - pełnym notatek, wklejek, różnych szpargałów. Ten gruby tom pokazywał mi tylko przez chwilę, jakby strzegł tych zapisków. Powiedział: „Może kiedyś powstanie z tego książka, jak już naprawdę wiele doświadczę w zawodzie trenera?”. Na tymże spotkaniu wręczył mi raport o „Reprezentacji Polski U-20, rocznik 1999 i młodsi”. Ta drużyna - pod wodzą Świętej Pamięci Jacka Magiery - zagrała mundial w Polsce. Na okładce raportu - który podarowałem niezwykłej piłkarskiej bibliotece Bogdana Cisaka - znalazła się fotografia Stadionu Narodowego. I hasło: „Nie ma drogi na skróty do miejsca, do którego warto dojść”.

 

ZOBACZ TAKŻE: Jacek Magiera nie żyje. Zbigniew Boniek żegna trenera. "Żywiłem do niego największy szacunek"

 

Nigdy nie szedł na skróty. Zawsze był zaangażowany, z wiedzą, poważny, ale i często z uśmiechem. Zawsze z wielką kulturą osobistą. Gdy jako 20-letni piłkarz - w 1997 roku - trafił do Legii Warszawa, to znalazł się w największym polskim klubie, w którym zawsze walczy się o mistrza Polski. W tym klubie spotykają się ludzie o różnych charakterach. Żartował: „Była grupa szalona, była bankietowa i była ta normalna, chyba najmniej liczna. I rzecz jasna byłem w tej ostatniej”. „Zdecydowanie nie pasował do innych grup - tylko do tej normalnej” - przyznaje Wojciech Kowalczyk, który spotkał młodego Magierę w Legii, gdy wrócił do Polski po grze w Hiszpanii. W piątek o 14 planowaliśmy z „Kowalem” nagranie o reprezentacji Polski. Nie byliśmy w stanie rozmawiać. Umówiliśmy się na inny termin. Wojtek tylko kiwał głową i mówił: „Wiesz, był największym abstynentem w Legii. Może co najwyżej z dwóch-trzech takich piłkarzy spotkałem”. I „Kowal” wspominał notes, z którym młody Magiera się nie rozstawał. „Notował wszystko - mądrości, ale i śmieszności Franza Smudy, bo jak wróciłem do Legii, to właśnie Franz był trenerem” - wspomina.

 

Na Wikipedii Magiera ma 54 spotkania w reprezentacjach Polski. Sam lubił jednak powtarzać, że tych meczów było zdecydowanie więcej. „Zagrałem dokładnie 99 spotkań z Orłem na piersi” - mówił z przekonaniem. I nie sposób nie wierzyć, bo naprawdę wszystko miał udokumentowane. Dodawał również z rozbrajającą szczerością: „Jednego żałuję - że ani razu nie zagrałem w pierwszej reprezentacji. A był czas, gdy na to zasługiwałem. Chyba najbardziej w 2003 roku. Byłem naprawdę dobry w Legii i wydawało się, że na pewno otrzymam powołanie od Pawła Janasa. Jednak nigdy nie przyszło”.

 

Nie miał wrogów, choć z czasem był coraz bardziej krytyczny do środowiska piłkarskiego, które rządziłem polskim futbolem klubowym. Po drugim zwolnieniu ze Śląska Wrocław był w szoku. Gdy rozmawialiśmy zimą 2025 roku przez telefon - z dwie godziny! - ciągle i wciąż nie mógł się pogodzić, że już nie prowadzi „wojskowych” z Dolnego Śląska. „Ileż punktów więcej miałby Śląsk, gdyby dane mi było dalej pracować” - podsumował.

 

Dłużej rozmawialiśmy też 10 lipca 2025 roku. Łatwo to sprawdzić po korespondencji na WhatsApp, gdzie wysłał mi podsumowanie argumentów, które przemawiały za jego pracą z reprezentacją Polski. Tłumaczył wówczas: „Pracowałem jako trener z dwudziestoma piłkarzami, którzy ostatnio byli powoływani do reprezentacji, a także ze zdecydowaną większością tych, którzy są w reprezentacji młodzieżowej. Samodzielnie prowadziłem reprezentacje U-19 i U-20, doświadczając od podstaw, jak funkcjonują reprezentacje. Byłem w sztabie Adama Nawałki na mundialu w Rosji. Gdy trafiłem do Legii jako pierwszy trener, to szybko poskładałem tę swoistą wierzę Babel. W Lidze Mistrzów wyszliśmy z grupy, a mistrzostwo Polski zdobyliśmy, odrabiając 12 punktów straty! Na szybko dwa razy ogarnąłem Śląsk Wrocław - w obu przypadkach wywalczyłem start w europejskiej rywalizacji. Za drugim razem jako wicemistrz Polski. Jeśli chodzi o doświadczenie międzynarodowe, to prowadziłem kadrę w finałach mundialu U-20, Legię w fazie grupowej Ligi Mistrzów, a także pucharowej Ligi Europy. Walczyłem w kwalifikacjach Ligi Konferencji. Byłem asystentem w trzech edycjach Ligi Europy - jako współpracownik Macieja Skorży, a później Jana Urbana. Potrafię wpływać na trudnych piłkarzy jak Vadis Odjidja-Ofoe czy Erik Exposito. Naprawdę potrafię się komunikować i współpracować z ludźmi, mając otwartą głowę. Jestem dobrym psychologiem. Stawiam na jakość, porządek, dbam o wizerunek. Jestem Polakiem”.

 

Tak był Polakiem, który mówił o tym z dumą, wyznając tradycyjne wartości. 

 

To było trochę zaskakujące, że przyjął asystenturę u Jana Urbana. „U nikogo innego nie zdecydowałbym się na to” - przyznał szczerze. Miał wielkie trenerskie plany, bo tak jak nie do końca spełnił się jako zawodnik, tak chciał się spełniać jako szkoleniowiec, bazując już na ogromnym doświadczeniu. Ileż już przeżył w tej wymarzonej przez siebie roli, ileż jeszcze mógł przeżyć… Nie sposób ogarnąć, dlaczego Pan przywołał Go do siebie, gdy liczył 49 lat… Spoczywaj w spokoju!

Prawda Futbolu
Przejdź na Polsatsport.pl

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Przeczytaj koniecznie