Dzień, w którym pękło niebo. Tak polskiemu hokejowi uciekła elita MŚ
Bezsilność i bezradność przy próbie znalezienia odpowiedzi na pytanie: Jakim cudem/prawem do tego doszło? Jak Polsce uciekł awans z tak słabym zespołem jak Litwa na własnym lodzie? Przecież wygrywając ten mecz Biało-Czerwoni mogli odmienić los nie tylko swój, ale całego hokeja w naszym kraju.

Ale już teraz, gdy opadł pobitewny kurz widać wyraźnie, że ta wstydliwa porażka pasuje jak ulał do garbatego losu polskiego hokeja.
Serce krwawi: za pracowitość, waleczność, poświęcenie, blokowanie krążków każdą częścią ciała, nasi hokeiści zasługiwali na ten awans. Ale nie od dziś w sporcie szalenie ważnym elementem jest przygotowanie mentalne. A ono ewidentnie zawiodło. Nie po raz pierwszy.
ZOBACZ TAKŻE: Polska przełamie klątwę MŚ? Legenda punktuje! "Mega trudna grupa. Będą fruwać jak na skrzydłach”
Kręte ścieżki Polski w elicie MŚ hokeistów
Tuż przed MŚ fetowaliśmy 50. rocznicę sensacyjnego zwycięstwa 6:4 nad najlepszą ekipą tamtych czasów Związkiem Radzieckim. Już mało kto wybijał, że nazajutrz po tym cudzie na lodzie przegraliśmy 0:12 z Czechosłowacją, ale najbardziej bolesna była przegrana 1:2 z RFN-em, w ostatnim meczu, przez którą spadliśmy z elity w 1976 r. Elity, w której grało raptem osiem zespołów, ale wiemy, ile mocnych hokejowo państw powstało po rozpadzie ZSRR (Łotwa, Białoruś, Kazachstan, Ukraina) Czechosłowacji (Czechy i Słowacja) i Jugosławii (Słowenia).
Ostatnim momentem, gdy Polacy utrzymywali się w elicie, zajmując w niej piąte miejsce, były trzy turnieje w latach 1973-1975. Później po dwóch-trzech latach przerwy wchodziliśmy do elity na rok, by znów spaść. Tak jak w 1989 r., gdy w Szwecji, w meczu „o życie”, ulegliśmy 0-2 RFN-owi. Z kolei trzy lata później, w Czechosłowacji, zbieraliśmy już dwucyfrówki od ekip, z którymi jeszcze w latach 80. graliśmy jak równy z równym - od Finlandii (2:11), Niemiec (1:11). Błyskawicznie wyprzedziła nas też Szwajcaria, która wcześniej bywała stałym bywalcem grupy B MŚ, podobnie jak Włochy, którym ulegliśmy 5:7 i Francja, przez porażkę z którą 1-3 wypadliśmy z elity w 1992 r. Ekipą, która przejechała nam obok nosa w rankingu była także Norwegia. I na nic się zdało rozszerzenie MŚ z ośmiu do 12 drużyn. Polska była na nią i tak za słaba.
Stoimy w miejscu, przez co uciekają nam kolejne kraje: Austria, Szwajcaria, Norwegia, Francja, Słowenia, Węgry
Na kolejny awans do elity przyszło nam czekać aż dziewięć lat, do 2001 r., gdy w Grenoble ekipa zmontowana przez śp. Wiktora Pysza zostawiła w pobitym polu Francję i rozpędzającą się wówczas Danię. W 2002 r. w Szwecji nie zdołaliśmy się utrzymać w 16-zespołowej elicie, choć mieliśmy dwóch zawodników z NHL: Mariusza Czerkawskiego i Krzysztofa Oliwę. W walce o utrzymanie pokonaliśmy Włochów 5:1, Japonię 5:2, ale to ona pozostała w elicie przez idiotyczny przepis IIHF, który dawał Japończykom prawo gry wśród najlepszych, jako mistrzowi Dalekiego Wschodu. Inna rzecz, że infantylnie zagraliśmy przeciw Słowenii, przegrywając 1:4 i poznaliśmy kolejny nowy kraj na mapie hokejowej, który przejeżdża nam koło nosa.
Na kolejny awans musieliśmy czekać aż do 2023 r. Cóż z tego, skoro rok później w Ostrawie znowu odezwała się garbata dola polskiego hokeja. Nasi sprawiali świetne wrażenia na tle potęg. Brązowemu medaliście z 2023 r. Łotwie urwali punkt, z Niemcami grali jak równy z równym, by przegrać 2:4. „Prezentujecie się znacznie lepiej niż Kazachstan, zasługujecie na utrzymanie w elicie” – poklepywali nas po plecach Czesi. Cóż z tego. Kazachowie ulegli USA 1:10, by nazajutrz ograć Polaków 3:1 i pożegnać nas z elity. A przecież nasi zaczęli od prowadzenia po strzale Kamila Wałęgi. Gdy trzy minuty później wyrównał Nikita Michailis, jakby ktoś zgasił nam światło. Egzekucja była tylko kwestią czasu.
Gdy jechaliśmy na elitę MŚ dwa lata temu mieliśmy zarejestrowanych 458 hokeistów i ledwie 26 krytych lodowisk. Oczywiście liczba graczy nadających się choćby do szerokiej kadry nie przekracza 50.
Rzecz jasna te liczby na Litwie, która zatrzasnęła nam drzwi do elity razem z palcami między nimi a futryną, są jeszcze skromniejsze: 120 zawodników i 9 lodowisk.
Słowenia ze 159 zawodnikami i ledwie siedmioma lodowiskami radzi sobie znacznie lepiej. Gdy w 2002 r. po raz pierwszy zagrała w elicie MŚ, występuje w niej niemal jak stały bywalec. W tym roku po raz 12. Czyli można sposobem.
Znacznie mniejsze od nasz Węgry postawiły na hokej kilkanaście lat temu i dziś zbierają owoce. Kraj liczący 9,5 mln mieszkańców ma 1555 hokeistów i 41 krytych lodowisk. Po incydentalnych występach w elicie w 2016 r. i 2023 r., rok temu po raz pierwszy się tam utrzymali, właśnie kosztem Kazachstanu. Dokonali czegoś, co dla nas jest marzeniem ściętej głowy.
Słoweńcy i Węgrzy budują jakość w oparciu o austriacką ligę ICE
Zarówno Słoweńcy, jak i Węgrzy budują swoją jakość w oparciu o austriacką ligę ICE (dawne EBEL). Występują w niej na co dzień Olimpija Lublana oraz dwa węgierskie zespoły Fehervar i Ferencvaros. Występujący w nich zawodnicy stanowią trzon kadr narodowych obu krajów.
Nowy zarząd PZHL Krzysztofa Woźniaka i Mariusza Czerkawskiego stara się działać na „tu i teraz”, ale dba też o „jutro”. Nowy selekcjoner Pekka Tirkkonen poprawił organizację gry w przewagach i osłabieniach, ale nie wyczaruje np. lepszych obrońców. Namówiony do powrotu po ośmiu latach Bartłomiej Pociecha spędził na lodzie ponad 112 minut. Jako jedyny oprócz niego 100 min przekroczył tylko Dominik Paś (105 min.). Pociecha nie pchał się sam na lód. Po prostu lepszych defensorów od 34-latka nie mamy.
PHL w formule open odbija się nam czkawką, talenty uciekają do Niemiec, na Słowację
Nasze klubu, rozkochane w otwarciu ligi na obcokrajowców, zbyt rzadko wypuszczają takie talenty jak Michał Naróg, który potrafi nie tylko bronić, ale też dobrze jeździć na łyżwach i rozgrywać krążek, dzięki odpowiedniej technice użytkowania kija.
Projektowi „na jutro” przewodzi Henryk Gruth. Rada Programowa PZHL, którą kieruje legenda naszego hokeja ma wynieść szkolenie na zupełnie inny poziom. Gruth namówił do pracy z polskim narybkiem m.in. Andrzeja Świstaka, który podczas MŚ juniorów w 1983 r., gdy w Polsce panował stan wojenny, poprosił o azyl we Francji i tam, po odbyciu 18-miesięcznego zawieszenia, kontynuował karierę.
Oczywiście nie uda się zbudować zdrowej piramidy szkoleniowej, z jak najszerszą podstawą, bez nakładów finansowych i silnej ligi juniorskiej. Na razie o takiej możemy tylko pomarzyć, więc nie ma się co dziwić, że rodzice wywożą swe dzieci do klubów czeskich, czy słowackich, ale tam na ogół traktowane są po macoszemu. Niby dlaczego Słowacy i Czesi mają inwestować w rozwój nieswoich talentów?
Zdesperowany nowotarżanin Patryk Zubek dwa lata przyjął nawet słowackie obywatelstwo, by zwiększyć szansę na zrobienie kariery. Ma już za sobą występ dla Słowaków na MŚ do lat 18, mijający sezon spędził w kanadyjskiej lidze juniorskiej. Karierę przez kadrę Niemiec wybrał wcześniej gdańszczanin Wojciech Stachowiak i opolanin Maksymilian Szuber. Nie trzeba dodawać, że każdy z tej trójki dla reprezentacji Polski byłby na wagę złota. Ale takie były wybory hokeistów i ich rodziców. Prezes Krzysztof Woźniak i Mariusz Czerkawski robią wszystko, by odwrócić tę tendencję. By żadnemu talentowi w przyszłości nie wydawało się, że gra w reprezentacji Polski jest jak brnięcie w ślepy zaułek.
Przejdź na Polsatsport.pl