Czuje niedosyt po Final Four. „Droga przez mękę”, tego mu zabrakło
Liczyłem na więcej – mówi komentator Polsatu Sport Tomasz Swędrowski po Final Four. - Szkoda Projektu, bo napisał fajną historię. Warta? Może za rok, z mocniejszym składem – dodaje, zwracając też uwagę na największy problem weekendowego święta siatkówki w Turynie.

Dariusz Ostafiński, Polsat Sport: Zacznijmy może od tego, że największe święto siatkówki nie zgromadziło wielkiej publiczności.
Zobacz także. Gdzie obejrzeć najbliższe mecze reprezentacji Polski?
Tomasz Swędrowski, komentator Polsatu Sport: Było pusto i to była jedna z większych porażek.
Dlaczego?
Organizatorzy nie zadbali o frekwencję. Z góry wiedzieli, że nie będzie dużej widowni, bo górne trybuny były zasłonięte kotarami. Na pierwszym meczu były cztery tysiące. Niewiele, jak na mogącą pomieścić 15 tysięcy halę. Nie rozpropagowano tego turnieju tak, jak można by było to zrobić.
To jedyny powód?
Konkurencja też zrobiła swoje. W Turynie, prócz siatkówki, odbyły się też największe w Europie targi książki, które przyciągają ludzi z całego świata. I jeszcze bym dodał, że bilety na Final Four były za drogie. Wszyscy to podkreślali i mówili, że to odstraszyło kibiców. Ceny od 37 do nawet 220 euro, to przecież duży wydatek jeśli ktoś chciałby się wybrać całą rodziną.
To prawda.
Dopiero na meczu finałowym hala wyglądała dobrze. Nie była pełna, ale kibiców było na tyle dużo, że wreszcie można było poczuć atmosferę. Nie zmienia to faktu, że nie zrobiono tego, jak należy. Kiedy ZAKSA wygrywała Final Four w tej samej hali, to na trybunach był 11 tysięcy widzów. Włosi wykupili Final Four na trzy lata. Pierwotnie miał być Mediolan, ale tam dopiero kończą nową halę, dlatego teraz był Turyn, a Mediolan powinien być za rok. Zobaczymy, może wtedy nie będzie problemu z widownią.
A co, jeśli chodzi o wyniki naszych drużyn? Jak się czytało komentarze, to można było dojść do wniosku, że może być nawet polski mecz o trzecie miejsce.
Jasne, że mogło tak być, ale liczyliśmy na więcej. Ja liczyłem na więcej.
Na co?
Na dwa medale. I myślę, że ci, którzy oglądali mecz Projektu z Turkami, zgodzą się ze mną, że to był mecz do wygrania, że Warszawa mogła mieć ten brąz. Przez większą część meczu nasza drużyna była lepsza. Powinna była prowadzić 2:0 i jestem przekonany, że jakby wygrała tego drugiego seta, to całe to spotkanie potoczyłoby się inaczej. I szkoda w pewnym sensie Projektu, bo napisał fajną historię. Ich droga do finału, to była droga przez mękę. Awansowali z trzeciego miejsca w grupie, potem nieprawdopodobnie odwrócili losy meczu z Trentino. Szkoda. Niektórym zabrakło doświadczenia, może też chłodnej głowy.
Przed Final Four były takie głosy, że brakować będzie choćby doświadczenia Bednorza.
Z drugiej strony Gomułka czy Firszt to najwięksi wygrani Final Four. Takiego doświadczenia, jakie załapali, grając z taki silnymi drużynami, nie da im nawet sto treningów. Co nie zmienia faktu, że to czwarte miejsce boli.
Z Wartą chyba jest inaczej. Zrobiła swoje.
Perugia była poza zasięgiem, choć też nie wiemy, jakby się to potoczyło, jakby ten pierwszy set był w drugą stronę. To był pokaz siatkówki, jak chodzi o grę w ataku. Warcie zabrakło szczęścia. Inna sprawa, że Perugia była faworytem, była monolitem i w zasadzie była poza zasięgiem.
Warta była szczęśliwa już z tego, że awansowała do finału. To był jej cel.
Jednak, jak awansowali, to na pewno chcieli grać o złoto. Zresztą walczyli do końca i też mieli swoje atuty i papiery dające im szansę na wygraną. Przegrali, bo Włosi byli zespołem lepszym. O tym, że Perugię trudno pokonać, przekonują jej ostatnie wyniki. Zobaczymy jednak, co dalej. Warta trzy razy podchodziła do finału mistrzostw Polski i za trzecim razem wygrała. W finale Final Four była dwa razy. Może za rok, z mocniejszym składem, Warta będzie się cieszyła ze złota. W każdym razie niedosyt jest, ja ten niedosyt czuję, ale może to, dlatego że jesteśmy już rozpasani tymi sukcesami.
Przejdź na Polsatsport.pl