Marian Kmita: Anglia vs Fidżi – ważniejsze od mundialu
I oto mamy ostatecznie wyłonioną czwórkę półfinalistów World Cup 2026. Zgodną z proroctwami wielu. Zgodą również z marzeniami (uzgodnieniami?) działaczy FIFA, więc tym razem niespodzianek brak. Kontrowersji zaś jest sporo, wciąż więcej, niż powinno być w epoce VAR-u. Tym żyje prawie cały sportowy świat, ale myliłby się ten, kto sądzi, że futbol jest teraz sprawą życia i śmierci dla wszystkich.

I choć to zdaje się być nieprawdopodobne, są na to dowody, których sam doświadczyłem w ostatnich dniach. Otóż z racji służbowych obowiązków, jak prawie co roku, udałem się do Londynu na ostanie mecze na trawiastych kortach Wimbledonu. Przybyłem na zaproszenie naszego angielskiego przyjaciela z firmy IMG Victora Blundella, z którym wielokrotnie wcześniej gawędziliśmy o kondycji angielskiej piłki, i tej klubowej, i tej reprezentacyjnej.
Siadamy więc z Victorem na kilka kwadransów przed czeskim finałem pań, na herbatce w "Hydrangea Suits", a że wieczorem jest mecz Anglia – Norwegia zagajam ostro a propos szans Anglików. I jakież jest moje zdziwienie, gdy Victor mówi tak – "Dobra, dobra z tym futbolem, generalnie boję się o Anglików, ale wiesz, dzisiaj w nocy to najważniejszy będzie powrót Conora McGregora do klatki UFC po pięcioletniej przerwie. I to jest wydarzenie, dla którego warto nie spać".
Myślę sobie, no dobra, Anglicy mają na co dzień tyle dobrych emocji związanych ze swoją piłką, więc może mecz o półfinał mistrzostw świata nie jest dla niektórych z nich aż tak silnym bodźcem. Dopiliśmy z Victorem herbatkę, serdecznie się pożegnaliśmy i pobiegłem na wimbledoński Centre Court na finałowy mecz pań.
A że trochę się spóźniłem na pierwszą piłkę, to wimbledońskim zwyczajem musiałem odczekać w wejściu na trybuny do zakończenia gema. Zatem trochę z nudów, a trochę z ciekawości, zagajam pilnującego tam porządku sympatycznego sierżanta Armii Brytyjskiej, czy ogląda piłkarski mundial i jakie są jego typy na wieczorny mecz Anglików z Norwegami? A on z uśmiechem odpowiada, że jego interesuje tylko dzisiejszy mecz Anglia – Fidżi Nations Championship w rugby i to jest ważna sprawa, a nie jakiś piłkarski mundial za oceanem. Nawet z udziałem narodowej drużyny z Anglii. Niepojęte, ale naprawdę tak było.
I może to i dobrze, bo ludzie zakochani w futbolu często myślą, że wszystko, co jest z piłką związane, to jest początek i koniec wszystkich rzeczy, a tak zaiste nie było, nie jest i nie będzie.
Z drugiej strony, gdy włączyłem angielską telewizję, czy to BBC, czy ITV, które podzieliły się meczami do mundialu, można było odnieść wrażenie, że wciąż "Football is King". Notabene Anglicy robią to znakomicie i każdy bezpośredni kontakt z ich telewizyjną produkcją to nauka i inspiracja. A mnie tym razem najbardziej zachwyciła prowadząca studio w BBC do meczu Hiszpanów z Belgami, córka samego Kenny'ego Dalglisha – Kelly Cates. Znakomita pod każdym zawodowym względem, trzymała w ryzach stare sławy, w tym zawsze wierzgającego na i poza boiskiem - Wayne’a Rooneya.
A najbardziej rozczulił mnie niedzielny poranek w śniadaniówce BBC, której prowadzący połączyli się z mieszkającym dzisiaj w Hrabstwie Essex - Peterem Shiltonem. Tym samym, któremu zawdzięczamy nasz "zwycięski" remis na Wembley. Wszak to on dał się pokonać Janowi Domarskiemu i otworzył drzwi do wielkiego świata polskiej piłce na następną dekadę.
On też, trzynaście lat później, zatrzasnął te drzwi na mundialu w Meksyku, gdzie razem z Garym Linekerem dokonali efektowej zemsty na Polakach. On też bronił angielskiej bramki w słynnym ćwierćfinale z Argentyńczykami, kiedy Pan Bóg, ręką równie boskiego Diego Maradony, strzelał decydującego gola. Dlatego połączono się z Shiltonem, żeby powiedział, co to będzie w środę, gdy oba zespoły zmierzą się w półfinale. A stary Peter, jak na statecznego 77-latka przystało, który w futbolu doświadczył wszystkiego, mówi tak: "Jak wygramy, to będziemy chwalić cały zespół, a jak przegramy, to na pewno winny będzie bramkarz". Dla ilustracji tego zdania przywołano nie tylko obrazy decydujących o wynikach ostatnich meczów błędów belgijskiego i norweskiego bramkarza, ale i Jordana Pickforda też. Bez litości.
Jak będzie naprawdę, przekonamy się już we wtorek i środę. Oba mecze zapowiadają się znakomicie i smakowicie, ale czy cała Anglia zasiądzie do telewizorów? Być może tak. Przecież następny mecz angielscy rugbiści będą grali dopiero 18 lipca - notabene – z Argentyną!
Przejdź na Polsatsport.pl
