"Bestia" zakończyła karierę. Niezwykłe wspomnienia Adama Hrycaniuka

Koszykówka

Adam Hrycaniuk, popularny „Bestia”, w wieku 42 lat zakończył niezwykle bogatą karierę sportową. Siedmiokrotny mistrz Polski, który w reprezentacji rozegrał 137 spotkań, wspomina 20 lat spędzonych na parkietach ekstraklasy koszykarzy i nie tylko.

Koszykarz w żółtej koszulce z numerem 34 próbuje wyminąć leżącego na parkiecie przeciwnika z piłką w ręce.
Fot. PAP
Adam Hrycaniuk w akcji podczas meczu Polskiej Ligi Koszykówki.

Przez ten okres mierzący 206 cm środkowy budował swoją markę bezkompromisową, fizyczną grą pod koszami, stając się synonimem twardej boiskowej walki. Dla młodych graczy może być wzorem, w jaki sposób utrzymać się na wysokim poziomie przez długie lata.

 

ZOBACZ TAKŻE: Niespodzianka w Toronto. Aryna Sabalenka odpadła z turnieju

 

Urodził się 15 marca 1984 roku w Barlinku, dorastał w Myśliborzu. Jego przygoda ze sportem zaczęła się typowo, czyli od zabaw z kolegami na podwórkowym asfalcie. Kilkadziesiąt kilometrów dalej leży Stargard, który miał wtedy drużynę koszykarzy walczącą o medale mistrzostw Polski. Naturalną koleją rzeczy wysoki chłopak, noszący jeszcze wtedy okulary (wkrótce zamienił je na szkła kontaktowe), trafił tam do zespołów młodzieżowych. Klub ze Stargardu znany był w kraju ze szkolenia środkowych: Rafał Bigus, Wiktor Grudziński, Paweł Wiekiera czy Paweł Leończyk trafili stamtąd do reprezentacji.

 

W seniorskim Hrycaniuk zespole zadebiutował 11 lutego 2003 roku w spotkaniu ze Stalą Ostrów Wlkp., miał wówczas 18 lat.

 

- Od Spójni wszystko się zaczęło. Miałem to szczęście, że trafiłem do dobrej drużyny, a początkowo do całkiem mocnej ekipy juniorów. W kategorii U-15 zdobyliśmy mistrzostwo Polski, w U-18 brązowy medal i w U-20 także mistrzostwo. Dostałem propozycję ze Stanów Zjednoczonych, żeby wyjechać tam do szkoły. Akurat w ekstraklasie nie mogłem się dłużej sprawdzać, gdyż Spójnia właśnie z niej spadła. Bardzo chciałem kontynuować naukę, ale i przygodę z koszykówką. Takie połączenie w ojczyźnie basketu było najlepszym rozwiązaniem - przypomniał.

 

Przygoda w USA, najpierw w szkołach Barton County i Trinity Valley Community College, a następnie w University of Cincinnati trwała cztery sezony. W 2008 roku wrócił do kraju.

 

- Miałem opcję, żeby pójść do Górnika Wałbrzych, byłem też na testach w Śląsku Wrocław. Wtedy zadzwonił Tomasz Pacesas, żebym przyjechał do Sopotu. I tak zostałem tam pięć lat. W Trójmieście dałem się poznać ze swojej specyficznej gry. Z tego, co potrafię i z tego, czego... nie potrafię - zaznaczył.

 

Właśnie z tej specyfiki wziął się przydomek „Bestia”.

 

- Kto pierwszy mnie tak nazwał? Amerykanin Ronnie Burrell. Na treningach Prokomu Trefla zawsze była dosyć ostra walka. Graliśmy bardzo mocno, fizycznie. No i gdzieś tam komuś nos przetrąciłem, komuś, że tak powiem, pękł łuk brwiowy. Burrell obawiał się, żebyśmy przypadkiem nie musieli grać przeciwko sobie. Choć nasze pozycje były inne, to zdarzało mu się wpaść na mnie. Zawsze wtedy mówił: „ty to jesteś taki, taka... bestia”. Od niego to wyszło. I tak zostało - wyjaśnił.

 

Z pięciu sezonów w Gdyni najbardziej zapamiętał 2009/10, kiedy drużyna Asseco Prokomu, m.in. z Qyntelem Woodsem, Davidem Loganem, Danielem Ewingiem czy Przemysławem Zamojskim, awansowała do czołowej ósemki Euroligi. W ćwierćfinale play off podopieczni trenera Pacesasa przegrali z Olympiakosem Pireus 1-3. Silny grecki zespół (m.in. Josh Childress, Milos Teodosić, Ioannis Boroussis) dotarł później do finału, w którym uległ Barcelonie.

 

- Mieliśmy mega dobrą drużynę. Mistrzostwo Polski zdobyliśmy, nie przegrywając w fazie play off żadnego meczu. No i Euroliga, z najlepszym wynikiem polskiego zespołu w historii. Byłem już wtedy w bardzo dobrej formie. Nie musiałem niczego udowadniać. Walkę o miejsce w drużynie miałem za sobą, byłem jej pełnoprawnym zawodnikiem - wspominał Hrycaniuk.

 

Z trenerów, z którymi pracował, na pierwszym miejscu wymienia właśnie Pacesasa.

 

- Uwierzył w moje umiejętności, dał możliwość kontynuowania kariery w kraju, w klubie euroligowym. Stawiał bardzo wysoko poprzeczkę, a w pracy z nim trzeba było wiele znieść - nadmienił.

 

Wysoko ceni też Andrzeja Adamka, z którym zdobył mistrzostwo kraju po odejściu Litwina, oraz Saso Filipovskiego - już z okresu gry w Zastalu Zielona Góra.

 

- Świetna przygoda, mile wspominam ten czas. Bardzo sympatyczny człowiek, prowadził zajęcia z uśmiechem na ustach, ale nie ma zmiłuj się, treningi były naprawdę ciężkie. Efektem był np. marsz w 2016 roku, gdy zdobyliśmy mistrzostwo wygrywając w play off wszystkie mecze. W sześć lat zdobyliśmy w Zielonej Górze trzy tytuły. Potem, już w Arce Gdynia, jako trenerów miałem byłych kolegów z drużyny - Przemka Frasunkiewicza czy Krzyśka Szubargę - dodał.

 

Oddzielny rozdział kariery „Bestii” to reprezentacja, w której występował przed 10 lat. Rozegrał 137 spotkań, zdobył 647 punktów. W tym stuleciu większy staż w kadrze mają tylko jej kapitanowie Łukasz Koszarek - 212, Mateusz Ponitka - 190 i Adam Waczyński - 149 oraz Michał Sokołowski - 146.

 

- Zaczynaliśmy na dole, gdzieś tam od eliminacji, ale regularnie awansowaliśmy już do Eurobasketów. Z czasem przyszły dobre wyniki, jak awans do mistrzostw świata 2019 i ósme miejsce w Chinach. Zapamiętałem szczególnie wcześniejsze o osiem lat mistrzostwa Europy na Litwie. To był w sumie mój drugi rok w kadrze. Pojechaliśmy osłabieni, powiedziałbym, z bardzo wątpliwym składem, ale zagraliśmy całkiem niezłe zawody, przeciwstawiając się Hiszpanii, gospodarzom, wygrywając z wicemistrzem świata - Turcją oraz Portugalią. Mało zabrakło, żeby wyjść z grupy. Zadecydowała porażka z Brytyjczykami. Miałem w kadrze lepsze i gorsze momenty, ale gra z orzełkiem na piersi była zawsze przeżyciem - przyznał.

 

Z licznego grona koszykarskich gwiazd, które miał za partnerów w zespole bądź z którymi rywalizował, najbardziej podziwia Qyntela Woodsa. Amerykanin trafił do Trójmiasta jako koszykarz z bogatym doświadczeniem w NBA.

 

- To był zawodnik wyjątkowy na tamte czasy. Pokazał, że koszykówka może istnieć w innym wymiarze. Absolutnie był jednym z najlepszych graczy, jacy pokazali się w Eurolidze. To z nim w składzie walczyliśmy bez kompleksów, awansowaliśmy do ćwierćfinału. Inny zawodnik, z którym świetnie mi się grało, współpracowało i zawsze go podziwiałem, to Łukasz Koszarek. Jesteśmy z tego samego rocznika 1984, z tym że on generalnie miał większy talent. Wszyscy pamiętamy, jak dobrym i cenionym był rozgrywającym - podkreślił Hrycaniuk.

 

Koszarek, dziś prezes Polskiej Ligi Koszykówki, jest rekordzistą pod względem liczby występów w meczach ekstraklasy. Rozegrał ich 669, a tuż za nim jest... Hrycaniuk - 657. Środkowy z Barlinka jest także wiceliderem historycznego zestawieniu zbiórek - 2900 (za Filipem Dylewiczem - 3130), a prowadzi w klasyfikacji zebranych piłek w ataku - 1042 (przed Pawłem Leończykiem - 1025).

 

Z rywali, przeciwko którym grał, można zestawić kilka piątek światowych gwiazd. On sam wymienia przede wszystkim Marca Gasola, Juana Carlosa Navarro, Serge’a Ibakę, Timofieja Mozgowa, Lukę Doncicia czy Gorana Dragicia.

 

W drużynie klubowej miał możliwość wspólnych występów z byłymi bądź przyszłymi zawodnikami NBA, np. z Litwinem Donatasem Motiejunasem.

 

- Był młodym chłopakiem, gdy do nas przyszedł. Wspierałem go, nie tylko jako kolega z drużyny. Zdarzało się, że przegrał gdzieś w obronie akcję jeden na jeden, to ja mu wtedy pomagałem. Po sezonie, gdy zdobyliśmy kolejne mistrzostwo Polski, a on odchodził do Houston Rockets, bardzo miło mi podziękował. Po prostu doceniał to, co robiłem na boisku, jak się nam współpracowało. Może przesadził, ale mówił, że zasługuję na to, by grać na dużo wyższym szczeblu. W pewnym sensie zaimponowało mi to, że chłopak idzie grać do NBA, zaczyna karierę na najwyższym poziomie, a tutaj zwraca się z podziękowaniami do kolegi z drużyny z Gdyni, który gdzieś tam gra swoje minuty, swoje mecze - zauważył.

 

Jak przyznał, koszykówka to dla niego przygoda życia.

 

- Dała mi wszystko: mistrzostwa, radości, smutki. W trakcie kariery założyłem rodzinę, dawałem jej radość swoją grą, także mojej mamie, starszym braciom Andrzejowi i Darkowi, którzy obserwowali mnie jako małego chłopca, chodzącego bawić się piłką. Koszykówka to całe moje dorosłe życie. Wyjazd do Stanów, pobyty w różnych miejscach na świecie, poznawanie ważnych ludzi. W trakcie kariery poznałem przecież żonę Anetę, urodziły mi się dzieci Leonard i Nel. Przyszłość? Na razie nie chcę się spieszyć z żadnymi decyzjami, ani angażować w coś na sto procent. Chciałbym sobie wszystko poukładać w głowie, przemyśleć, zanim podejmę tę ważną decyzję, ale przy baskecie z pewnością zostanę - zakończył Hrycaniuk.

 

Adam Hrycaniuk spędził w Polskiej Lidze Koszykówki 20 sezonów, kolejno w Spójni Stargard (2002-04), Prokomie Treflu Sopot/Asseco Prokomie Gdynia (2008-13), Stelmecie Zielona Góra (2013-19) i Arce Gdynia (2019-26). Na swoim koncie ma siedem złotych medali mistrzostw Polski i jeden srebrny, także po dwa razy Puchar i Superpuchar Polski. Grał również na parkietach Euroligi, Pucharu Europy, VTB i ligi hiszpańskiej (Valencia Basket, 2013). Reprezentował Polskę w mistrzostwach świata w Chinach (2019) i trzech EuroBasketach (2011, 2013, 2017).

PI, PAP
Przejdź na Polsatsport.pl

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Przeczytaj koniecznie