Walczykiewicz: Odstawiłam konia do boksu i obiecałam mu, że wrócę z medalem
Szeregowa Wojska Polskiego, radna miasta Kalisza, członkini zarządu Polskiego Związku Kajakowego, zawodniczka w skokach przez przeszkody, a przede wszystkim wicemistrzyni olimpijska w kajakarstwie z Rio de Janeiro. Marta Walczykiewicz sama nazywa siebie "człowiekiem orkiestrą".

W rozmowie z cyklu Polsat Sport Talk Extra opowiada nam, jak niełatwe jest życie wyczynowego sportowca, na którym ciąży presja, a nie do końca za jego poświęceniem idą adekwatne benefity. - Znam mnóstwo kolegów i koleżanek, którzy musieli wybierać między pracą a treningiem, bo nie było ich stać na trenowanie. Dostawali 400-500 zł, mimo medalu mistrzostw Europy, tylko dlatego, że to była konkurencja nieolimpijska – mówi Marta Walczykiewicz w rozmowie z Przemysławem Iwańczykiem.
Jesteś żołnierką…
Szeregowym po prostu. Przeszłam przeszkolenie wojskowe, ale takie jak zwykły, przeciętny Kowalski, nie korzystałam z żadnego przywileju dla sportowców.
Do tego radna Kalisza, członkini komisji samorządowych, Kaliskiej Rady Kobiet, zarządu Polskiego Związku Kajakowego – nie Kajakarskiego, tylko Kajakowego, żeby było jasne – i zawodniczka w jeździectwie. Sprawiasz wrażenie osoby, dla której kalendarz to rzecz święta.
To akurat prawda tylko połowicznie. Odkąd mam tyle zajęć, muszę ten kalendarz prowadzić, bo zdarza mi się o czymś zapomnieć. Ale logistyka u mnie trochę kuleje, robię wszystko na ostatnią chwilę. Zdążam ze wszystkim, ale często wpadam na komisję biegiem albo w ciuchach treningowych. Wszyscy się już do tego przyzwyczaili. Nie potrafię usiedzieć w miejscu i chyba nie ma co zmieniać tego na siłę.
Chciałbym się zatrzymać przy tym, jak przeszłaś z kajaków do jeździectwa, bo zwykle, jeśli sportowiec łączy dwie dyscypliny, są one sobie bliskie. Lolo Jones przeszła z płotków do bobsleja, bo miała predyspozycje fizyczne. Ale kajaki i konie to droga jak stąd do kosmosu.
Nie znajdziesz wspólnego mianownika, próbowałeś już, widzę. Ja to sobie tłumaczę tak, że po prostu kocham zwierzęta i kocham sport, więc to idealne połączenie. Jeździectwo pojawiło się w moim życiu totalnym przypadkiem, zaraz po igrzyskach w Londynie, kiedy - jak wszyscy wiedzą - zawiodłam siebie i cały kraj. Muszę to tak powiedzieć, bo tak się wtedy czułam. Bardzo chciałam tego złotego medalu, byłam typowana do niego, ten balonik oczekiwań był nadmuchany do granic i bardzo bolało, że się nie udało. I wtedy pojawiły się w moim życiu konie. Trafiłam przypadkiem do stadniny, z kuzynką. Tego samego dnia już siedziałam na koniu, po miesiącu zaczęłam pierwsze skoki. Uświadomiłam sobie wtedy, że jednak kocham rywalizację, że chcę to jeszcze robić. Pod koniec 2012 roku musiałam podjąć decyzję: wracam do kajaka i próbuję zdobyć wymarzony medal, czy zostaję przy koniach.
I wybrałaś kajak.
Odstawiłam konia do boksu. I powiedziałam trochę do siebie, trochę do niego, że wrócę za cztery lata, we wrześniu, a w tylnej kieszeni spodni będę miała medal olimpijski.
I jak obiecałaś, tak zrobiłaś.
Jak obiecałam, tak zrobiłam. Cztery lata naprawdę nie wsiadłam na konia, mimo że miałam ku temu okazje, bo zdarzały się przerwy w sezonie. Wszyscy w stajni się dziwili, dlaczego nie wracam, dlaczego mnie nie ma, oglądali mnie tylko w telewizji. Nikomu nie mówiłam, jaki mam plan. Powiedziałam o tym głośno dopiero po igrzyskach. A jedna ciekawostka: mój ówczesny trener, Tomasz Kryk, policzył, że przez te cztery lata byłam jedyną osobą w kadrze, która nie opuściła nawet pół dnia treningowego.
Trudno mi zrozumieć mechanizm, w którym sportowiec bierze na siebie odpowiedzialność za niepowodzenie wpisane przecież w naturę sportu. Powiedziałaś "zawiodłam siebie i cały kraj". To bardzo mocne słowa, choć chyba niewielu odebrało Twój piąty wynik w Londynie jako zawód.
Ja się tak czułam. Nie do końca wiem, skąd ta presja się bierze, ale jak to sobie przeanalizować, to pewnie stąd, że poświęcamy całe życie dla jednej chwili, a na koniec rozliczają nas z wyniku. Mówię o tamtych czasach, bo teraz jest trochę inaczej. Wtedy sport był dla nas wszystkim, nie mieliśmy czasu na pracę ani na życie osobiste, poświęcaliśmy wykształcenie, wszystko. A presja rosła, bo żeby przetrwać kolejny sezon, musiał być wynik. Bez wyniku nie ma pieniędzy i nikt się o ciebie nie martwi. Ja miałam to szczęście, że dopiero pod koniec kariery zaczęło mi brakować tych pieniążków, ale znam mnóstwo kolegów i koleżanek, którzy musieli wybierać między pracą a treningiem, bo nie było ich stać na trenowanie. Dostawali 400-500 zł, mimo medalu mistrzostw Europy, tylko dlatego, że to była konkurencja nieolimpijska. Nie chcę spłycać wszystkiego do pieniędzy, mamy przecież własne ambicje, chcemy być najlepsi. Nie chcę też źle mówić o dziennikarzach, którzy przed wielkimi imprezami trochę ten balonik pompują. Najlepiej wtedy po prostu nie czytać, nie słuchać, nie oglądać. Przed Rio tak zrobiłam. Przed Londynem czytałam, słuchałam, oglądałam, i sama sobie ten balonik jeszcze dodmuchiwałam.
Teraz jest inaczej?
Teraz jest mnóstwo programów, uczelnie dają możliwość dwutorowości. Można trenować, pracować i się uczyć jednocześnie. Wiem, że zabrzmię, jakbym była stara, ale kiedyś było inaczej, a teraz jest lepiej.
Konie są podobno jednymi z najbardziej empatycznych zwierząt, niemal na poziomie człowieka, tak się przynajmniej mówi. Ale od konia nie usłyszysz "zawiodłaś". Zamykałaś się w tym swoim świecie – Ty, koń, i nikt więcej?
W ogóle miałam swój świat zwierząt, zanim jeszcze pojawiły się konie. Na każdym obozie znajdowałam sobie bezdomnego psa albo kota, którego codziennie karmiłam. Zbierałam jedzenie ze stołówki, którego zawodnicy nie zjedli, i chodziłam karmić. Trochę się w tym świecie zamykałam, nie dlatego, że wolałam towarzystwo zwierząt od ludzi, ale to było coś mojego – ucieczka od codziennej rutyny. A co do koni, to nieprawda, że koń mi nie powie, że go zawiodłam. On mi to pokaże na parkurze, kiedy nie skoczy, zrzuci. I to się zdarzało wiele razy. Jestem już rozpoznawalna w tym środowisku, sędziowie i komentatorzy podchodzą, pytają. Kiedyś jeden z sędziów, wręczając mi puchar, zapytał, gdzie było łatwiej – na kajaku czy na koniu. Odpowiedziałam, że igrzyska były łatwiejsze niż akurat ten parkur.
A jaki jest odbiór środowiska jeździeckiego wobec Ciebie? Nie zaczynałaś w tym sporcie od dziecka, więc teoretycznie masz pod górkę.
Jestem wręcz zachwycona tym odbiorem. Kręcę się głównie w Wielkopolsce, tam jestem najczęściej. Nasi olimpijczycy z Paryża mnie rozpoznają, rozmawiamy, wymieniamy się na mediach społecznościowych. Bardzo wspierają, chwalą, wręcz podziwiają, bo co dla nich znaczy skoczyć metr pięć, który ja teraz pokonuję, skoro oni skaczą dużo wyżej? A mimo to mówią, że to super, że to coś niesamowitego. Paweł Warszawski komentuje mi każdy post jeździecki, na zawodach potrafi rzucić uwagę, że zabrakło trochę dystansu do przeszkody. Wymieniamy poglądy, podpowiadają, jak zapytam. Ostatnio wręczałam nawet nominacje kadrze Wielkopolski na zakończenie sezonu, zaproszona przez Szymona Taranta, prezesa Wielkopolskiego Związku Jeździeckiego. Mój trener Marcin Początek mówi, że jestem jedną z lepszych rzeczy, jakie spotkały teraz polskie jeździectwo, bo pomagam je promować.
A kajaki? Zachęciłabyś do nich młodych ludzi?
Kocham kajakarstwo i zawsze będę kochać, to wciąż najbliższa memu sercu dyscyplina. Ale bądźmy szczerzy, to bardzo ciężki kawałek chleba. To nie jest tak, że wsiadamy do kajaka i sobie wiosłujemy. Trzeba biegać, podnosić ciężary na siłowni, stąd te duże barki, duże bicepsy. Nie zapniesz sukienki czy bluzki, to też trzeba wziąć pod uwagę. Ale kajaki są piękne; woda, przyroda, choć zimą znów jest zimno, a i tak trzeba pływać. Dają mnóstwo możliwości rozwoju, bo jesteśmy multidyscyplinarni. Nie tylko pływamy, jeździmy i biegamy na nartach, pływamy w basenie, gramy w gry zespołowe, ćwiczymy jogę. To chyba jedna z niewielu dyscyplin tak wszechstronnych. Justyna Kowalczyk powiedziała zresztą, że poza narciarstwem kajaki są jedną z najcięższych dyscyplin.
Uważasz, że przełomem w odbiorze kajakarstwa w Polsce są medale, czy raczej osobowości w rodzaju Klaudii Zwolińskiej, zwyciężczyni plebiscytu na najlepszego sportowca roku?
Myślę, że nie medale, bo my jesteśmy chyba jedyną polską dyscypliną, która z każdych igrzysk przywozi medal. To osobowości budują popularność. Klaudia została najlepszą w Polsce, ale nie oszukujmy się, 60 proc. Polaków zobaczyło ją wtedy pierwszy raz w życiu i nie wiedziało, co to jest slalom. Nagle telewizje śniadaniowe zaczęły ją zapraszać, gazety pisać, kajakarstwo zaczęło istnieć. Nie możemy przy tym zapominać o Annie Puławskiej, dwukrotnej mistrzyni świata, medalowo na tym samym poziomie co Klaudia, tylko że w jedynce i dwójce, nie indywidualnie. Obie są otwarte, sympatyczne. Uważam, że to one, jako osobowości, będą teraz ciągnąć tę passę medalową. Do piłki nożnej się jeszcze nie umywamy, ale jestem optymistką.
A minusy kajakarstwa? Spróbujmy je znaleźć.
Dla przeciętnego widza telewizyjnego kajaki są trochę nudne, zawody trwają cały dzień, trzeba by usiąść od 9 do 18, żeby zobaczyć wszystkie wyścigi, a między nimi są przerwy. Kibic siedzący na mecie widzi z wyścigu na 1000 m tylko ostatnie 100. To trochę nudnawe.
A z perspektywy samej zawodniczki? Trzeba mieć predyspozycje wydolnościowe, szybkościowe…
Wszechstronność mile widziana, ścigamy się od dwustu metrów do tysiąca, czyli wysiłki od czterdziestu sekund do czterech minut. Cztery minuty wysiłku w sumie, ale trzeba być szybkim, silnym i sprawnym jednocześnie. Zawsze kłóciłam się z trenerem, że skoro jestem sprinterką i mój start trwa jakieś 38 do 42 sekund, w zależności od wiatru, to dlaczego muszę pływać z dziewczynami 10 km i biegać 20 km po górach. Ale tlen jest podstawą wszystkiego. Był kiedyś taki moment, że na zawodach trener powiedział, że musimy się pozamieniać, bo ktoś musi popłynąć 1000 m, żeby nie wykreślić zawodniczki z listy. Rozejrzeliśmy się, wyszło, że tylko ja mogę. Powiedziałam sobie: dobra, stanę na starcie, przepłynę 100 m, resztę sobie spłynę. Ale tak dobrze mi się jechało, że popłynęłam do końca, weszłam do finału i zrobiłam życiówkę. To pokazuje, ile godzin w kajaku trzeba spędzić, żeby mieć taką bazę, nawet jeśli na starcie liczy się tylko 40 sekund.
Poleciłabyś tę dyscyplinę własnemu dziecku?
Tak, choć ktoś może zapytać, czy mój tata polecił kajaki mnie. Nie polecił, nawet się nie przyznawał, że w moim wieku sam trenował kajakarstwo, to była wielka rodzinna tajemnica. A mimo to poszłyśmy z siostrą na kajaki. Potem był z tego bardzo dumny. Zachęciłabym dziecko, ale zaznaczam, że sama byłam wszechstronna wbrew trenerowi. Kłóciłam się z nim, bo chciałam grać w tenisa, a on się bał, że zniszczę sobie rękę. Pojechałam pobiegać na nartach między obozami, to mnie okrzyczał, że coś sobie złamię. Próbowałam nawet kickboxingu, aż w końcu trener machnął ręką i powiedział: dobra, idź już na te kajaki, tam zdobywaj medale. Zawsze uważałam, że sportowiec musi być multidyscyplinarny, nie może zamknąć się tylko na jedną rzecz. Dzięki kajakom miałam zresztą świetną równowagę, która długo trzymała mnie na koniu.
Jakie jest twoje marzenie – sportowe i pozasportowe?
Sportowo od małego miałam właściwie dwa marzenia, nigdy nie marzyłam o medalu jako takim. Pierwsze, żeby pojechać na igrzyska indywidualnie. Udało się. Drugie, żeby idąc przez swoje miasto, ludzie mnie rozpoznawali. Też się udało, i to z nawiązką, skoro wybrano mnie do rady miasta. Oba te marzenia się spełniły. Później oczywiście mówiło się już o konkretnym medalu, ale to nie było pierwsze marzenie. Teraz moje marzenia są już trochę inne, związane z dzieckiem, i tyle.
Przejdź na Polsatsport.pl
