Iwanow: Od braw na stojąco do nawoływań do dymisji
Klamka (podobno) zapadła. Jan Urban jest (podobno) o jeden mecz od utraty posady. Powiedziałbym, że raczej o dwa. Przecież nikt od piątkowej nocy w Warszawie do niedzielnego wylotu do Bośni nie znalazłby nikogo, kto poprowadziłby drużynę w Zenicy. Wypatrywany następca w postaci Jerzego Brzęczka?

Ma przecież tego samego dnia swój mecz z Włochami. Ironicznie można by stwierdzić, że selekcjoner może być więc jeszcze… spokojny. Zresztą: czy jeśli pokona Rumunię i zremisuje w Bośni – albo odwrotnie - ktoś odważy się go zwolnić?
Nie trzeba być prorokiem, by przewidzieć, że bez względu na to, co wydarzy się jeszcze tej jesieni, drogi prezesa PZPN i wybranego przez niego szkoleniowca się rozejdą. Raczej prędzej niż później. Rzadko bywa tak, że jeśli pojawi się pierwsza, a potem druga i trzecia myśl o rozstaniu, związek będzie miał szanse na przetrwanie i udane pożycie. To kwestia czasu i właśnie tego czasu nie ma co dalej przeciągać, bo tracą go obie strony. Wygramy 1-0 po słabym występie z Rumunią, to panowie rzucą się sobie w ramiona, a Brzęczek będzie mógł spokojnie
przygotowywać zespół do młodzieżowych mistrzostw Europy?
A propos niego. Dziś pół Polski pogrążona jest w zachwycie, a gdy pracował z kadrą był jednym z najbardziej niechcianych selekcjonerów w XXI wieku. A później spadł z Ekstraklasy w roli trenera Wisły Kraków. Cezary Kulesza bardzo poważnie brał go pod uwagę rozważając jego kandydaturę w tym samym czasie, gdy dyskutował z aktualnym selekcjonerem. Wizja i plan na czekające reprezentację wyzwania były świetnie opracowane i klarowne. Był tylko dwie kwestie.
Pierwsza: że jeśli pożegnanie Michała Probierza opatrzone było metką „Robert Lewandowski”, to Brzęczek do przyszycia jej do reprezentacyjnego trykotu nie nadawał się kompletnie. Czy dwanaście miesięcy później sytuacja uległa diametralnej zmianie?
Druga: Urban miał cieplejszą aurę i lepszy wizerunek. Nie twierdzę, że to zadecydowało, ale na pewno miało duże znaczenie.
Cokolwiek się nie wydarzy, Urban nie straci sympatii narodu i dziennikarzy, jak miało to miejsce u wielu jego poprzedników. Bo zawsze budził dobre emocje i budzi je także teraz, kiedy ewidentnie mu nie idzie.
Nie krytykujemy go (jeszcze?) tak mocno, bo przecież jesienią ubiegłego roku wszyscy biliśmy na stojąco brawo, gdy przejmował zespół po Probierzu. Teraz co prawda nikt raczej nie uroni nawet łezki, gdy nastąpi to, co ma nastąpić już wkrótce. Ale oddechu ulgi też nie będzie.
Przejdź na Polsatsport.pl