Trener Asseco: Jak ktoś jest młody i ambitny, to niech do nas przyjeżdża

Koszykówka
Trener Asseco: Jak ktoś jest młody i ambitny, to niech do nas przyjeżdża
fot. plk.pl/Mariusz Mazurczak/Asseco Gdynia
Przemysław Frasunkiewicz - czyli ekspresja na ławce.

Asseco to fenomen w Polskiej Lidze Koszykówki: drużyna złożona z samych Polaków, z trenerem-debiutantem na ławce. Potrafią zachwycić, ale potrafią też przegrać w końcówce ważne spotkania, bo brakuje im doświadczenia. Teraz przed nimi prestiżowe spotkanie, czyli derby z Treflem Sopot w piątek, 6 stycznia.


Gracie szybko. Taka strategia ma obowiązywać w dalszym ciągu? Posiadań macie dużo, ale rzutów oddajecie prawie najmniej w lidze.

Jeśli chodzi o tempo gry, to jesteśmy na drugiej pozycji w PLK. Liderem jest King Szczecin, ale my na tle ligi gramy szybko, tylko że czasami przy okazji można popełnić dużo strat. Im szybciej wykonuje się pewne rzeczy na boisku, tym łatwiej popełnić stratę, ale chcąc rywalizować z najlepszymi, musimy podjąć to ryzyko. Gramy szybko, jeśli się da, agresywnie w obronie. Znakomitą pracę w defensywie wykonuje Filip Matczak.

 

Wytrzymujecie fizycznie to tempo?

Dajemy radę. Jesteśmy przygotowani naprawdę dobrze, trenowaliśmy bardzo. Wystarczy zapytać tych, którzy przeszli przez to po raz pierwszy jak Mikołaj Witliński, czy Łukasz Frąckiewicz. Biegali, padali na plaży. To były mordercze treningi, ale jeżeli ja w wieku 37 lat i  35-letni Piotr Szczotka mogli to wytrzymać, to ludzie 20-letni muszą też. U starszych ludzi okres regeneracji przebiega długo, ale młodzi położą się spać i na drugi dzień już niczego nie czują. Mamy siłę, podbudówkę, ale sezon się składa z mikrocyklów treningowych. Jeżeli jest kilka meczów w krótkim odstępie, to ciężko się zregenerować, ciężko podtrzymać moc, bo nie ma treningów. Dochodzą kontuzje i to jest dla nas katastrofa. Nie da się w 5-6 utrzymać intensywności. Młodzi zrobili bardzo duże postępy i będą dostawać co raz więcej szans. Będzie lepiej.

 

Pozostanie Szubargi do końca sezonu to najlepsza wiadomość na przełomie roku?

Krzysiek jest naszym liderem. Ciągnie grę, ile może. Jest też jednym z liderów w szatni. To jest bardzo dobra wiadomość. Wyrwalibyśmy sobie serce, gdyby od nas odszedł.

 

A propos hierarchii: była taka sytuacja przed jednym ze spotkań, kiedy spotkał pan na korytarzu Szubargę i Szczotkę, i zapytał, czemu nie są w szatni. Odpowiedzieli, że tam śmierdzi butami i trzeba przewietrzyć. Młodzi wietrzą, starsi czekają?

Są takie rzeczy w drużynie jak hierarchia, ale teraz i tak jest łagodnie w porównaniu do tego, co się działo 20 lat temu. Teraz to jest przedszkole, młodzi się mogą śmiać. Ja miałem łatwiej dlatego, że nie bałem się nikogo, byłem u siebie. Nigdy się nie oszczędzałem na treningach. Można powiedzieć, że "młodzi wietrzą szatnię", ale to działa w 2 strony, bo dostają w zamian cenne wskazówki, podpowiedzi. Krzysiek i Piotrek dzielą się doświadczeniem, którego młodszym brakuje.

To teraz o Polakach. Czemu zdecydowaliście się na budowanie drużyny bez graczy zagranicznych?


A dlaczego nie?

 

Hmmm... bo taki jest kanon.

 

Taki jest kanon, ale my mamy inną filozofię. Podoba im się taki projekt. Już dawno były pytania, czy robimy w ten sposób i odpowiedź była jednoznaczna. Po dwóch meczach wszyscy mówili, że to był zły pomysł. Potem, kiedy wygraliśmy pięć spotkań, zaczęły się zachwyty. Teraz znowu są narzekania. Myślę, że wykonujemy dobrą pracę. Młodzi lada moment zaczną odgrywać co raz większą rolę, z pozytywnym skutkiem dla polskiego basketu.


Panuje opinia, że nie ma wielu dobrych Polaków, a wy się decydujecie na budowanie drużyny z samych Polaków.

No, bo nie ma za dużo takich graczy, tylko skąd mają się wziąć? Trzeba ich wyprodukować. Lekarzy też się szkoli: studiują, mają praktyki, staże, uczą się. Trzeba wziąć talenty, zawodników z potencjałem i ich oszlifować.

 

Są jeszcze jacyś zawodnicy z niższych lig do wyłowienia? Sprowadziliście Filipa Puta.

Myślę, że parę nazwisk by się jeszcze znalazło, ale trzeba dobrze poszukać. Gdybyśmy mieli możliwość, to wzięlibyśmy jeszcze ze trzech innych. Filipa znaleźliśmy po znajomości. Przemek Żołnierewicz go dobrze znał, z czasów, kiedy był w Treflu. Oglądałem go w turniejach towarzyskich, mieliśmy go na oku. Kiedy zostałem trenerem, od razu przystąpiliśmy do rozmów. On bardzo chętnie przystał na warunki. Pieniądze to była ostatnia rzecz, o której chciał rozmawiać. Chciał się sprawdzić w ekstraklasie, najważniejszy był dla niego rozwój.

 

A mówi się, że Polacy, rozpieszczeni przepisem o dwóch Polakach na boisku, mają wygórowane żądania.

Mamy kompletnie inną politykę. Jeśli ktoś chce w Asseco zarabiać krocie, to niech się nawet do nas nie zgłasza. Jest jeszcze jedna zaleta takiego składu, jaki mamy: jest bardzo fajna atmosfera w zespole, bo są sami Polacy i szatnia jest spójna. Jeśli ktoś jest ambitny, młody, a nie może się przebić, to niech przyjeżdża.

Dla was przepis o dwóch Polakach nie jest problemem.


Nie jestem specjalnym zwolennikiem takiego przepisu, ale bym go nie wycofywał, dopóki ktoś nie wymyśli czegoś lepszego. Jeśli się wycofamy z tego przepisu, to zawali to polską koszykówkę. W takiej sytuacji będzie wiele drużyn, do których przyjedzie po ośmiu Amerykanów, z czego może trzech będzie bardzo dobrych, a reszta za 2 tys. dolarów. Słyszałem głosy, które są dla mnie kompletnie absurdalne, że "najlepsi zawsze się przebiją". Owszem, przebiją się, ale tacy zawodnicy jak Przemysław Zamojski czy Łukasz Koszarek, ale oni skończą grać, a następców nie będzie. Jeśli wrzucimy do morza tysiąc osób, które jeszcze nie potrafią dobrze pływać, to najlepszy wypłynie? Nie, raczej wszyscy utoną. Byłem w zespołach, kiedy mogło być 2 obcokrajowców, potem 3 obcokrajowców, kiedy nie było żadnych ograniczeń, kiedy musiał być na parkiecie jeden Polak. Znam wszystkie te systemy, wiem jak wygląda szatnia. Wiem, że to, co jest teraz, jest jak do tej pory najlepsze.

Łukasz Majchrzyk, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze