Rysiek, ale ty się trzymasz

Inne
Rysiek, ale ty się trzymasz
fot. PAP

- Nie umiem współczuć, nie rozumiem, kiedy ktoś narzeka, że boli go noga czy kręgosłup. Jak boli, to tak musi być – mówił mi w wywiadzie przed siedmioma laty Ryszard Szurkowski, jeden z najwybitniejszych polskich sportowców, legenda Wyścigu Pokoju, medalista olimpijski, który po wypadku walczy o powrót do sprawności. Wówczas nic nie wskazywało na to, że jakakolwiek przeciwność losu może go złamać. Mam nadzieję, że tak pozostało do dziś…

 

A na rower też pan kogoś zabiera?

 

Na rowerowe przejażdżki wybieram się sam. Z obecnymi zawodnikami bym nie wytrzymał, a amatorzy nie wytrzymaliby ze mną. Sam sobie nadaję tempo. I czasem się denerwuję. Kiedyś pokonywałem wiadukt na mojej trasie bez przerzutki, a teraz muszę jej użyć. Może dlatego, że przez kilkanaście lat rower był dla mnie sprawą drugoplanową. Od tej jesieni postawiłem jednak na systematyczność, choć nie zapisuję tego w moim dzienniku dnia. Zauważyłem, że ostatnio, po przejechaniu kilkuset kilometrów, jedzie mi się coraz przyjemniej. Organizm nie reaguje już na wysiłek z takim trudem jak na początku.

 

Czyli zdarzało się, że roweru miał pan dość?

 

Wydawało mi się, że powinienem odpuścić. To duży wysiłek, zwłaszcza dla człowieka o takiej mentalności jak moja. Kiedy wsiadam na rower, już po kilkunastu minutach rozgrzewki stawiam sobie zadania. Nie umiem inaczej. Zaczęło mnie męczyć, że nie jadę dla zdrowia, a kiedy kończę, jestem całkiem "ujechany". Po co tak mocno trenować, skoro tej formy i tak nie wykorzystam, bo unikam startów w wyścigach.

 

Dlaczego?

 

Bo w takich wyścigach startują grupy zapaleńców, często byłych zawodowców. Dzielą się na tych, którzy w młodym wieku nie mieli predyspozycji, by się zrealizować, i takich, którzy byli piekielnie uzdolnieni, ale kariery i tak nie zrobili. Teraz, mając pieniądze i czas, jeżdżą na treningi do Hiszpanii, Włoch, na Bałkany i zdobywają formę. Pokonują w roku kilkanaście tysięcy kilometrów, wciąż są niemal zawodowcami. By im dorównać, musiałbym jeździć mniej więcej tyle, co oni.

 

A że tego nie robię, to i nie startuję, bo po co po przekroczeniu mety mają mówić "ale zlałem Szurkowskiego". To mi się nie uśmiecha, bo z moim walecznym charakterem nie chciałbym być zlany przez tych, którzy kiedyś nie mieli nic do powiedzenia. Chcę doprowadzić do tego, że w sezonie będę przejeżdżał 100 i więcej kilometrów dziennie. Kiedy będę chciał jechać szybko, tak pojadę, kiedy nie, to będę wypoczywał. Ten czas ma być dla mnie przyjemnością.

 

Tętno u pana w porządku?

 

W granicach 60 uderzeń na minutę, w normie. Jako kolarz miałem i 40.

 

Z nadciśnieniem miewa pan kłopoty?

 

Nawet nie próbuję sprawdzać. Kiedyś utrzymywało się w normie - 128 na 80.

 

Chodzi pan do lekarza?

 

Byłem pięć lat temu. Kolega z wyścigów szosowych Mietek Nowicki [dwukrotny medalista olimpijski z Montrealu] zorganizował badania dla olimpijczyków. Przyjechało nas kilkunastu. U mnie żadnych przeciwwskazań do uprawiania sportu nie było. I mówili, żeby nie pokazywać się często u lekarza. Stosuję się do tej rady.

 

Pana rówieśnicy chodzą do lekarza, nawet jeśli nie muszą.

 

I ja będę musiał zapukać do stomatologa, bo czuję, że wypłukuje mi się plomba. Niech mi pan wierzy, to wszystko przez sport. Kiedy szaleje grypa, wszyscy się szczepią, a ja nie, bo czuję, że mój organizm jest bardzo odporny. Może dwa razy w dorosłym życiu zdarzyły mi się standardowe jesienne przeziębienia. W czasie kariery nigdy nic mi nie dolegało, zawsze dbałem o to, by po treningu czy wyścigu zmienić strój, niezależnie od tego, czy padało, wiało, czy świeciło słońce. Po przebudzeniu mierzyłem tętno, dwa razy dziennie wchodziłem na wagę. Mam 174 cm wzrostu, ważę 85-86 kg, a tłuszczu nie mam wcale więcej niż jako olimpijczyk.

 

Widzi pan sens życia poza sportem?

 

Widzę sens w tym, że trzeba być zdrowym. Nie można całego czasu spędzać w przychodniach i aptekach. Nie wiem, na czym polega spór między Ministerstwem Zdrowia, lekarzami i farmaceutami. Wiem za to, ile pieniędzy zabierano mi na składkę zdrowotną. Zastanawiam się po co, skoro w ogóle z niej nie korzystam. Sport to zdrowie, dlatego będę go uprawiał. Nie wyobrażam sobie też, że nie mogę spotykać się z ludźmi - z młodymi, rówieśnikami albo starszymi ode mnie. Czasem po latach przerwy słyszę od kogoś: "Rysiek, ale ty się trzymasz", i przyznam, że mnie to krępuje. Bo nie rozumiem, jak ludzie mogą czuć się źle. Każdy powinien poczuwać się do odpowiedzialności za swoje zdrowie.

 

Ma pan życie poza sportem?

 

Nie umiem usiąść i nic nie robić. Wtedy wymyślam sobie zajęcia - mycie samochodu, koszenie trawy, malowanie płotu. W mojej rodzinnej wsi na Dolnym Śląsku kupiłem starą posiadłość i ciągle coś tam poprawiam. Sport i gospodarstwo - to mnie pochłania. Daje przeświadczenie, że trzeba rozsądnie poświęcić czas, żeby coś zmienić. Nie na wszystko mam pieniądze, więc przeliczam, na co kiedy mnie będzie stać. Ostatni mój pomysł to przerobienie dawnego pomieszczenia gospodarczego, gdzie trzymano krowy i konie, na klubik. Wyrównałem podłogi, sufity, nie ma już zapachu obory. Kolega podarował mi stary stół bilardowy, postawiłem stół do ping-ponga, zrobiłem barek z kawą. Zajęło mi to ostatnie półtora sezonu.

 

Więcej na kolejnej stronie...

 

Przemysław Iwańczyk, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze