Robert Maaskant: Wisła Kraków wciąż jest mi bliska

Piłka nożna
Robert Maaskant: Wisła Kraków wciąż jest mi bliska
fot. Cyfrasport
Robert Maaskant wywalczył z Wisłą Kraków mistrzostwo Polski

- Wisła Kraków wciąż jest mi bliska, mam kontakt z wieloma ludźmi z klubu. Śledziłem to wszystko, co działo się od momentu odejścia Bogusława Cupiała z klubu, wiedziałem o problemach finansowych. Ale wiem, że jest już lepiej - powiedział Robert Maaskant w obszernej rozmowie z Polsatem Sport. Holenderski trener opowiedział o swoich wspomnieniach związanych z klubem, Peterze Hyballi, Jakubie Błaszczykowskim i reprezentacji Polski.

Zróbmy teraz pierwszy krok w przeszłość: miał pan świadomość tego, w jak potężnym kryzysie byłą niedawno Wisła, jakie zamieszanie towarzyszyło zmianom właścicielskim, jak ważyły się losy istnienia klubu?

 

Tak, Wisła wciąż jest mi bliska, mam kontakt z wieloma ludźmi z klubu. Śledziłem to wszystko, co działo się od momentu odejścia Bogusława Cupiała z klubu, wiedziałem o problemach finansowych. Ale wiem, że jest już lepiej, że bardzo pomogło między innymi zaangażowanie Kuby Błaszczykowskiego. Kiedy byłem ostatnio w Krakowie widziałem, że klub stawia na akademię, co próbowaliśmy już robić za moich czasów, ale wtedy zabrakło inwestycji w szkolenie a myślę, że to powinien być kierunek rozwoju Wisły: szkolenie, wprowadzanie wychowanków do składu. W każdym razie widzę, że od dwóch lat Wisła jest na dobrej drodze, by odzyskać wielkość, na którą zasługuje.

 

Wspomniał pan przypadek Kuby Błaszczykowskiego. To fenomen w skali europejskiej. Piłkarz wracający do byłego klubu, by pomóc mu – również finansowo – w najtrudniejszym momencie...

 

Tak, to absolutnie wyjątkowa historia. Wiemy, że w Anglii swój klub mają byli piłkarze Manchesteru United z tak zwanej "class of ninety two". Bywają kluby, których właścicielami są kibice – tak było w Wiśle – ale to, co zrobił Kuba jest niesamowite. Pokazał, że z piłki, z klubów można nie tylko brać, ale można też dać coś od siebie. Błaszczykowski był, właściwie ciągle jest, świetnym piłkarzem ale jest równocześnie świetnym facetem. Wielki szacunek dla niego.

 

Cofnijmy się jeszcze trochę. Jak pan ocenia swój pobyt w Wiśle? Z jednej strony zdobył pan mistrzostwo, był bardzo blisko Ligi Mistrzów, a z drugiej strony – ledwie kilka miesięcy później został pan zwolniony. To sukces czy porażka?

 

Cóż... Dla mnie sukces. Zachowałem mnóstwo pięknych wspomnień. Ale pamiętam też moment zwolnienia. Wszedłem do gabinetu Bogdana Basałaja, z którym zresztą też utrzymuję serdeczny kontakt, i zapytałem, dlaczego, dlaczego zwalniasz mnie akurat teraz? Jasne, przegraliśmy akurat z Cracovią, czego nigdy w Wiśle nie należy robić (ostrzegłem zresztą o tym Petera, na szczęście swoich pierwszych derbów nie przegrał), ale zwolnienie? Wtedy Bogdan odpowiedział mi: "Wiedziałeś z jakim klubem się wiążesz". I to była prawda a chodziło oczywiście o pana Cupiała, który miał w klubie nieograniczoną władzę, a przy tym często podejmował decyzje pod wpływem emocji. Z jednej strony żałuję, że zostałem zwolniony, chciałem zostać w Wiśle, coś zbudować, ale z drugiej strony myślę, że w tamtych warunkach było to niemożliwe. Podsumowując, mam z Krakowa niemal wyłącznie dobre wspomnienia, tam przecież urodził mi się syn. Czuję bardzo silny związek z klubem i z miastem.

 

Z dzisiejszej perspektywy wspomina pan pobyt w Krakowie dobrze, ale ciekaw jestem jak trudna była sama decyzja o przyjściu tutaj. Był pan bardzo młodym, czterdziestoletnim trenerem, pierwszy raz miał pan pracować poza Holandią i to w dodatku w klubie, w którym było ogromne ciśnienie na awans do Ligi Mistrzów...

 

Doskonale pamiętam tamten moment. Stan Valckx zadzwonił do mnie w środę mówiąc o propozycji z Wisły. A ja dosłownie chwilę wcześniej podpisałem nowy – trzyletni (!) - kontrakt z NAC Breda, z klubem z mojego miasta, z klubem, z którym byłem związany, z którym awansowałem do pucharów... Więc tak, na pewno, to nie była łatwa decyzja, ale od zawsze wiedziałem, że chcę w mojej karierze powalczyć o mistrzostwo kraju, a może nawet o Ligę Mistrzów. Sam wyjazd zagranicę nie był problemem. Grałem w piłkę w Szkocji, studiowałem w USA. Polska była nowością ale to piękny kraj, który wtedy niesamowicie szybko się rozwijał, do dziś polecam zresztą wszystkim znajomym, by odwiedzali Polskę.

 

Ale wracając do Wisły, problemem mogło być to, że przychodziłem już w trakcie sezonu. Musieliśmy odbudować morale zespołu, zmienić sposób gry. A to wszystko działo się w szatni, w której miałem reprezentantów piętnastu (!) różnych krajów. Byli piłkarze, z którymi można było się porozumieć po angielsku, po niemiecku po hiszpańsku. Ale byli i tacy jak Radek Sobolewski, którzy mówili tylko po polsku, a to był mój kapitan. Wiedziałem, że czeka nas trudne zadanie, dlatego pierwsze słowa jakie powiedziałem w szatni, zaraz po mojej prezentacji, brzmiały "do roboty, let's go to work". I tak zrobiliśmy. Dzięki temu na koniec sezonu, mogliśmy świętować mistrzostwo. Nigdy nie zapomnę tamtych chwil, tych tłumów na Rynku.

 

Przed kolejnym sezonem zdecydowaliśmy, że budujemy dwie równorzędne jedenastki, żeby bez problemu łączyć walkę w lidze z grą w pucharach. Dziś to absolutna norma, ale wtedy nie wszyscy to rozumieli. Byli i piłkarze niezadowoleni z tego, że nie grają w każdym meczu.

 

A kiedy próbujesz dokonać jakiejś rewolucyjnej zmiany, to muszą bronić cię wyniki. My niestety na początku sezonu nie wygrywaliśmy wystarczająco często. Przynajmniej, jak na wymagania tamtej Wisły, jak na oczekiwania pana Cupiała.

 

Wszystko mogłoby się potoczyć inaczej, gdyby udało się awansować do Ligi Mistrzów. Zabrakło kilku minut... Często wracał pan myślami do tamtego meczu na Cyprze? Zastanawiał się, co można było zrobić lepiej, inaczej?

 

Oj tak, wiele razy analizowałem ten mecz tak mocno, że aż sam się w tych rozmyślaniach gubiłem... A tak na serio, to po pierwsze warto pamiętać, jak mocny okazał się wtedy APOEL. Oni dotarli przecież do ćwierćfinału Ligi Mistrzów w tamtym sezonie. Na początku chyba mało kto w Polsce ich doceniał, losowanie powszechnie uznawano za bardzo szczęśliwe. Po drugie: mieliśmy w rewanżu trochę pecha. Radek Sobolewski nie był w stanie dokończyć meczu, kilka minut po bramce Czarka Wilka kontuzji nabawił się z kolei Kew Jaliens. Nie mieliśmy też szczęścia do interwencji bramkarza... Myślę, że o braku awansu zadecydowała kombinacja tych dwóch czynników: odrobina pecha plus klasa rywala. Jednocześnie wiem, jak niewiele zabrakło. Gdybyśmy przetrwali jeszcze te trzy minuty i awansowali do Ligi Mistrzów to zmieniłoby bardzo wiele. Kto wie, może do dziś pracowałbym w Krakowie? (śmiech)

Szymon Rojek, Polsat Sport
Przejdź na Polsatsport.pl

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze