Rysiek, ale ty się trzymasz

Inne
Rysiek, ale ty się trzymasz
fot. PAP

- Nie umiem współczuć, nie rozumiem, kiedy ktoś narzeka, że boli go noga czy kręgosłup. Jak boli, to tak musi być – mówił mi w wywiadzie przed siedmioma laty Ryszard Szurkowski, jeden z najwybitniejszych polskich sportowców, legenda Wyścigu Pokoju, medalista olimpijski, który po wypadku walczy o powrót do sprawności. Wówczas nic nie wskazywało na to, że jakakolwiek przeciwność losu może go złamać. Mam nadzieję, że tak pozostało do dziś…

 

Dzieli pan kalendarz na sezony?

 

Tak, w zimowym sezonie są dłuższe wieczory, więc wtedy umawiam się na tenisa. Dziś wieczorem też jadę pograć. W dłuższe dni jadę na wieś.

 

Tak naprawdę pan nigdy nie zsiada z roweru - niczym kolarz musi pan widzieć metę i do niej zmierzać.

 

Nie ma dnia, żebym nie miał zaplanowanego choć jednego zajęcia, nawet jeśli jest to telefon do kolegi. Inaczej dzień byłby pusty. Już teraz wiem, co będę robił w kwietniu - w Sobótce będzie inauguracja sezonu kolarskiego, a wcześniej zrobię coś u siebie na wsi. W sierpniu odbędzie się spotkanie olimpijczyków w Międzyzdrojach, memoriał Władysława Komara i Tadeusza Ślusarskiego. We wrześniu będą dożynki koło Trzebnicy, zawsze na nie jeżdżę. Są wyścigi dla kolarzy amatorów, dobre jedzenie. Przyjeżdżają kumple z Wrocławia, ludzie sportu, polityki. Spotkamy się, już to zaplanowałem.

 

Szurkowskiego na takie podróże i zabawy stać...

 

Od stycznia 2011 roku jestem emerytem, więc nie do końca na wszystko mnie stać. Przeliczam pieniądze i zamiast kupić sobie nowe koła do roweru za kilka tysięcy, przeznaczam je na wyjazd na Dolny Śląsk. Tak gospodaruję czasem, by dodatkowo coś zarobić.

 

Jak pan się tego nauczył - organizacji, planowania?

 

Przez kilkanaście lat wyczynowo uprawiałem sport. W grudniu wiedzieliśmy, jaki będzie każdy kolejny dzień przyszłego roku. Od rana do wieczora wszystko było zaplanowane. Wyjazdy, przygotowania do nich, nawet pakowanie. I tak mi zostało, kalendarz na nowy rok, który teraz otwieram, jest już w znacznej części zapisany. Inaczej tracę porządek w sobie.

 

Denerwuje się pan kiedykolwiek?

 

Nie. Czasem wybuchnę, ale na siebie. Np. kiedy niosę stertę rzeczy i wiem, że coś może spaść. Mógłbym oczywiście przenieść na dwa razy, ale wolę ryzyko, adrenalinę. I kiedy spada, przeklinam. To moje jedyne wybuchy emocji. Zdarzają się często, bo jak już ruszę, nigdy się nie wycofuję. Jadę samochodem, widzę niewielką lukę do zaparkowania i się pcham. Mimo że kawałek dalej jest pusty plac. Cofanie, kręcenie kierownicą zajmuje mi czas, powtarzam sobie: cholera, jestem niemądry, tam jest tyle miejsca.

 

Ale nie - postanowiłem i nie ma odwrotu. Potrzebuję nerwów, które sam sobie organizuję, bo generalnie się nie złoszczę. Nawet kiedy mój przyjaciel, z którym umawiam się na tenisa na godz. 11.00, nie przyjeżdża w porę. Inni koledzy się denerwują, a ja mówię: dajcie spokój, zaraz będzie. Widocznie nie zorganizował wszystkiego, jak należy, i ja to przyjmuję.

 

I z takim podejściem zniósł pan ten czas, kiedy pana syn zginął 11 września w zamachu na World Trade Center?

 

Człowiek bardzo często jest bezsilny wobec tego, co się dzieje. Przyjmuję to, bo nie da się nic zrobić. Wolałbym nie mówić o mojej tragedii, powiem tylko, że sport mi pomógł, zajął mój czas. Nieraz słyszałem i nie odrzucam tego, że mam złą cechę - brak empatii. Nie umiem współczuć, nie rozumiem, kiedy ktoś narzeka, że boli go noga czy kręgosłup. Jak boli, to tak musi być. Trzeba zrobić wszystko, żeby bolało mniej, albo przetrzymać i poczekać, aż przestanie. Jeżeli coś się stało, widocznie tak musiało być. Nie rozpaczam na zewnątrz, choć wewnątrz boli. Umiem przetłumaczyć sobie, że nie miałem na to wpływu.

 

Może dzięki temu nie zagryza się pan w sobie, tylko promienieje, wyznacza cele?

 

Ciągle potrzebuję ruchu i wysiłku, dzięki temu jestem zdolny do ciągłego pokonywania trudności. Robię to dla siebie, ale i dla innych, bo będąc silnym i zdrowym, w każdej chwili mogę pomóc komuś innemu.

 

Jest pan ze skały?

 

Pewnie tak, choć nigdy nie chciałbym znaleźć się w sytuacji, że jestem niewinny, a mimo to ktoś mnie osądza lub karze. To mogłoby być prawdziwym ciosem. Gdy ostatnio byłem działaczem, robiłem wszystko, by w kolarstwie było lepiej, ale doszedłem do ściany, nic więcej nie byłem w stanie zrobić. Niektórzy robią mi z tego powodu uwagi, że trzeba było to czy tamto.

 

Pan się poddał? Przecież to pan mówił, że każdy cel jest do osiągnięcia.

 

Zaczynam dostrzegać bariery. Gdy szefowałem Polskiemu Związkowi Kolarskiemu, zdałem sobie sprawę, że dążąc do celu, musiałbym poświęcić nie tyle siebie, ile innych. A tego nie chciałem. Poza tym mój wysiłek i czas były zupełnie niepotrzebne i stracone. A ja mam swoje lata i widzę, że niewiele czasu mi zostało. Dlatego zamiast jeździć do urzędów i tam siedzieć, wsiadam na rower i również jestem w kolarstwie.

 

Skrzywdził pan kogoś w życiu?

 

Pewnie tak. Ale nigdy nie było to zaplanowane. Wjechałem autem w kałużę i opryskałem przechodnia, więc go skrzywdziłem, choć niecelowo. Ale mogłem jechać środkiem jezdni lub wolniej. W kolarstwie podczas walki czasem trzeba było użyć chwytów niedozwolonych, ale one są wpisane w ten sport. Mam wyrzuty sumienia, że doganiałem kogoś podczas wyścigu, nie pozwalałem komuś wygrać, mimo że sam też nie byłem pierwszy. Krzywdziłem rywala w ten sposób. Prawda?

 

Nie ma pan większych problemów?

 

Nikomu nic nie zabrałem, nikomu nie jestem dłużny, nikomu nie zrobiłem większej krzywdy. Ojciec powtarzał mi: z rodziną żyjemy dobrze, ale z sąsiadem musimy żyć najlepiej, bo z nim jesteśmy na co dzień. Tego się trzymam, choć gdy gram w tenisa, lubię tak czasem zagrać komuś, że...

 

Jest pan szczęśliwy?

 

Zastanawiam się, czy powiedzieć, że tak. Chciałbym, żeby szczęście było przy mnie zawsze. Ale tak nie było, co nie znaczy, że robię życiu wymówki. Niczego nie żałuję, po raz drugi nie będę miał 20 czy 50 lat, w niczym się nie poprawię.

 

Kiedy był pan z siebie najbardziej dumny?

 

Podsumuję tylko część życia związaną ze sportem, bo zależała głównie, o ile nie wyłącznie, ode mnie. Gdy wsiadałem na rower, chciałem zostać kolarzem. Kiedy nim byłem, marzyłem o największych zawodach w Polsce i na świecie. Później już pomagali mi trenerzy, więc najbardziej jestem dumny z czasu od 16. do 22. roku życia. Wtedy sam pracowałem na swoje marzenia. I dopiąłem swego.

 

Kiedy postanowił pan, że wygra Wyścig Pokoju?

 

Mając 19 lat. Że będę kolarzem, jest zapisane w dzienniku szkolnym, pod koniec siódmej klasy. Kierownik szkoły pytał wtedy wszystkich, kim będą. Powiedziałem mu, on zapisał, a później już tylko zbierałem pieniądze na pierwszą wyścigówkę, sporo dołożyła babcia.

 

Ryszarda Szurkowskiego może wesprzeć każdy kibic, wpłacając dowolną kwotę

na rachunek bankowy nr: 09 1240 1747 1111 0000 1845 5759

z dopiskiem "Ryszard Szurkowski - rehabilitacja"

Przemysław Iwańczyk, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze