Skoro Dzień Babci, to gramy ze Szwecją

Tegoroczne mistrzostwa Europy to czwarta wielka impreza w ostatnich pięciu latach, w której grają i Polacy, i Szwedzi. I czwarty raz przychodzi nam się potykać ze Skandynawami. I czwarty raz termin tej potyczki wypada 20 lub 21 stycznia. Ale na podstawie poprzednich starć trudno wysnuć jakąś prognozę na dzisiejszy mecz. Bo bilans tych trzech meczów jest idealnie remisowy...
- Myślę, że to będzie kolejny horror, w którym znów może decydować ostatnia akcja, jedna bramka - przewiduje Artur Siódmiak, były reprezentant Polski, a obecnie ekspert Polsatu Sport. Bardziej precyzyjnych prognoz nikt nie waży się konstruować. I z polskiej, i ze szwedzkiej strony płynie właściwie identyczny przekaz: to będzie bardzo wyrównany mecz, w którym trudno wskazać faworyta.
Analiza aktualnych możliwości obu zespołów rzeczywiście nie przybliża nas do poznania odpowiedzi na pytanie, kto wygra wtorkowe spotkanie. Szwedzi to wprawdzie wicemistrzowie olimpijscy z Londynu (i mówimy tu o igrzyskach, na których Polaków zabrakło), ale z kolei już na mundial 2013 Szwedzi - w przeciwieństwie do Polaków - nawet się nie zakwalifikowali. I był to jedyny w ostatnich latach przypadek, kiedy na mistrzowskim turnieju ze Skandynawami nie graliśmy. W pozostałych wielkich imprezach, licząc od EURO 2010, walczymy ze Szwecją regularnie; nawet bardzo regularnie, bo zawsze albo w Dzień Babci (21 stycznia), albo w jego wigilię.
Powspominajmy więc tamte trzy spotkania. Wprawdzie nie uzbroimy się dzięki temu w wiedzę pozwalającą wskazać faworyta dzisiejszego meczu, ale za to jeszcze przed pierwszym gwizdkiem poczujemy klimat polsko-szwedzkiej rywalizacji.
Mistrzostwa Europy 2010 w Austrii, 20 stycznia. Polska - Szwecja 27:24
Austriackie EURO pozostaje (oby jak najkrócej) najlepszym w historii polskiej piłki ręcznej. Kadra Bogdana Wenty zajęła wówczas czwarte miejsce, ale długo grała tak, że nawet złoty medal wydawał się w zasięgu. Już początek turnieju pokazał, że biało-czerwoni są w wielkiej formie. Na dzień dobry ograliśmy Niemców, a już następnego dnia przyszło mierzyć się z kolejną wielką firmą - Szwecją.
W meczu w Innsbrucku rywale starali się dotrzymywać nam kroku, ale w naszej ekipie widać było ogromną pewność siebie, przekonanie, że wygrana przyjść musi. I przyszła. Do przerwy prowadziliśmy wprawdzie tylko jedną bramką, ale cały mecz wygraliśmy 27:24 unikając nerwowej końcówki. Wystarczy rzucić okiem na statystykę kar, by przekonać się, kto miał w tamtym meczu więcej problemów, kto nie umiał zatrzymać ataków rywali: Polacy dwuminutowe wykluczenia otrzymali tylko trzy, Szwedzi - aż osiem.
Odległa historia? Niby tak, ale... Najskuteczniejszy w polskiej ekipie był wówczas Michał Jurecki, a MVP meczu został Sławomir Szmal. Nic nie stoi na przeszkodzie, by scenariusz z Innsbrucka dziś się powtórzył. Tego zresztą wypadałoby naszym zawodnikom życzyć, bo kolejne mecze ze Szwecją nie układały się już tak dobrze. Ale po kolei...
Mistrzostwa świata 2011 w Szwecji, 20 stycznia. Szwecja - Polska 24:21
Rok po mistrzostwach w Austrii, oba zespoły znów trafiły na siebie w fazie grupowej wielkiego turnieju - tym razem mundialu. Polacy nie narzekali. Znaleźli się wszak w grupie z gospodarzami, a wiadomo, że ci zawsze mają w losowaniu zastanawiająco dużo szczęścia. Poza Szwedami nie mieliśmy więc w tej fazie rozgrywek poważniejszych rywali. Po planowych - choć wcale nie łatwych - zwycięstwach nad Słowacją, Argentyną, Chile i Koreą Południową nadeszła pora na starcie z gospodarzami.
Mecz w Goteborgu okazał się lustrzanym odbiciem spotkania rozegranego dokładnie rok wcześniej w Innsbrucku. Znów wynik niby był przez cały mecz sprawą otwartą, ale tak naprawdę przewaga jednej ekipy i niemoc drugiej były widoczne gołym okiem. Niestety tym razem to Szwedzi wystąpili w roli zespołu pewnie zmierzającego po wygraną. Nawet najlepszy i najskuteczniejszy (6 bramek) w polskiej ekipie Marcin Lijewski nie był w stanie odmienić losów rywalizacji.
Zapamiętaliśmy ten mecz, jako pewien przełom w dziejach "Orłów Wenty". Po porażce ze Skandynawami nie odegraliśmy już w turnieju poważniejszej roli; ani w tamtym turnieju, ani w żadnym kolejnym. Właśnie w Goteborgu zaczął się zmierzch wspaniałej drużyny, która po przegranych półtora roku później kwalifikacjach olimpijskich na dobrą sprawę przestała istnieć. Zrezygnowało kilku zawodników, odszedł selekcjoner.
Mistrzostwa Europy 2012 w Serbii, 21 stycznia. Polska - Szwecja 29:29
Nim jednak kres kadry Wenty się dokonał, Polacy pod jego wodzą wystąpili w mistrzostwach Europy w Serbii. Turniej okazał się dla nas, mówiąc oględnie, umiarkowanie udany, ale jedno spotkanie z tamtego EURO przeszło do historii polskiej piłki ręcznej. Oczywiście spotkanie ze Szwecją.
Przez pół godziny mecz w hali w Belgradzie wyglądał jak rywalizacja zawodowej drużyny z grupą kolegów, którzy raz w tygodniu, po pracy, lubią sobie popykać w szczypiorniaka. Do przerwy przegrywaliśmy ze Szwedami 9:20 (sic!), grając długimi momentami żenująco słabo. A potem wydarzyło się coś, co wydarzyć się nie miało prawa. Polacy odrobili gigantyczną stratę i mecz zakończył się remisem 29:29.
- Chciałbym znać odpowiedź, ale nie wiem, nie rozumiem, nie mam wyjaśnienia - mówił tuż po meczu Mariusz Jurkiewicz pytany o to, co tak właściwie wydarzyło się na parkiecie.
Trudno zrozumieć, co wydarzyło się w tamtym spotkaniu, ale jeszcze trudniej o nim zapomnieć. I to akurat dobrze, bo gdyby dziś, odpukać, Szwedzi uciekli nam na kilka bramek, Polacy z pewnością nie stracą wiary w odrobienie strat. Tamto spotkanie powinien przypomnieć sobie także, a może nawet przede wszystkim, Bartłomiej Jaszka. Cudem zremisowany mecz w Belgradzie był chyba najlepszym występem Jaszki w drużynie narodowej. Rozgrywający Fuchse Berlin rzucił Szwedom aż osiem bramek i poprowadził kolegów do szalonego - i skutecznego - pościgu za rywalem.
Mistrzostwa Europy 2014 w Danii. Polska - Szwecja...
Bilans trzech wspominanych spotkań jest idealnie remisowy: jedna wygrana Polski, jedna Szwecji, jeden remis; w bramkach 77:77. Ze Skandynawami mierzyliśmy się również w eliminacjach do duńskiego EURO. W Szwecji wygrali oni, w Polsce - my. Jak będzie dziś? - Wynik jest sprawą otwartą - mówi selekcjoner biało-czerwonych, Michael Biegler. Może mało odkrywcze, ale bardzo trafne.
Analiza aktualnych możliwości obu zespołów rzeczywiście nie przybliża nas do poznania odpowiedzi na pytanie, kto wygra wtorkowe spotkanie. Szwedzi to wprawdzie wicemistrzowie olimpijscy z Londynu (i mówimy tu o igrzyskach, na których Polaków zabrakło), ale z kolei już na mundial 2013 Szwedzi - w przeciwieństwie do Polaków - nawet się nie zakwalifikowali. I był to jedyny w ostatnich latach przypadek, kiedy na mistrzowskim turnieju ze Skandynawami nie graliśmy. W pozostałych wielkich imprezach, licząc od EURO 2010, walczymy ze Szwecją regularnie; nawet bardzo regularnie, bo zawsze albo w Dzień Babci (21 stycznia), albo w jego wigilię.
Powspominajmy więc tamte trzy spotkania. Wprawdzie nie uzbroimy się dzięki temu w wiedzę pozwalającą wskazać faworyta dzisiejszego meczu, ale za to jeszcze przed pierwszym gwizdkiem poczujemy klimat polsko-szwedzkiej rywalizacji.
Mistrzostwa Europy 2010 w Austrii, 20 stycznia. Polska - Szwecja 27:24
Austriackie EURO pozostaje (oby jak najkrócej) najlepszym w historii polskiej piłki ręcznej. Kadra Bogdana Wenty zajęła wówczas czwarte miejsce, ale długo grała tak, że nawet złoty medal wydawał się w zasięgu. Już początek turnieju pokazał, że biało-czerwoni są w wielkiej formie. Na dzień dobry ograliśmy Niemców, a już następnego dnia przyszło mierzyć się z kolejną wielką firmą - Szwecją.
W meczu w Innsbrucku rywale starali się dotrzymywać nam kroku, ale w naszej ekipie widać było ogromną pewność siebie, przekonanie, że wygrana przyjść musi. I przyszła. Do przerwy prowadziliśmy wprawdzie tylko jedną bramką, ale cały mecz wygraliśmy 27:24 unikając nerwowej końcówki. Wystarczy rzucić okiem na statystykę kar, by przekonać się, kto miał w tamtym meczu więcej problemów, kto nie umiał zatrzymać ataków rywali: Polacy dwuminutowe wykluczenia otrzymali tylko trzy, Szwedzi - aż osiem.
Odległa historia? Niby tak, ale... Najskuteczniejszy w polskiej ekipie był wówczas Michał Jurecki, a MVP meczu został Sławomir Szmal. Nic nie stoi na przeszkodzie, by scenariusz z Innsbrucka dziś się powtórzył. Tego zresztą wypadałoby naszym zawodnikom życzyć, bo kolejne mecze ze Szwecją nie układały się już tak dobrze. Ale po kolei...
Mistrzostwa świata 2011 w Szwecji, 20 stycznia. Szwecja - Polska 24:21
Rok po mistrzostwach w Austrii, oba zespoły znów trafiły na siebie w fazie grupowej wielkiego turnieju - tym razem mundialu. Polacy nie narzekali. Znaleźli się wszak w grupie z gospodarzami, a wiadomo, że ci zawsze mają w losowaniu zastanawiająco dużo szczęścia. Poza Szwedami nie mieliśmy więc w tej fazie rozgrywek poważniejszych rywali. Po planowych - choć wcale nie łatwych - zwycięstwach nad Słowacją, Argentyną, Chile i Koreą Południową nadeszła pora na starcie z gospodarzami.
Mecz w Goteborgu okazał się lustrzanym odbiciem spotkania rozegranego dokładnie rok wcześniej w Innsbrucku. Znów wynik niby był przez cały mecz sprawą otwartą, ale tak naprawdę przewaga jednej ekipy i niemoc drugiej były widoczne gołym okiem. Niestety tym razem to Szwedzi wystąpili w roli zespołu pewnie zmierzającego po wygraną. Nawet najlepszy i najskuteczniejszy (6 bramek) w polskiej ekipie Marcin Lijewski nie był w stanie odmienić losów rywalizacji.
Zapamiętaliśmy ten mecz, jako pewien przełom w dziejach "Orłów Wenty". Po porażce ze Skandynawami nie odegraliśmy już w turnieju poważniejszej roli; ani w tamtym turnieju, ani w żadnym kolejnym. Właśnie w Goteborgu zaczął się zmierzch wspaniałej drużyny, która po przegranych półtora roku później kwalifikacjach olimpijskich na dobrą sprawę przestała istnieć. Zrezygnowało kilku zawodników, odszedł selekcjoner.
Mistrzostwa Europy 2012 w Serbii, 21 stycznia. Polska - Szwecja 29:29
Nim jednak kres kadry Wenty się dokonał, Polacy pod jego wodzą wystąpili w mistrzostwach Europy w Serbii. Turniej okazał się dla nas, mówiąc oględnie, umiarkowanie udany, ale jedno spotkanie z tamtego EURO przeszło do historii polskiej piłki ręcznej. Oczywiście spotkanie ze Szwecją.
Przez pół godziny mecz w hali w Belgradzie wyglądał jak rywalizacja zawodowej drużyny z grupą kolegów, którzy raz w tygodniu, po pracy, lubią sobie popykać w szczypiorniaka. Do przerwy przegrywaliśmy ze Szwedami 9:20 (sic!), grając długimi momentami żenująco słabo. A potem wydarzyło się coś, co wydarzyć się nie miało prawa. Polacy odrobili gigantyczną stratę i mecz zakończył się remisem 29:29.
- Chciałbym znać odpowiedź, ale nie wiem, nie rozumiem, nie mam wyjaśnienia - mówił tuż po meczu Mariusz Jurkiewicz pytany o to, co tak właściwie wydarzyło się na parkiecie.
Trudno zrozumieć, co wydarzyło się w tamtym spotkaniu, ale jeszcze trudniej o nim zapomnieć. I to akurat dobrze, bo gdyby dziś, odpukać, Szwedzi uciekli nam na kilka bramek, Polacy z pewnością nie stracą wiary w odrobienie strat. Tamto spotkanie powinien przypomnieć sobie także, a może nawet przede wszystkim, Bartłomiej Jaszka. Cudem zremisowany mecz w Belgradzie był chyba najlepszym występem Jaszki w drużynie narodowej. Rozgrywający Fuchse Berlin rzucił Szwedom aż osiem bramek i poprowadził kolegów do szalonego - i skutecznego - pościgu za rywalem.
Mistrzostwa Europy 2014 w Danii. Polska - Szwecja...
Bilans trzech wspominanych spotkań jest idealnie remisowy: jedna wygrana Polski, jedna Szwecji, jeden remis; w bramkach 77:77. Ze Skandynawami mierzyliśmy się również w eliminacjach do duńskiego EURO. W Szwecji wygrali oni, w Polsce - my. Jak będzie dziś? - Wynik jest sprawą otwartą - mówi selekcjoner biało-czerwonych, Michael Biegler. Może mało odkrywcze, ale bardzo trafne.
Komentarze