Polska liga coraz bardziej polska

Koszykówka
Polska liga coraz bardziej polska
Jakub Dłoniak (z piłką) był królem strzelców w sezonie poprzednim. W obecnym o ten tytuł walczy Przemysław Zamojski / fot. PAP

Przez wiele lat polską ligą koszykówki rządzili cudzoziemcy; byli królami strzelców, najlepiej zbierającymi, podającymi. Polscy koszykarze - wyjąwszy kilku weteranów, jak Adam Wójcik - byli dla Amerykanów, Litwinów, Serbów tylko tłem. Ale to się zmieniło, Polacy są w czołówkach większości ligowych statystyk.

Trudno mówić oczywiście o dominacji rodzimych graczy, ale co najmniej kilku z nich stało się liderami mocnych zespołów. A to już zmiana ogromna. Przez dobre dziesięć lat z małymi wyjątkami polscy zawodnicy spychani byli przez trenerów i działaczy do ról marginalnych – polski rozgrywający wchodził za Amerykanina z zadaniem przeprowadzenia piłki przez połowę i oddania jej partnerom, center miał się jedynie rozpychać pod koszem, lub stawiać zasłony, skrzydłowy powinien stać po słabej stronie, by jak najdalej odciągnąć swojego obrońcę.

Zagraniczny szrot


Po części wynikało to ze słabości naszych graczy, ale głównie z głupiej (słowo użyte nieprzypadkowo), krótkowzrocznej, a czasem nawet szemranej polityki klubów. Działacze ściągali całe autobusy zawodników z byłych republik radzieckich, byłej Jugosławii czy USA, często nie patrząc na prawdziwe umiejętności tych graczy. Trenerzy, by przypodobać się prezesom stawiali na nowych. Ci z kolei, za wszelką cenę, chcieli się pokazać. Siłą rzeczy nasi gracze lądowali na marginesie.

Przepis o tym, że na parkiecie musi przebywać przez cały mecz dwóch graczy z Polski zmienił sytuację. Ale na to, by Polacy zaczęli odgrywać poważne role w klubach, trzeba było poczekać.

Polski król po 19 latach

Powoli zaczęło się to zmieniać. Prawdziwego przełomu dokonał w zeszłym roku Jakub Dłoniak. Na polskiego króla strzelców czekaliśmy od 1994 roku, gdy niemal 30 punktów w spotkaniu zdobywał super-strzelec Polonii Warszawa Wojciech Królik. Dłoniak, koszykarz Stabill Jezioro Tarnobrzeg rzucał średnio o niemal 10 punktów mniej, ale i tak był najskuteczniejszy w lidze.

W tym roku kilku Polaków znajduje się w czołówce najskuteczniejszych. Współliderem klasyfikacji strzelców jest Damian Kulig, który podobnie jak jego kolega ze Zgorzelca J.P.Prince notuje średnio 15,65 punktu na mecz. Przez pewien czas w tabeli przewodził Adam Waczyński z Sopotu, który obecnie zajmuje miejsce 9. Szóstym strzelcem ligi jest natomiast skrzydłowy z Zielonej Góry Przemysław Zamojski. A jeszcze nie dawno bywały takie lata, że w czołowej „10” ligi nie było żadnego Polaka.
 
Ciekawie wygląda też klasyfikacja rzucających za trzy punkty. W pierwszej piątce pod względem skuteczności jest aż czterech Polaków! Ponad 50 procent skuteczności w tym elemencie osiągnęli dwaj gracze ze Słupska: Michał Nowakowski i Marcin Dutkiewicz. Na czwartym miejscu jest Marcin Nowakowski (Stabill), na piątym zaś Przemysław Zamojski (Stelmet).

Polscy gracze nie tylko zresztą coraz częściej i więcej punktują, ale też kreują grę. Współliderem klasyfikacji asyst jest Łukasz Koszarek (Stelmet), który pierwszą pozycję dzieli z A.J. Waltonem (Asseco). Trzeci jest Łukasz Wiśniewski (Turów), a czwarty Marcin Nowakowski.

Najbardziej niezbędnymi zawodnikami naszej ligi są też Polacy: Piotr Szczotka z Asseco spędza na parkiecie średnio 34 minuty i 9 sekund, tuż za nim plasuje się Łukasz Wiśniewski, który gra tylko o minutę krócej.

Im gorzej, tym lepiej?


Być może Polakom pomaga fakt, że większość polskich klubów boryka się z kłopotami finansowymi i nie stać ich na zatrudnienie przyzwoitych graczy z zagranicy. Coraz mniejsza liczba gwiazd z zagranicy bez wątpienia wpływa na obniżenie poziomu rozgrywek. Ale nie tylko nie ma powosu bić na alarm, przeciwnie: w dłuższej perspektywie budowanie drużyn w oparciu o polskich zawodników może przynieść same korzyści.

Zagraniczne gwiazdy często po jednym udanym sezonie wyjeżdżają do lepszych lig, Polakom znaleźć klub za granicą jest trudniej. Dla naszej ligi to dobrze, bo kibic musi się do nazwisk gwiazd przyzwyczaić. Po drugie: reprezentacji nie trzeba będzie uzupełniać graczami, którzy na co dzień grzeją ławę, a zawodnikami, którzy będą przyzwyczajeni do podejmowania trudnych decyzji w ważnych momentach spotkań. Po trzecie wreszcie: to dodatkowa motywacja dla młodych utalentowanych polskich graczy, dla których perspektywą nie jest już tylko ławka rezerwowych. To wszystko w przyszłości powinno zaprocentować.
Łukasz Starowieyski, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze