Ashton Eaton - klasa mistrza

W życiu widziałam wielu wspaniałych sportowców, wielkich mistrzów. Żaden nie zrobił jednak na mnie takiego wrażenia jak amerykański wieloboista, mistrz olimpijski, mistrz świata na otwartym stadionie, dwukrotny halowy mistrz świata i rekordzista świata – Ashton Eaton. I wcale nie o jego wyniki chodzi, ale o postawę i zachowanie; klasę mistrza.
Podczas rozegranych w Sopocie halowych mistrzostw świata w lekkiej atletyce wielkich mistrzów i mistrzyń nie brakowało. Aż roiło się od medalistów mistrzostw świata i igrzysk olimpijskich, w tym także złotych. Ale jeden z nich wyjątkowo wyróżniał się od samego początku, jeszcze zanim jakakolwiek rywalizacja się rozpoczęła.
Pewność ale nie wyższość
Na Ashtona Eatona, bo o nim mowa, zwróciłam uwagę już podczas pierwszej konferencji prasowej, jeszcze przed rozpoczęciem sopockich mistrzostw. Oprócz niego na pytania dziennikarzy odpowiadali także: Anna Rogowska (mistrzyni świata i brązowa medalistka IO w skoku o tyczce), Genzebe Dibaba (rekordzistka świata w biegach na 1500 i 3000m) i Sally Pearson (mistrzyni olimpijska i świata w biegu na 100m ppł). Jednak tylko Amerykanin sprawiał wrażenie człowieka, który dokładnie wie, po co się w tym miejscu znalazł. Biły od niego radość i pewność siebie, ale niepołączona z arogancją czy okazywaniem wyższości, a przyjaznym uśmiechem.
Jedynym rywalem – on sam
Na pytania o cele na mistrzostwa odpowiadał, że jego planem na każde zawody jest pokonywanie granic swoich możliwości i poprawianie własnych rekordów, które de facto są rekordami… świata. Eaton na lekkoatletycznych arenach, czy w hali w siedmioboju, czy na otwartym stadionie w dziesięcioboju, nie ma sobie równych, więc faktycznie jego jedynym rywalem jest on sam. Skacząc, biegając, rzucając, czy pchając toczy walkę wyłącznie z samym sobą i czerpie z niej olbrzymią… radość.
Startując, dobrze się bawić
No właśnie o tej radości słów kilka… Chyba jeszcze nigdy w życiu, poza dyscyplinami, w których wrażenie artystyczne także ma znaczenie (łyżwiarstwo figurowe, gimnastyka artystyczna), nie widziałam sportowca, który podczas startu się uśmiecha – uśmiecha się biegnąc, uśmiecha się skacząc o tyczce, uśmiecha się pchając kulą, czy skacząc w dal! Niewiarygodne i cudowne zarazem! Zapytałam go po starcie, jak on to robi?!
- Po prostu wychodzę na bieżnię i próbuję się dobrze bawić. To prosta i najlepsza motywacja. Jeśli nie bawisz się tym, co robisz, zawody staja się bardzo trudne. Zawsze staram się dobrze czuć podczas rywalizacji i wygrywać – odpowiedział chwilę po zakończeniu rywalizacji i …wywalczeniu kolejnego mistrzostwa świata.
- Każdego dnia ciężko pracuje na to na treningach. Tam nie ma miejsca na śmiech. Zawody to jest ta część życia sportowca, kiedy można się cieszyć i uśmiechać – dodał, gdy upierałam się, że wykonywanie tak trudnych technicznie czynności z uśmiechem jest niemal niemożliwe.
Nie udało się tym razem, uda się kolejnym
Eaton mówił to z uśmiechem na ustach, mimo że chwilę wcześniej w ostatniej konkurencji siedmioboju, biegu na 1000m, zabrakło mu zaledwie sekundy, by po raz kolejny pobić halowy rekord świata w wieloboju i sięgnąć po 50 tys. dolarów premii…
- Ta sekunda zrobiła wielką różnicę. Nie udało się dziś pobić rekordu, ale zrobię to następnym razem. Przynajmniej mam taką nadzieję – skwitował, oczywiście z uśmiechem.
Nie było w nim ani odrobiny złości – choć miał ku niej wyraźne powody, nie było w nim ani krzty gwiazdorstwa, ani wyższości – choć to, co osiągnął i to w młodym wieku (ma 26 lat), niejednemu zawróciłoby w głowie. Było widać, że odczuwa pewien niedosyt, ale w żadnym stopniu nie przeszkodziło mu to w cierpliwym odpowiadaniu dziennikarzom na przeróżne pytania. Wciąż emanował pewnością siebie, ale podszytą radością, sympatią, pasją i klasą, klasą prawdziwego mistrza.
Klasy! Ale jeszcze bardziej pasji!
I tej klasy brakuje czasem niektórym z naszych rodzimych sportowców i to przeważnie tym, którym do gwiazd i osiągania wielkich sukcesów jeszcze trochę brakuje. Klasy, nie tylko sportowca, ale przede wszystkim wartościowego człowieka.
Jeszcze bardziej od klasy brakuje mi jednak jeszcze jednego elementu, który tak bardzo zwrócił moją uwagę podczas obserwowania startującego Eatona – pasji i radości. Radości ze spełniania marzeń, z rywalizacji, pasji ze startowania, z uprawiania dyscypliny, którą jako dziecko się pokochało. No chyba, że się jej nigdy nie pokochało, a do sportu zmuszali rodzice. Z niewolnika nie ma pracownika. Ze sportowca, który nie kocha tego, co robi, kocha mimo wszystko i bezwarunkowo, mistrza też nie będzie…
Pewność ale nie wyższość
Na Ashtona Eatona, bo o nim mowa, zwróciłam uwagę już podczas pierwszej konferencji prasowej, jeszcze przed rozpoczęciem sopockich mistrzostw. Oprócz niego na pytania dziennikarzy odpowiadali także: Anna Rogowska (mistrzyni świata i brązowa medalistka IO w skoku o tyczce), Genzebe Dibaba (rekordzistka świata w biegach na 1500 i 3000m) i Sally Pearson (mistrzyni olimpijska i świata w biegu na 100m ppł). Jednak tylko Amerykanin sprawiał wrażenie człowieka, który dokładnie wie, po co się w tym miejscu znalazł. Biły od niego radość i pewność siebie, ale niepołączona z arogancją czy okazywaniem wyższości, a przyjaznym uśmiechem.
Jedynym rywalem – on sam
Na pytania o cele na mistrzostwa odpowiadał, że jego planem na każde zawody jest pokonywanie granic swoich możliwości i poprawianie własnych rekordów, które de facto są rekordami… świata. Eaton na lekkoatletycznych arenach, czy w hali w siedmioboju, czy na otwartym stadionie w dziesięcioboju, nie ma sobie równych, więc faktycznie jego jedynym rywalem jest on sam. Skacząc, biegając, rzucając, czy pchając toczy walkę wyłącznie z samym sobą i czerpie z niej olbrzymią… radość.
Startując, dobrze się bawić
No właśnie o tej radości słów kilka… Chyba jeszcze nigdy w życiu, poza dyscyplinami, w których wrażenie artystyczne także ma znaczenie (łyżwiarstwo figurowe, gimnastyka artystyczna), nie widziałam sportowca, który podczas startu się uśmiecha – uśmiecha się biegnąc, uśmiecha się skacząc o tyczce, uśmiecha się pchając kulą, czy skacząc w dal! Niewiarygodne i cudowne zarazem! Zapytałam go po starcie, jak on to robi?!
- Po prostu wychodzę na bieżnię i próbuję się dobrze bawić. To prosta i najlepsza motywacja. Jeśli nie bawisz się tym, co robisz, zawody staja się bardzo trudne. Zawsze staram się dobrze czuć podczas rywalizacji i wygrywać – odpowiedział chwilę po zakończeniu rywalizacji i …wywalczeniu kolejnego mistrzostwa świata.
- Każdego dnia ciężko pracuje na to na treningach. Tam nie ma miejsca na śmiech. Zawody to jest ta część życia sportowca, kiedy można się cieszyć i uśmiechać – dodał, gdy upierałam się, że wykonywanie tak trudnych technicznie czynności z uśmiechem jest niemal niemożliwe.
Nie udało się tym razem, uda się kolejnym
Eaton mówił to z uśmiechem na ustach, mimo że chwilę wcześniej w ostatniej konkurencji siedmioboju, biegu na 1000m, zabrakło mu zaledwie sekundy, by po raz kolejny pobić halowy rekord świata w wieloboju i sięgnąć po 50 tys. dolarów premii…
- Ta sekunda zrobiła wielką różnicę. Nie udało się dziś pobić rekordu, ale zrobię to następnym razem. Przynajmniej mam taką nadzieję – skwitował, oczywiście z uśmiechem.
Nie było w nim ani odrobiny złości – choć miał ku niej wyraźne powody, nie było w nim ani krzty gwiazdorstwa, ani wyższości – choć to, co osiągnął i to w młodym wieku (ma 26 lat), niejednemu zawróciłoby w głowie. Było widać, że odczuwa pewien niedosyt, ale w żadnym stopniu nie przeszkodziło mu to w cierpliwym odpowiadaniu dziennikarzom na przeróżne pytania. Wciąż emanował pewnością siebie, ale podszytą radością, sympatią, pasją i klasą, klasą prawdziwego mistrza.
Klasy! Ale jeszcze bardziej pasji!
I tej klasy brakuje czasem niektórym z naszych rodzimych sportowców i to przeważnie tym, którym do gwiazd i osiągania wielkich sukcesów jeszcze trochę brakuje. Klasy, nie tylko sportowca, ale przede wszystkim wartościowego człowieka.
Jeszcze bardziej od klasy brakuje mi jednak jeszcze jednego elementu, który tak bardzo zwrócił moją uwagę podczas obserwowania startującego Eatona – pasji i radości. Radości ze spełniania marzeń, z rywalizacji, pasji ze startowania, z uprawiania dyscypliny, którą jako dziecko się pokochało. No chyba, że się jej nigdy nie pokochało, a do sportu zmuszali rodzice. Z niewolnika nie ma pracownika. Ze sportowca, który nie kocha tego, co robi, kocha mimo wszystko i bezwarunkowo, mistrza też nie będzie…
Komentarze