Sebastian Staszewski: Nie można powiedzieć, że miał Pan iście mistrzowski odpoczynek. Ledwie kilka dni urlopu i znów wraca Pan do gry. Ledwie tydzień po meczu z Brazylią wziął Pan udział w Memoriale Arkadiusza Gołasia w Murowanej Goślinie.

 

Mateusz Mika: Przez te kilka dni odpocząłem, udało mi się zregenerować, szczególnie psychicznie. Za chwilę zaczyna się jednak liga i będzie trzeba walczyć o pierwsze punkty. Wróciłem już do klubu, więc koncentruję się tylko na tym.

 

Turniej był jednak morderczy. Trzynaście meczów w dwadzieścia jeden dni to dawka iście straceńcza! A mimo to trener Anastasi mówił mi, że ostatnio musiał Pana stopować przed treningami.

 

To prawda, nie przypominam sobie turnieju w którym grałbym tak dużo. Wszystkie drużyny miały jednak takie same warunki, wszyscy grali dużo. Może trochę za dużo, ale nie mamy na co narzekać, bo wróciliśmy z medalem.

 

Pana życie zmieniło się bardzo od czasu zdobycia mistrzostwa?

 

Moja twarz stała się trochę bardziej rozpoznawalna. Chodzę jednak ciemnymi uliczkami, więc udaje mi się tego wszystkiego unikać.

 

Kibice reagują na Pana nazwisko entuzjastycznie. Skandują je, biją brawa. Popularność nie zaczyna pomału doskwierać?

 

Wszystko zależy od charakteru człowieka. Ja akurat nie przepadam za tym całym zainteresowaniem, bo nie uważam się za kogoś wyjątkowego. My po prostu gramy w siatkówkę… Fajnie, że ludzie tak nas odbierają, ale czasami faktycznie to doskwiera.

 

Czuje się Pan odkryciem mistrzowskiego turnieju? Bo wiele osób tak właśnie twierdzi.

 

Zagrałem w siatkówkę… Co mogę powiedzieć? Fajnie wyszło i tyle.

 

Widział Pan dziesiątki memów, które krążą po Internecie?

 

Coś tam widziałem.

 

Całą rozmowę z Mateuszem Miką zobacz w materiale wideo.