Po dwóch wygranych: z Anglią 2:0 i Walią 3:0, Polacy mieli duże szanse na awans do finałów mistrzostw świata w 1974 roku. Przed ostatnią kolejką sprawa wyglądała następująco: wygrywamy bądź remisujemy z Synami Albionu i mamy awans.

To jednak Anglicy byli zdecydowanym faworytem. To był ten okres czasu, w którym byli przekonani o swojej wielkości. Uważali, że inne zespoły z Europy nie są godne, by z nimi rywalizować. Biało-czerwoni nie byli uważani za mocną ekipę. Andrzej Person, który oglądał ten mecz z wysokości trybun, w rozmowie z Polsatsport.pl przypomina tamte wydarzenia.

To był zupełnie inny świat. Oni traktowali nas jak jakichś Eskimosów. Polaków kojarzyli z Dywizjonem 303. Raczej dosyć pobieżnie. Sportowo się dla nich nie liczyliśmy. Oni wygrali 7 lat temu mistrzostwo świata, a tydzień przed meczem z nami rozbili Austrię 7:0. Mimo że przegrali w Chorzowie, to mieli przekonanie, że mecz na Wembley będzie formalnością. Komentarze w angielskiej prasie były w tonie kpin. Jan Tomaszewski był nazywany klaunem, a cała reszta była określona jako słabi piłkarze, którzy nie są nawet blisko europejskiej klasy.

Zwierzęta i niezauważony dwumetrowiec



Atmosfera była napięta z każdą kolejną minutą. A przecież spotkanie jeszcze się nie zaczęło! Cała Polska około godziny 19:45 zgromadziła się przed telewizorami, by – w domyśle – przeżyć najwspanialszy dzień w piłkarskim życiu. I w końcu, po długim oczekiwaniu, około 19:45 biało-czerwoni wyszli na murawę.

Przywitały ich okrzyki „Animals”. Podczas hymnu słyszeliśmy gwizdy To był szok! Anglia, czyli niby kraj dżentelmenów! Sto tysięcy kibiców na trybunach i nagle większość zaczyna gwizdać. To był jeden z tych elementów, które dodały energię zawodnikom – mówi Person.

Już początek meczu zwiastował, że będzie to 90 minut ciągłego ataku serca. W pierwszych minutach kontuzji nabawił się Jan Tomaszewski. Z boiska jednak nie zszedł. Po interwencji lekarza kontynuował grę.



To była moja głupota. Po prostu. Pan Kazimierz wychodził z założenia, że im my dłużej przy piłce, tym krócej oni. A kto mógł trochę opóźnić grę? Tylko ja! Koledzy z pola nie mieli prawa utrzymać piłki, bo te angielskie charty natychmiast doskakiwały. Na początku meczu złapałem łatwą piłką. I przysięgam – nie zauważyłem dwumetrowego chłopa! Chciałem podprowadzić piłkę, a tu nagle pojawiła się jakaś biała plama. Rzuciłem się, przyłożyłem, a on kopnął mnie w rękę. I słusznie! Bo jak frajer puszcza piłkę, to trzeba ją wbić. Później trafnie skomentował to Adam Musiał, który powiedział mi, że to kopnięcie mnie obudziło – przypomina w rozmowie z Polsatsport.pl legendarny bramkarz.

Rzut karny jak strzał do pustej bramki

To była prawdziwa obrona Częstochowy. Anglicy nie pozwalali Polakom na nic. Kasowali każdą kolejną akcję. Pressing był niesamowity. Biało-czerwoni ograniczyli się do wybijania piłek na tzw. uwolnienie.  Wtedy jednak jedna z nielicznych kontr okazała się zabójcza. Grzegorz Lato do Jana Domarskiego i gol! Prowadzimy na Wembley. Konsternacja.



Anglicy przyjęli tego gola z niedowierzeniem.  My za to rozpoczęliśmy wielką i niespodziewaną radość – mówi Person.

Sześć minut później Petersa w polu karnym „sfaulował” Musiał. W cudzysłowie, bo ta decyzja Vitala Lorauxa budzi spore kontrowersje nawet do dziś. Faktem jest, że do siatki trafił Allan Clarke.

Patrzyłem na niego, a on zachował się jak profesjonalista. Nie, jeszcze lepiej. Ciągle patrzył w górę. Jakby był na treningu! Zachował się jak posąg z marmuru. A przecież przed karnym były przepychanki, bo nie byliśmy pewni, czy to była słuszna decyzja sędziego. I wreszcie arbiter gwizdnął, a on nie spojrzał gdzie strzela. Zrobił to fenomenalnie. Jakby do pustej bramki – mówi pełen podziwu Tomaszewski.

Wzrok pełen frustracji i płacz Anglików

Angielscy fani odzyskali nieco wiary. Polacy modlili się jeszcze bardziej. Stężenie emocji po wyrównującej bramce jeszcze wzrosło. W końcówce znakomitą sytuację miał Clarke, który mógł zostać bohaterem.

Miał piłkę na woleja z sześciu metrów od bramki. Piłka jednak podskoczyła, ale uderzył nieprawdopodobnie. Nie miałem szans, ale rzuciłem się w lewo. Poczułem ból, ale sparowałem na rzut rożny. Szybko się pozbierałem, zacząłem ustawiać obrońców, a on… po prostu się na mnie patrzył. Później, kiedy się spotykaliśmy, to mówił mi, że to niemożliwe! Tak byłem jednak zaprogramowany – opowiada Tomaszewski.



To był ten moment, w którym Anglicy zdali sobie sprawę, że polski bramkarz już dzisiaj nie przepuści piłki. A nawet, gdy to zrobi, to na linii zawsze znajdzie się któryś z obrońców. I w końcu, gdy belgijski sędzia zagwizdał po raz ostatni, część stadionu, ta mniejsza cześć, zaczęła świętowanie.

Oglądałem setki meczów, ale to mnie zszokowało. Pół godziny po meczu widziałem setki Anglików, którzy siedzieli na trybunach i płakali. To było nieprawdopodobne. Jeszcze niedawno nie chcieli grać z Europą, bo uważali się za lepszych, a teraz przegrali z Polską… Dzień później został zwolniony Alf Ramsey. The Sun na okładce dało nagłówek „Koniec Świata”. Na drugi dzień spotkałem także kilku Szkotów, którzy cieszyli się nie tylko ze swojego awansu. – przypomina Person.


Noc z lekami i zaskakująca wizyta w Irlandii

Bohaterowie spotkania nieprędko położyli się spać. Był wśród nich jednak jeden piłkarz, który nie spał, ale z zupełnie innego powodu.

Byłem jedynym, który nie świętował. Wróciłem do hotelu, bo miałem potłuczone kosteczki łódeczkowate. Lekarz zamroził mi je w drugiej minucie. I kiedy przeszła blokada, to w nocy wypiłem mnóstwo Gardana (lek przeciwbólowy). Podczas meczu się tego aż tak nie czuło. Wiadomo, stres, strach. A reszta się bawiła. Ja nie chciałem im psuć nastroju swoją miną. Na drugi dzień, kiedy wszedłem do recepcji… Istne Waterloo. Nikogo jednak nie było. Byłem praktycznie sam w hotelu – mówi Tomaszewski.

Z sukcesu Polski nie cieszyli się tylko kibice w naszym kraju. Szkoci, którzy także awansowali do finałów mistrzów świata, mieli podwójną radość. Kilka dni później biało-czerwoni udali się na wcześniej zakontraktowany mecz towarzyski z Irlandią. Tamtejsi mieszkańcy witali biało-czerwonych jak bohaterów, mimo ze na finałowy turniej ich drużyna nie pojechała.

Dzień przed meczem wystąpiłem w irlandzkim programie. Poprosili mnie bym skłamał, że być może wystąpię w meczu towarzyskim, co było niemożliwe. I tak zrobiłem. Później zapytali mnie, czy coś tam piję. To mówię: czasami lampkę szampana, czasami małe piwo. W dniu meczu przyszedł do mnie boy hotelowy, zabrał do recepcji i pokazał… sześć zgrzewek piwa. Tacy byli gościnni! Gdy opowiedziałem to Leszkowi Ćmikiewiczowi, on odpowiedział – Ty głupku, mogłeś powiedzieć, że lubisz whisky! – kończy z uśmiechem Tomaszewski.


Anglia – Polska 1:1 (0:0)


Bramki: Clarke 63 (karny) - Domarski 57.   Sędzia: Loraux.   Widzów: 100 000.


Anglia: Shilton – Madeley, Hughes, Bell, McFarland, Hunter – Currie, Channon, Chivers (85 Hector) – Clarke Peters.    Trener: Ramsey.

Polska: Tomaszewski – Szymanowski, Gorgoń, Musiał, Bulzacki – Deyna, Kasperczak, Ćmikiewicz – Gadocha, Lato, Domarski.   Trener: Górski.