Pindera: Co dalej z Wachem?

Sporty walki
Pindera: Co dalej z Wachem?
fot. PAP

Wygrana z przeciętnym Samirem Kurtagiciem w Dzierżoniowie niczego nie gwarantuje i o niczym nie przesądza. Mariusz Wach ma tego świadomość, ale wierzy, że lepsze czasy dla niego wciąż są możliwe.

Kibicom, którzy oglądali ten pojedynek z bliska podobało się wszystko. Po pierwsze emocje, po drugie wygrana Wacha. Jego menedżer, Iwajło Gocew, obecny na gali w Dzierżoniowie stwierdził nawet, że kwestią czasu jest wielki pojedynek na szczycie wagi ciężkiej z udziałem polskiego olbrzyma.

On sam niczego nie obiecuje. Wie, że z Kurtagiciem mógł walczyć lepiej, że popełnił wiele błędów, że za wszelką cenę chciał go znokautować, a w takich sytuacjach za brak chłodnej głowy się płaci. W jego przypadku koszty nie były na szczęście zbyt wysokie. 38. letni Serb mieszkający w Wiedniu nie bije zbyt mocno, zresztą jemu wystarczył fakt, że przegra na punkty, a nie przed czasem.

 

Dwa lata przerwy to za dużo


Nie ukrywam, sądziłem, że Wacha stać na nokaut w tej walce, ale gdy dzień przed tym pojedynkiem dowiedziałem się z jaką nadwagą polski pięściarz przystąpił do przygotowań, z jakimi dolegliwościami wciąż się boryka, to spojrzałem na tą walkę inaczej.

Wach bardzo jej chciał, dwa lata przerwy to przecież stanowczo zbyt dużo, a konflikt pomiędzy promotorem (Mariusz Kołodziej) i menedżerem (Gocew) nie dawał większych szans na pomyślne rozwiązanie piętrzących się problemów.

A jednak udało się. Kołodziej dał z Ameryki zielone światło, ale powiedział: finanse to już wasza sprawa. No i galę z udziałem Wacha udało się zorganizować.

Kurtagić, stary cwaniak, który wie jak unikać nokautów w starciach z lepszymi od niego pięściarzami wcale nie był wymarzonym rywalem. Amortyzował uderzenia Wacha, zmieniał często pozycję na odwrotną i własne ryzyko ograniczał do minimum.

Wach zaczął dobrze, w trzeciej rundzie trochę się wystrzelał i w czwartej łapał oddech. W szóstej mógł zakończyć  walkę przed czasem, ale nie dał radę, bo za bardzo chciał Serbowi urwać głowę. Ostatecznie wygrał, ale nie zachwycił, co nie oznacza, że w przyszłości nie stać go na lepszy boks.

Mistrzem świata nie będzie, ale kilka niezłych walk z bokserami znacznie lepszymi od Kurtagicia może jeszcze stoczyć. I o to mu chyba chodzi, bo taki scenariusz daje szanse na poprawę sytuacji finansowej polskiego Wikinga.

 

Jeden kończy, drugi zaczyna


Wach nie ma już zbyt wiele czasu. Za chwilę skończy 35 lat, co w boksie, a szczególnie w wadze ciężkiej nie jest wprawdzie wiekiem emerytalnym, ale ile może jeszcze walczyć na względnie wysokim poziomie? Trzy, cztery lata?  Na pewno nie więcej.

Co innego Kamil Łaszczyk. On tak naprawdę dopiero zaczyna. Ma 23 lata, dobrą pozycję w rankingach, wszechmocnego menedżera Ala Haymona plus promotora Mariusz Kołodziej) z którym nie jest skonfliktowany i całkiem ciekawe perspektywy. Ale waga piórkowa to zupełnie inny świat niż ciężka. Tu na pieniądze mogą liczyć tylko najlepsi.

I Łaszczyk wierzy, że kiedyś w tej uprzywilejowanej grupie się znajdzie. Z Sergio Romero wygrał na punkty, ale wypadł przeciętnie. W okresie przygotowań miał kłopoty zdrowotne i istniało realne zagrożenie, że do tej walki nie dojdzie. Hiszpan zaskoczył dobrą postawą, Łaszczyk walczył poniżej możliwości, ale można go usprawiedliwić. Wciąż jednak chyba zbyt wcześnie, by mówić, że jest gotowy na konfrontację z najlepszymi.

On też jeszcze się do takich wyzwań nie pali. Co nagle to po diable, mówi znane polskie przysłowie. Warto o tym pamiętać i pozwolić  Łaszczykowi dojść do celu wolniejszym krokiem.

Janusz Pindera z Dzierżoniowa

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze