Trzy strzały, dwa trafienia, a nasz zespół zapomina o swej blisko stuprocentowej skuteczności z soboty, mimo, że z „Walecznymi Sercami” gramy już we wtorek. Dlatego na oceny, prognozy, typy czy stwierdzenia o narodzinach bądź też stagnacji narodowej drużyny jest zdecydowanie za wcześnie. Dopiero wiosną poznamy prawdę. To samo dotyczy też naszej ligi. Nawet w większym stopniu. W eliminacjach do EURO 2016 punkty nie zostaną przecież podzielone.

 

W piłce najważniejsza jest stabilizacja i to ona powinna być wyznacznikiem wpływającym na ocenę. A nie emocje związane z krótką – zazwyczaj – serią porażek albo zwycięstw. Tym bardziej, że w T-Mobile Ekstraklasie bardzo często przegrywa zespół, który rozegrał lepsze spotkanie. Ale przecież najważniejszy jest wynik, więc on wpływa na nasze wrażenie. Franciszek Smuda najpierw był chwalony, bo z zaledwie jedenastką porządnych piłkarzy potrafił być z Wisłą Kraków liderem. Gdy zaczął przegrywać, przebąkiwano o dymisji.

 

Dziś nikt o niej nie wspomni, bo „Biała Gwiazda” rozprawiła się z zajmującym czołowe lokaty Górnikiem i to na jego terenie. Postawa Podbeskidzia na początku sezonu zabrała Czesławowi Michniewiczowi miano „cudotwórcy „Górali”” i przyznała je Leszkowi Ojrzyńskiemu, który  gdyby nie remis dwa tygodnie temu ze Śląskiem, mógłby być na bezrobotnym. Dziś znów jest świetny, bo wygrał z Łęczną, mimo, że to rywal był lepszy. Michałowi Probierzowi latem zarzucano, że wszedł po raz drugi do białostockiej rzeki  i w trzech meczach przegrał kolejno 0-3, 0-3 i 1-3. Dziś chcą go nosić na rękach. Przykładów można by podać jeszcze więcej. Na „podniecanie się” czy „linczowanie” jest jeszcze zdecydowanie za wcześnie.

 

Jest jednak jeden człowiek i jeden klub, który wychodzi poza ten schemat. To Tadeusz Pawłowski i Śląsk Wrocław. Mówimy i piszemy o Legii Warszawa, Lechu Poznań, Górniku i Wiśle, z zainteresowaniem obserwujemy gdańską Lechię. W stolicy Dolnego Śląska spokojnie i bez rozgłosu robią swoje. Pracują. Trenują. I prezentują dobrą piłkę. Wyniki i poziom gry są bardzo stabilne. Na dziś to WKS jest dla mnie takim małym „czarnym koniem” tej ligi. Nikt o nich nadmiernie nie mówi. I dobrze. „Tisze jedziesz, dalsze budiesz”. Jak daleko? Patrz wyżej: przekonamy się na wiosnę.  

 

POZYTYWNIE: Białystok (cały) – w sobotni wieczór wszystko zagrało perfekcyjnie. Otwarcie nowego stadionu nie mogło wypaść lepiej. Michał Probierz wreszcie złapał dystans do świata i w końcu potrafi być na luzie. Jego drużyna przejęła podejście trenera i nie spięła się przed tak istotnym meczem. Nawet nazywany często „drewnianym” Marek Wasiluk zaliczył asystę. Cichym bohaterem jest dla mnie jednak Patryk Tuszyński, który może trochę w cieniu, ale jednak z właściwym efektem wykonuje swoją robotę. „Jaga” nie będzie zawsze wygrywać po 5:0. Ale trudno sobie wyobrazić lepszą zachętę, by przychodzić na nowy obiekt.

 

NEGATYWNIE: Piotr Brożek (Piast Gliwice) – jeszcze kilka lat temu wydawało się, że będzie jednym z najlepszych na tak problematycznej dla naszego kraju pozycji lewego obrońcy. Wyjazd do Trabzonsporu nie zrobił mu jednak najlepiej. Wrócił do kraju i szuka straconego czasu. W Lechii Gdańsk, ponownie w Wiśle Kraków, teraz w Piaście Gliwice. Nigdzie nie jest w stanie się odnaleźć. Tak samo jak formy.  Dwie bramki we Wrocławiu obciążają jego konto. Brat bliźniak Paweł zagranicą też „odbił się od ściany”, ale w lidze się bawi. O Piotrze niestety nie da się tego powiedzieć.