Łukasz Majchrzyk: Co Pan myśli, jak dzwoni kolejny dziennikarz z Polski: wystarczyło kilka meczów i sobie o mnie przypomnieli?

Cezary Wilk: Nie mam takich myśli odwetowych (śmiech). To jest normalna kolej rzeczy że dziennikarze zaczynają się piłkarzem interesować, kiedy zrobi coś ważnego, zagra kilka dobrych spotkań. Zawodnik musi się do takiej roli mediów przyzwyczaić. Jeśli ktoś przesiaduje na ławce, lub nawet tam go nie ma, to ciężko wymagać zainteresowania dziennikarzy.

Długo Pan nawet nie wstawał z ławki rezerwowych. Dlaczego akurat teraz trener dał Panu szansę?

Złożyło się na to wiele czynników, ale przede wszystkim to, że drużyna nie funkcjonowała zbyt dobrze na początku sezonu. Przegraliśmy sporo spotkań. Trener przed meczem z Valencią zadecydował, że zrobi rewolucję. Było sześć, albo nawet siedem zmian w wyjściowym składzie i m.in. dlatego znalazło się miejsce dla mnie. Wygraliśmy ten mecz 3:0, ja byłem chwalony za występ, więc trener nie zmieniał składu.

Miał już Pan dość Deportivo?

To jest piłka nożna i raz jest lepiej, a innym razem gorzej. Akurat był w mojej gorszy moment. W takich sytuacjach trzeba robić swoje, wierzyć w swoje umiejętności. I jeszcze dodatkowo czekać na uśmiech losu. Taki zawodnik jak ja ma utrudnione zadanie, żeby się pokazać, jeśli dostanie w meczu pięć minut. Co ja mogę, przeciąć jedno podanie wtedy? Z Valencią zagrałem 90 minut i dodatkowo drużyna zagrała bardzo dobry mecz. Wtedy takiemu zawodnikowi jak ja dużo łatwiej się pokazać.

Myślał Pan już powoli o powrocie do Polski?

To byłoby najłatwiejsze rozwiązanie, a to nie jest droga, która mnie interesowała. Od początku podpisania umowy założyłem sobie, że chcę spędzić całe dwa lata w La Coruni. Akurat początek sezonu w La Liga to był moment, w którym gorzej mi się wiodło. Gdybym wtedy powiedział, że koniecznie chcę wracać, to nie zdążyłbym dostać szansy. Takie jest życie piłkarza: za kilka tygodni może nie być najlepiej, a może być jeszcze lepiej niż teraz.

Liga hiszpańska budzi respekt?

Budzi respekt, ale też bez przesady. Nie jest to nic nieosiągalnego, proszę mi wierzyć. Dla każdego jest to miejsce, którego można dotknąć, spróbować. Dla wielu polskich zawodników droga jest otwarta. Muszę przyznać, że liga hiszpańska jeszcze zyskuje, gdy się ją widzi od środka. Poziom meczów jest jeszcze lepszy niż w telewizji. Wyszkolenie techniczne poszczególnych zawodników jest wręcz nieprawdopodobne. Dla mnie czasami jest tego nawet za dużo: odbierasz piłkę, podajesz partnerowi, on mija czterech rywali, a na piątym się zatrzymuje.

Po graniu w Bełchatowie albo Bielsku-Białej, to ciężko się przestawić na podróżowanie między Sewillą a Walencją?

Ciężko stwierdzić. Wyjazd za granicę to był mój cel, od kiedy zacząłem grać w piłkę. Zawsze tego chciałem, ale nie ma co żałować. Gdyby to się zdarzyło w wieku 23 lat, może nie podszedłbym do tego tak dojrzale? Wracając do stadionów, to nie było przeskoku. Poza kilkoma stadionami obiekty w ekstraklasie to jest czołówka europejska. Hiszpanie mają stadiony potężne, ale wiekowe.

Tylko, że w Krakowie albo Gdańsku nie było Ligi Mistrzów. Na El Riazor oddycha się innym powietrzem?

Oddycha się inaczej, ale tutaj chodzi o atmosferę na trybunach. W Hiszpanii na mecze stale przychodzi jakieś 20 tys. ludzi i oni cały czas śledzą to, co się dzieje na boisku. Bez przerwy analizują, rozmawiają, omawiają podania. Zastanawiają się dlaczego było zagranie w lewo, a nie w prawo. Dlaczego jeden zawodnik się nie przesunął za akcją? Brakuje fanatycznych kibiców, takich jak mamy w Polsce. To rzecz gustu, co się komu podoba. Kibice obu drużyn siedzą w pubie i piją piwo. Bez strachu można przejść przez miasto w szaliku przeciwnej drużyny. Mnie coś takiego bardzo odpowiada.

Pan podróżował między Krakowem a Kielcami w trakcie kariery. Wraca Pan do swoich doświadczeń?

Nie chcę się odwoływać do konkretnego przykładu. Wiadomo, że fani w Kielcach nie przepadają za tymi z Krakowa, więc były małe nieprzyjemności wobec mnie. Podkreślam jednak, że mówiłem ogólnie o tym, jak to wygląda.

Nie dało się wcześniej wyjechać, skoro był to dla Pana cel?

Pewnie można by było, ale nigdy nie byłem zawodnikiem wybitnym, dla którego byłaby masa ciekawych ofert. Nigdy moja postać nie była na piedestale. Aby mój wyjazd się udał, musiało się zgrać wiele rzeczy.

Nie za skromny Pan jest?

Nie, realnie oceniam sytuację. Na karierę piłkarza składa się wiele czynników. Sam talent nigdy nie decyduje o tym, jak wygląda zawodnik. Nie wymyśliłem tego ja, przede mną było wielu takich, którzy tego doświadczyli. Tomek Hajto opowiadał, że nie był wybitnym zawodnikiem, ale miał kilka rzeczy, na których bazował, wypracował je do perfekcji i dzięki temu zagrał w Schalke, w reprezentacji. Do kariery za granicą jeszcze mi daleko. Znam swoje wady i zalety.

Udziela Pan już wywiadów po hiszpańsku.

Kiedy przyjechałem tutaj do Hiszpanii, to obiecałem dziennikarzom, że po 6 miesiącach postaram się udzielić wywiadu. Zajęło mi to trochę więcej czasu, ale już sobie radzę. Nie jest to może jakiś wyszukany hiszpański, pełen pięknych zwrotów, ale dogadam się z dziennikarzami.

Zawodnik z polskiej ekstraklasy, który wyjeżdża do Hiszpanii, doznaje szoku w zderzeniu z tutejszym poziomem gry?

Ja miałem ułatwione zadanie, bo po drodze była Segunda Division, gdzie poziom jest trochę niższy, choć też wysoki, więc szoku nie doznałem. Tutaj przygotowanie techniczne jest na najwyższym poziomie i to od najmłodszych lat. Kiedy trener zaprasza na trening zawodników z juniorów, to widać, że są przygotowani do gry. Jedyne, w czym odstają, to przygotowanie fizyczne.

Liczył Pan na powołanie od trenera Adama Nawałki? Ciężko zignorować zawodnika, który gra w Hiszpanii.

Myślę, że na ten moment jest jeszcze za wcześnie. Reprezentacja osiągnęła ostatnio bardzo dobre wyniki i nie tak łatwo się do kadry dostać. Trzeba zasłużyć na powołanie. Po trzech meczach nie można oczekiwać powołania. Jeśli będę wychodził w pierwszym składzie przez miesiąc, albo jeszcze lepiej dwa, to będę się zastanawiał, czy selekcjoner mnie dostrzega.

Jeszcze raz powiem, że bardzo Pan skromny.

Nie nazwę tego skromnością. To jest realna ocena sytuacji. W moim przypadku powołanie do reprezentacji trzeba by traktować jako nagrodę. Za dwa, trzy dobre mecze nie można nagradzać. Można nagradzać za granie po 90 minut przez dwa, albo trzy miesiące.

Jak Pan sobie wyobraża taką parę w środku pola: Cezary Wlk, Grzegorz Krychowiak?

To byłby bardzo defensywny środek pola i nie wiem jak kibice by się na to zapatrywali (śmiech). Wszystko jest jednak możliwe.