Cel filmu jest prosty: dać wyraz jakie korzyści płyną z takiej otwartości, jednocześnie obalając stereotypy względem różnic kulturowych. Bo tak naprawdę – są one źródłem wzbogacenia dla wszystkich.

Już na wstępie atakują nas polskie akcenty. Wywiad z 30-letnim Raymondem Kopaszewskim, nad Sekwaną bardziej znanym jako Kopa, który opowiada o swojej młodości. Jako 14-latek nie miał wyboru. Wzorem ojca musiał zejść do kopalni. Tak jak zresztą wszyscy mieszkający wtedy na północy Francji Polacy. - Dzięki piłce wyszedłem z tego trudnego położenia i stałem się tym, kim jestem. Futbol dał mi wszystko – mówi legenda Realu Madryt i zdobywca Złotej Piłki z 1958 roku.

Inny Polak, mniej znany, ale też bohater Mundialu '58, Maryan Wisniewski, również przyszedł na świat w węglowym okręgu Nord. Jego rodzice, chwilę przed urodzeniem syna, przenieśli się tam ze Śląska. Dla Wisniewskiego najważniejszy był z kolei właśnie wspomniany turniej. W nagrodę za trzecie miejsce na świecie, został przydzielony do słynnego batalionu Joinville. Wyjechał już kilka dni po mundialu.

Joinville to taki odpowiednik CWKS Legia. Służbę wojskową odbywało tam wielu słynnych sportowców, z Michelem Platinim włącznie. Później piłkarze przebywali w ośrodku tylko pięć dni, w weekendy wracając na mecze. Wisniewskiego wysłano jednak do Afryki, gdzie wraz z kolegami miał stłumić wyzwoleńcze zapędy Algierii. Mimo to, on odbiera ten gest jako nagrodę. Wyróżnienie jakie dała mu piłka.

Kiedy ogląda się te archiwalne wycinki, przeplatane wywiadami z Zidane'em, Platinim, Tiganą, Fernandezem i Bolim, uderza niezwykła złożoność losów tych piłkarzy. Wszyscy zostali gwiazdami. Kochano ich za talent. Nie klasyfikowano pod kątem pochodzenia. To na swój sposób piękne.

W końcu sam Cantona. Francuz opowiada o swoich hiszpańsko-włoskich korzeniach, a jego matka, Eleonor, ze łzami w oczach wspomina, jak przyjechała do Francji. Nie miała wyjścia – w Hiszpanii wybuchła wojna. Pierwsze miesiące pogoni za chlebem spędziła w ośrodku dla uchodźców.

Te same emocje udzielają się, kiedy Zinedine Zidane wspomina swojego ojca. Ismail Zidane opuścił Algierię w 1953 roku i przez lata pracował jako budowlaniec w podparyskim Saint Denis. - Kiedy zdobyłem bramkę na otwarcie Stade de France, ojciec nie wytrzymał. Ze łzami w oczach powiedział mi wtedy: „Pracowałem w tym mieście 10 lat, a ty zdobyłeś je w 10 sekund”. Kiedy tak myślę o swoich rodzicach, ich drodze, uważam, że to godne podziwu. I choć jestem Francuzem, to właśnie oni, Algierczycy, dali mi wszystko – „Zizou” nie zapomina o korzeniach.

Oczywiście, nie mogło zabraknąć też Michela Platiniego. On z kolei urodził się w Lotaryngii, w rodzinie włoskich imigrantów. Tak wspomina swoją młodość. - W szkole nigdy nie słyszałem rasistowskich obelg. Jako rodzina byliśmy szczęśliwi, bo od 63 roku ojciec miał samochód i co lata odwiedzaliśmy Italię.

Jean Tigana natomiast – urodzony w Bamako, syn Malijczyka i Francuzki – wychował się w Marsylii, a kiedy zadebiutował w reprezentacji Francji, jego ojca również poniosło. - Rozpłakał się. Powiedział mi, że to najpiękniejszy dzień jego życia

Emocji nie zabrakło w historii Basile'a Boliego, byłego piłkarza m.in. Marsylii. On również urodził się w Afryce (WKS) i jako 10-latek zakotwiczył z rodziną w Paryżu. - Moim największym marzeniem była Francja – wspomina. Dziś ma na koncie 45 występów w jej barwach i status legendy OM oraz AJ Auxerre.

Luis Fernandez nad Sekwanę przybył z matką i pięciorgiem rodzeństwa. - Moja młodość to Minguettes (przedmieście Lyonu – red.). Chciałbym przeżyć ją jeszcze raz – mówi.

Doskonałym podsumowaniem tego wszystkiego jest rok 1998. Mistrzostwo świata i trzy litery sygnujące tamtą reprezentację. BBB – Black, Blanc, Beur (nie ma dokładnego tłumaczenia – człowiek pochodzący z Afryki Północnej). A proces trwa cały czas. Wystarczy wymienić Raphaela Varane'a, Samira Nasriego, no i przede wszystkim – Karima Benzemę. Nikt nie ma nic przeciwko. Obie strony tylko na tym korzystają.