Łukasz Majchrzyk: Kończy się chyba najbardziej szalony rok w pańskiej karierze. Pan też go tak ocenia?

Grzegorz Krychowiak: Nie będę ukrywał, że druga połowa roku była dla mnie udana. Przeszedłem do nowego klubu i od początku mówiłem, że chcę w nim grać regularnie. Do tej pory tak to w Sevilli wyglądało. Jestem zadowolony z tego, że znalazłem się w lidze hiszpańskiej.

Liga hiszpańska okazała się mniej straszna niż to mogło wyglądać z boku?

Kiedy przechodziłem do Sevilli, usłyszałem wiele negatywnych opinii: że sobie nie poradzę, będę siedział na ławce rezerwowych, gdzie ja się w ogóle wybieram? Uznałem, że to jest najlepsze miejsce, żeby się rozwinąć jako piłkarz. Postawiłem przed sobą bardzo ambitny cel, ale to była bardzo dobra decyzja. W Sevilli czuję się bardzo dobrze, jestem w klubie, który bije się o najwyższe cele, a to było dla mnie bardzo ważne.

Obawy może brały się z tego, że przechodził Pan do klubu z samego czuba Primera Division? Wyżej są już tylko: Real, Barcelona i Atletico Madryt.

Musiałem tam pójść, zrobić krok do przodu, żeby się rozwinąć. Odejście z Reims to był wręcz skok w dal. Sevilla to jest klub, który gra regularnie w europejskich pucharach, bije się o udział w Lidze Mistrzów. To jest drabina, po której schodek po schodku mogę piąć się w górę.

A jak to jest z tym legendarnym poziomem technicznym? Pan sam zawsze mówił, że ma inne walory, ale radzi sobie znakomicie w lidze hiszpańskiej. Ciężko się było dostosować?

Ligę hiszpańską cechuje technika, ale liga francuska jest pod tym względem niedoceniana. We Francji jest dużo zespołów, które bazują na dobrym przygotowaniu fizycznym, ale nie brakuje też znakomitych techników. W drużynie muszą być różni zawodnicy, tacy których cechuje świetna motoryka, ale też szybcy, dobrzy obrońcy i napastnicy. Taki typ piłkarza jak ja powinien być w każdym zespole. W lidze hiszpańskiej też muszą być tacy.

W Sevilli nazywają już Pana bohaterem, zapraszają do lokalnej telewizji. Jest Pan tam już gwiazdą?

Nie odbieram tego w ten sposób. Kibice bardzo dobrze mnie tutaj przyjęli, są fantastyczni. Ja tylko chcę dawać na boisku z siebie wszystko. Chcę się im odwdzięczyć.

Przechodząc do Sevilli mówił Pan, że chce się nauczyć gry ofensywnej. To już widać? W reprezentacji próbował Pan prostopadłych podań do Roberta Lewandowskiego. To już jest "efekt Sevilli"?

Nie uważam, żebym zrobił ogromny postęp. Największa różnica między poprzednim a tym rokiem jest taka, że znalazłem się w bardziej medialnym klubie i lepiej mnie widać (śmiech). To nie jest tak, że pół roku po podpisaniu kontraktu kompletnie zmieniłem styl gry. Na pewno nad tymi elementami staram się pracować, podejmuję na boisku więcej ryzyka. Nie tylko skupiam się na defensywie, rozbijaniu ataków, mam brać udział w akcjach ofensywnych.

W głowie kibica to wygląda tak: przyjeżdża środkowy pomocnik Sevilli, więc niech będzie rozgrywającym kadry. Pan się kimś takim czuje z konieczności?

Reżyserem nigdy nie będę. Niech nikt nie myśli, że będę kiedyś typową "10", piłkarzem który asystuje przy dużej liczbie goli i sam strzela. Agresywność, walka, rozbijanie akcji i wprowadzanie piłki ze strefy defensywnej do ofensywnej - to są moje zadania. Mam to robić w prosty sposób, nie szukać na siłę niekonwencjonalnych rozwiązań, od tego są inni, bardziej ofensywni piłkarze. Tego się ode mnie wymaga w Sevilli, tego chce selekcjoner Adam Nawałka.

Czuje się Pan już gwiazdą reprezentacji Polski? Pan, Wojciech Szczęsny i Robert Lewandowski jesteście w trzech najbardziej medialnych klubach.

Nie chcę tego tak odbierać. Największą gwiazdą reprezentacji Polski jest drużyna. Jeżeli ktoś będzie myślał, że jest gwiazdą i może trochę odpuścić, nie grać momentami na 100 proc., to wrócimy do tych momentów, kiedy kibice na nas gwizdali i przegrywaliśmy wszystkie mecze. Wiemy już, że musimy stworzyć zespół, w którym jeden walczy za drugiego. Jeśli tak będziemy grali, to będziemy osiągać wyniki. To dlatego wygraliśmy z mistrzami świata.

Przed meczem z Niemcami powiedział Pan: "dość opowiadania, jak bardzo nam zależy, tylko trzeba to przełożyć na konkretne wyniki”. Wygraliście z Niemcami, to jaki jest następny cel reprezentacji? Jak ma wyglądać wiosna?

Cel jest jasny: awans na mistrzostwa Europy. Kiedy się rozmawia z dziennikarzami i nie ma wyników, to nie jest łatwo. Wtedy każdy zawodnik, przyjeżdżając na zgrupowanie, w głowie ma jeden cel: wygrać najbliższy mecz i jeśli to się nie przekłada na wyniki, to słowa o zaangażowaniu są puste, nic nie znaczą i nikt w nie wierzy. Teraz, kiedy są zwycięstwa, idzie dobrze, to nawet łatwiej się rozmawia. Nie ma co ukrywać: mamy zespół, który musi awansować do mistrzostw Europy i nie widzę powodów, żebyśmy nie mieli zająć nawet pierwszego miejsca. Jesteśmy w stanie tego dokonać. Do tej pory zrobiliśmy mały krok do przodu. Ciężkich meczów będzie jeszcze dużo. Powinniśmy podchodzić do tego bardzo spokojnie, wysiłku będzie jeszcze sporo, ale jestem pewny, że cel osiągniemy.

Ten pierwszy z ważnych meczów, to spotkanie z Irlandią na wiosnę. W spotkaniu Szkocja - Irlandia na boisku była bitwa. W Dublinie będzie pewnie tak samo i Pan będzie na pierwszej linii frontu.

Było tam wiele fauli, kartek, ale to nie nowina. Tak samo trzeba zagrać w każdym meczu: z Niemcami, jak też i z Gibraltarem. Irlandia to zespół, który gra bardzo agresywnie i będzie trzeba odpowiedzieć im takim samym poziomem agresji, jeśli nawet nie większym. Uważam, że ten mecz możemy wygrać umiejętnościami, nie tylko walką, chociaż to jest podstawa, żeby myśleć o zwycięstwie. Pod względem jakości, umiejętności mamy lepszą drużynę.

W takim meczu, kiedy będzie ciężko, koledzy będą się oglądać na Roberta Lewandowskiego, ale też na Pana.

Zawsze w futbolu są momenty, kiedy ma się przewagę i momenty, kiedy biega się za piłką. Wtedy trzeba pokazać charakter, wesprzeć kolegę. W takich momentach komunikacja na boisku jest kluczowa. Nie można spuścić głowy, machnąć ręką, kiedy się straci piłkę. W każdym meczu, każdy zawodnik straci przynajmniej raz piłkę i wtedy kolegę trzeba wesprzeć, podpowiedzieć, wysłać mu jakiś pozytywny sygnał. To buduje zespół.