My cieszymy się z pięciu polskich kwalifikacji (odpadł tylko Krzysztof Biegun), z dobrych skoków Piotra Żyły, Kamila Stocha i Dawida Kubackiego, ale na prawdziwie wielką radość w tym sezonie musimy poczekać. Kto wie może już w Wiśle i Zakopanem będzie naprawdę radośnie, a być może trzeba się uzbroić w cierpliwość do mistrzostw świata w Falun, które rozegrane zostaną pod koniec lutego i zaufać trenerowi Łukaszowi Kruczkowi, bo on wie co robi, co udowodnił w ostatnich latach.

 

Patrząc na skoki Krafta i Hayboecka nie mam wątpliwości, kto wygra  Turniej Czterech Skoczni. Na pewno Austriak. A konkretnie Kraft. Jest w wielkiej formie i nawet jak przegra w Bischofshofen ze swoim serdecznym kolegą Michaelem Hayboeckiem, to nie roztrwoni tak dużej przewagi (23,1 pkt). Z Petera Prevca chyba uszło powietrze i Słoweniec co najwyżej utrzyma trzecie miejsce w ostatecznej klasyfikacji, ale to też nic pewnego, bo Norweg Anders Jacobsen może mu odfrunąć bardzo daleko i jeszcze przeskoczyć. Finałowy konkurs powinien być bardzo ciekawy, ale sensacji nie przewiduję, bo zdaje się, że główne rozstrzygnięcia zapadły wcześniej.

 

Stoch i Żyła powinni bez problemów pokonać swoich rywali i awansować do drugiej serii. Trudniej będzie miał Kubacki, ale on też jest w stanie sobie poradzić z Rosjaninem Dmitrijem Wasiliewem.

 

Na straconej pozycji stoją raczej Bartłomiej Klusek i Aleksander Zniszczoł, którym przyjdzie walczyć z Jacobsenem i Kraftem , ale jest przecież jeszcze pięć miejsc dla szczęśliwych przegranych. W Innsbrucku obaj z tego skorzystali, być może w Bischofshofen też wylądują na tyle daleko, by zasłużyć na miłe prezenty w wieczór Trzech Króli. Ale nawet, gdyby je dostali, to zbyt wiele nie możemy się po nich spodziewać.

 

Co innego po Żyle czy Stochu. Obu stać na miejsce w pierwszej dziesiątce, blisko najlepszych, ale na podium chyba jednak nie tym razem. Może innym razem, gdy Turniej Czterech Skoczni będzie najważniejszą imprezą dla polskich orłów.