Najlepsza obecnie polska biathlonistka, 28-letnia Weronika Nowakowska-Ziemniak podczas zawodów we włoskiej Anterselvie awansowała na 12. miejsce w klasyfikacji Pucharu Świata. - Ta dyscyplina nie była moim pierwszym wyborem – przyznała.


Marek Cegliński: Czuje się pani liderką kadry biathlonistek?

Weronika Nowakowska-Ziemniak: Nie myślę o tym. Mamy tak równy i zdolny zespół, że dzisiaj ja, a jutro może nią być ktoś inny. Pokazała to chociażby niedzielna sztafeta w Anterselvie. Nie rozdrabniam sezonu pod tym kontem. Mamy tyle rywalek z innych krajów, że nie musimy się ścigać między sobą.

Przeżywa pani chyba najlepsze tygodnie w swojej karierze.

Na pewno najbardziej równe. Bywały momenty, że byłam lepiej przygotowana biegowo. Chociażby w ubiegłym roku tutaj w Anterselvie biegałam fantastycznie, ale zawsze brakowało dobrego strzelania. Teraz prezentuję równą formę, bo poprawiłam strzelanie. Mierzę szybko i strzelam znacznie celniej, chociaż wciąż nie perfekcyjnie, niestety. Ale to wystarcza na dobre miejsca.

Skąd ta poprawa w strzelaniu?

Złożyło się na to kilka przyczyn. Główną jest to, że zmieniłam kolbę, a wykonał ją bardzo dobry rusznikarz, którego nazwiska nie mogę zdradzić. Powiem tylko, że pochodzi z jednego z liderujących krajów w biathlonie. Teraz karabin jest do mnie bardziej dopasowany, a moja pozycja bardziej kompaktowa, stabilna.

Sprzęt to jedno...

Drugie to konsultacje z trenerem strzelectwa Krzysztofem Rymskim z Tychów. Bardzo sobie cenię tę współpracę, chociaż nie jest tak zacieśniona, jakbym chciała. Ostatni raz widzieliśmy się chyba w ... październiku. Kiedyś był trenerem reprezentacji w strzelectwie, teraz zdecydował się pomóc kadrze biathlonistek na zasadzie indywidualnych konsultacji. Dał mi kilka cennych rad, z których stale korzystam. Trzecim czynnikiem poprawy jest trener personalny, tzw. coach. Najogólniej mówiąc, tak jakby psycholog, ale nie do końca. Katarzyna Grzybowska z Warszawy jest osobą, która uczy mnie po prostu radzenia sobie ze stresem, umiejętności zachowania energii i jej odnawiania.

Czy biathlonistom potrzebny jest psycholog?

Część ekip, szczególnie tych najmocniejszych, ma swoich psychologów. Biathlon jest dyscypliną, która wymaga naprawdę bardzo dużej równowagi psychicznej, silnych nerwów i umiejętności zachowania zimnej krwi. W tym właśnie pomaga psycholog. Wiadomo jednak, że jest to kolejna osoba w ekipie, kolejne koszty. Prawdopodobnie nas na to w tej chwili nie stać. Sama szukam rozwiązań, lepszych czy gorszych, staram się zadbać o siebie najlepiej jak potrafię. Chociażby przez sesje coachingowe, które odbywam przez Skype’a. Bardzo mi one pomagają i cieszę się, że mam taką szansę. Wielki ukłon w stronę Eurosportu, który umożliwił mi tę współpracę.

Ładnie opowiadała pani o Włoszech, o swoim specjalnym zainteresowaniu północnym regionem tego kraju. Ma pani inne pasje?

Bardzo lubię czytać i uczyć się języków obcych. No i kocham podróżować. To moja największa namiętność, oczywiście poza biathlonem. Lubię poznawać nowe miejsca, ludzi, kulturę, smaki. Jestem, że tak powiem, absolutną fanką życia.

W jakich językach potrafi się pani porozumieć?

Odważyłabym się powiedzieć, że znam angielski, dogadam się po włosku, rosyjsku, czesku, może trochę po francusku. Zaczęłam też uczyć się niemieckiego. Z czysto praktycznego względu, bo w naszym sporcie jest nam po prostu potrzebny.

Jaki sportowy cel postawiła sobie pani na ten sezon?

Pierwszym jest miejsce na indywidualnym podium w Pucharze Świata. Zmierzam ku dobremu i mam nadzieję, że któregoś dnia wszystko się złoży i ten wynik osiągnę. Oczywiście celem głównym są mistrzostwa świata, ale nie chciałabym teraz zapowiadać walki o jakieś konkretne miejsca czy medale. Będę starała się przygotować wraz z trenerem tak, aby forma w Kontiolahti była najwyższa.

Jak pani trafiła do sportu?

Pochodzę z małej miejscowości na Dolnym Śląsku - Dusznik Zdroju, które kocham najbardziej na świecie. Tam są moje korzenie. Biathlon nie do końca był moim wyborem. Jeżeli chciałam w Dusznikach uprawiać sport, to mogły to być biegi narciarskie albo piłka nożna. Wybrałam biegi.

Kiedy pojawił się biathlon?

Gry miałam 14 lat. Dostałam karabin kbks i nie było już absolutnie mowy, by powracać do biegów, mimo że byłam bardzo słabym strzelcem i nie jestem idealnym do dziś. Biegi są znacznie mniej emocjonujące od biathlonu. Tak więc wszystko zaczęło się w Dusznikach, z czasem trafiłam do tamtejszej Szkoły Mistrzostwa Sportowego. Wraz z powołaniem do reprezentacji zmienił się poziom moich treningów.

 

Zmienił się także biathlon, szczególnie w ostatnich dekadach. Pani pewnie już nie pamięta pierwotnego, nudnego wydania tej dyscypliny - bez pasjonujących relacji telewizyjnych, pokazywania na zbliżeniach efektów strzelania, porównań czasów na bieżąco.

Rzeczywiście, biathlon przeżywa dobre czasy. W Polsce może nie jest tak popularny, chociaż stale rośnie zainteresowanie tą dyscypliną. Obserwując to, co się dzieje na zawodach tu w Tyrolu, we Włoszech, w Niemczech czy Austrii można tylko zazdrościć. To sport niezwykle widowiskowy i trzymający w napięciu do końca. Przez to taki piękny, że nieprzewidywalny, czego nie ma na przykład w biegach narciarskich.

Porównujecie się „na dystans” z wynikami polskich biegaczek?

My rzadziej, natomiast nasz trener potrafi się pokusić o różnego typu oceny. Na przykład analizuje prędkość biegu, co w przypadku tych dwóch dyscyplin nie zawsze jest słuszne, bo jednak są różne warunki pogodowe, różne usytuowanie trasy. Niemniej jednak, porównując chociażby starty z Soczi, najlepsze biathlonistki mogłyby walczyć o bardzo wysokie miejsca w zawodach Pucharu Świata biegaczek. Nie mamy okazji rywalizować z reprezentantkami biegów. Aczkolwiek w przyszłości, gdyby była taka szansa, chyba chciałabym się z nimi zmierzyć.

Gdzie pani mieszka?

Tak naprawdę …na walizkach. Mieszkam na razie w Dusznikach i chyba do końca życia będę tam miała jakieś lokum. Z kolei wiosną przebywam w Katowicach, gdzie studiuję na Akademii Wychowania Fizycznego.