Reforma, która jest wcielana w życie budzi kontrowersje od samego początku. Ma zwolenników, ale też zdeklarowanych przeciwników. Każdy znajdzie argumenty na obalenie zdania drugiej strony, a prawda jest taka, że najlepszą oceną będą występy polskich drużyn w europejskich pucharach. Im dłużej będą tam zostawać, im szerszą ławą atakować Europę, tym argumenty Ekstraklasy S.A. będą mocniejsze. A jeśli do tego jeszcze poprawi się frekwencja, to chyba będzie można odtrąbić sukces. Na takie wydarzenia trzeba jednak poczekać jeszcze kilka lat. Zanim będzie można oceniać, warto dyskutować.

 

To dzielenie punktów...

 

Zarzutów pod adresem nietypowego systemu jest wiele: niezrozumiały (nikt tak nie gra), niesprawiedliwy (dzielenie punktów po fazie zasadniczej), chaotyczny (jedna kolejka się kończy, a druga zaraz zaczyna), przeładowany (czuje to zwłaszcza Legia, która grała długo na trzech frontach). Dziwią się kibice, pytają dziennikarze, protestują trenerzy. Przedstawiciele Ekstraklasy S.A. podkreślają też, że krytyczne głosy równoważone są przez neutralne i przychylne opinie, m.in. ze strony samych zawodników, którzy są zadowoleni, że mogą więcej grać.

 

Szkoleniowiec mistrza Polski Henning Berg nazywa system niesprawiedliwym, bo ostatnich 7 kolejek ma według niego o wiele większą wartość niż 30 wcześniejszych. Michał Probierz mówił w jednym z ostatnich wydań programu "Cafe Futbol", że wszyscy trenerzy byli zwolennikami ligi 18-zespołowej.

 

Ostro krytykował też kalendarz, bo jego zdaniem premiuje on najbogatszych, którzy nie boją się kartek i kontuzji pod koniec długiego sezonu.

 

Każdy się boi miejsca 9., bo wtedy się musisz bronić przed spadkiem, a jeśli już załapie się do górnej części, to jest spokój. Nigdy, nikt nie będzie promował młodych zawodników, bo żaden trener nie zaryzykuje wystawiania ich w walce o utrzymanie. Będzie trudniejsze wejście do składu dla młodych. Wszędzie są mecze o nic i wtedy do gry wystawia się młodych. Fajnie jest tym zespołom z góry tabeli, które mają po 25 zawodników w kadrze. A jak się zaczną kontuzje, kartki, to nie ma kto grać. To jest zrobione po to, żeby na koniec mistrzem była Legia, albo Lech, bo wiedzą, że rywale będą wykartkowani – mówił szkoleniowiec Jagiellonii Białystok.

 

Problem z reformą systemu rozgrywek jest taki, że wszędzie zdają sobie sprawę z jej niedoskonałości, ale leczyć chcą zupełnie inaczej. Przedstawiciele Ekstraklasy S.A. mówią: poczekajmy jeszcze trochę z oceną i krytyką, bo nie wszystko daje się zbadać po niecałych dwóch sezonach.

 

Marcin Stefański, Dyrektor Logistyki Rozgrywek, podkreśla, że jeden z podstawowych celów, czyli zwiększenie liczby spotkań w trakcie sezonu, udało się zrealizować.

 

Udało się nam zrobić to, co sobie zakładaliśmy: piłkarz w polskiej ekstraklasie gra tyle, co jego odpowiednicy na Zachodzie. Jak wyglądała polska piłka przed 2013 rokiem? Największym zarzutem było to, że za mało się gra. Piłkarz w Polsce gra około 40 spotkań w trakcie sezonu, co daje mu miejsce w środku skali europejskiej - mówi Polsatsport.pl Marcin Stefański.

 

Powiększmy ligę

 

A czy dałoby się to osiągnąć innymi metodami? Może warto byłoby powiększyć ligę o dwa kolejne zespoły i zachować naturalny, najpowszechniejszy system, w którym każdy mecz daje taką samą liczbę punktów, które nie są później dzielone na pół. Może warto wrócić do ligi 18-zespołowej, co automatycznie da w trakcie sezonu 34 mecze i wytrąci krytykom najpoważniejsze argumenty? Marcin Stefański przekonuje, że na to jeszcze nie pora. Polski nie stać na 18 zespołów w ekstraklasie. Nie ma tylu dobrych stadionów, ani piłkarzy. Powiększenie ligi spowoduje obniżenie poziomu.

 

 Arka i Zagłębie mają potencjał do gry w ekstraklasie / fot. PAP

Polska nie ma zaplecza, które by pozwalało, żeby do ESA bez straty dla poziomu i atrakcyjności rozgrywek, przyjąć 18 drużyn. Wtedy nasza liga byłaby najmniej konkurencyjną ligą. Mamy mało miejsc w pucharach i połowa klubów nie miałaby o co walczyć. Jednocześnie obniżamy poziom sportowy, bo dobrych piłkarzy brakuje. Wtedy byłoby maksymalnie trzy ciekawe mecze w kolejce: dwa o puchary i jeden o obronę przed spadkiem. Z punktu widzenia trenerów to jest lepsze, bo mają więcej miejsc pracy i większe szanse na utrzymanie się - wyjaśnia Stefański.

 

Z argumentem o liczbie miejsc w pucharach nie sposób dyskutować, ale czy naprawdę infrastruktura wygląda tak słabo? W pierwszej lidze grają: Arka Gdynia i Zagłębie, które mają nowoczesne stadiony, a już niedługo mają takie powstać w Łodzi czy Olsztynie. Nigdy nie będzie tak, że sto procent klubów w Polsce będzie miało piękne, nowoczesne obiekty i to chyba nie jest powód odkładania powiększenia ligi. Problemem mogą być pieniądze, ale to już jest zmartwienie wszystkich lig w Europie. Zawsze beniaminek jest biedniejszy od klubów, które grają w najwyższej klasie rozgrywek przez kilka sezonów z rzędu. Może awans do ekstraklasy byłby dla kilku klubów szansą na rozwój?

 

To jest problem nawet stawianej za wzór Bundesligi, w której w ostatnich latach grały SpVgg Greuther Fuerth, Eintracht Brunszwik, SC Paderborn. Te małe klubiki nie miałyby pewnie szansy dołączyć do niemieckiej elity, gdyby liga była mniejsza. Sezony kończyły (lub zapewne skończą) spadkami, ale mają szansę wrócić na salony. Kto wie, może zastąpią tam bogate HSV Hamburg i VfB Stuttgart, których ligowy byt wisi na włosku?

 

Każdy ma o co grać

 

Jednego twórcom reformy nie można odmówić i trzeba podkreślić, że im się udało. Reforma spowodowała to, że wiele drużyn, które mogłyby już kończyć sezon, ma jeszcze o co walczyć. Chyba tylko dzielenie punktów po rundzie zasadniczej powoduje, że Zawisza Bydgoszcz ma jeszcze o co walczyć, inaczej można by spisać sezon na straty i zacząć się szykować do gry w pierwszej lidze.

 

Dzięki temu losy mistrzostwa Polski też będą niepewne do samego końca, bo żadna z drużyn nie zdoła zbudować takiej przewagi, która po podziale zapewni jej spokój.

 

 Dzięki reformie Piast i Zawisza ciągle mają o co grać / fot. Cyfrasport

Zdajemy sobie sprawę, że dzielenie punktów to największa kontrowersja nowego systemu. Głosy w tej sprawie były podzielone 50:50, kiedy to wprowadzano. Element atrakcyjności przeważa w tej sytuacji. Nikt nie twierdzi, że to jest najlepsze – tłumaczy Marcin Stefański.

 

To na tę część nowego systemu rozgrywek narzekał Henning Berg. Im więcej ktoś zdobędzie punktów w pierwszej rundzie, tym więcej straci na podziale. Legia czy Lech będą najbardziej poszkodowane. To także te dwa kluby mogą narzekać najwięcej na kalendarz (przynajmniej po tym sezonie). Nie dość, że skończą rozgrywki 6-7 czerwca, to za chwilę będą musiały startować w eliminacjach do europejskich pucharów.

 

Ekstraklasa S.A. chce jechać dalej

 

To jednak sytuacja przejściowa, do czasu, aż polskie drużyny wywalczą sobie lepszą pozycję w Europie. Ale już z zaczynaniem sezonu w lipcu trzeba się pogodzić. Sorry, taki mamy klimat i często w grudniu oraz styczniu po prostu nie da się grać. Ta zima była wyjątkowo ciepła, ale zaczynanie rozgrywek w połowie lutego to chyba wszystko, na co można liczyć. W lipcu powinna być też lepsza frekwencja niż w styczniu, kiedy wielu kibiców zostaje w domach, w obawie przed zamarznięciem.

 

Ekstraklasa S.A. chciałaby eksperyment kontynuować, żeby móc w pełni ocenić to, czy działa, czy nie. Ostateczna decyzja należy do klubów, a formalnie do Zarządu PZPN, ale tym, których ręce świerzbią do grzebania przy systemie, warto przypomnieć, że najgorzej jest się zatrzymać w pół drogi.