Z przyczyn zdrowotnych (rehabilitacja po operacji kolana) pod Wawelem nie ujrzymy Artura Puzio, który jak mało kto czuje fmx. Artur jest rozsądnym jegomościem i wie, że kontuzję należy porządnie wyleczyć, a dopiero potem zaprzeczać prawom fizyki opuszczając rampę do backflipa. Absencja zdolnego zawodnika rodem z Barcina nie oznacza, że w Krakowie zabraknie gwiazd. David Rinaldo, Rob Adelberg, Libor Podmol, Petr Pilat, Jose Miralles… Walka o tytuł mistrza świata nie pozwala zasnąć akrobatom z niebios rodem. Na galę FIM’2014 w Jerez de la Frontera, hiszpański król fmx zmierzał samochodem. Dzień przed wręczeniem złotych medali mistrzom w sportach motocyklowych Maikel Melero nie wiedział czy będzie musiał nadwyrężać swoje auto. A skoro we Frankfurcie nie miał sobie równych i zapewnił sobie mistrzowski tytuł, to nie bacząc na późną porę, wskoczył do auta po prysznicu równie błyskawicznym jak puszczenie sprzęgła i pognał na złamanie karku do Andaluzji. Nocne przejażdżki samochodem, walka z czasem i zmęczeniem to norma w świecie freestyle motocrossu. To zajęcie dla ludzi, którzy wolą nie wiedzieć co czeka ich za rogiem ulicy – tak mawia o bawiących się we freestyle motocross legenda tej dyscypliny, Australijczyk Robbie Maddison. Mad Dog (ksywka Maddisona) też lubił zarywać noce, nie zawsze dlatego, aby myć motocykle i kreślić w głowie kolejne triki…

 

Czeska stacja kolejowa

 

Na zegarze 5.26. Deszcz jest tego dnia jedynym projektantem pogody, ale dworzec kolejowy w Pardubicach (cudne hlavni nadrażi) ani myśli przyjąć odcień szarości. Jegomość w lekko przydługich piórach nic sobie nie robi z zimna paradując przed wejściem do budynku stacji w krótkich spodenkach. Wymachuje wszystkimi kończynami, intonuje delikatnie sprośną piosenkę, popala zmiętoloną fajeczkę i żwawo dyskutuje z kumplem, który ostatnią kąpiel odbył w epoce mezozoiku. Szlug zostaje wypalony w czasie zajmującym wykonanie nac nac underflipa skrzyżowanego z tańcem pośladków Grega Hartmana, więc czeski mieszkaniec dworcowych alei, dziękuje za towarzystwo i znika w holu. Bujającym krokiem podchodzi do wcześniej upatrzonego śmietnika i dokonuje romantycznej selekcji. Wyjmuje gazetę, przelatuje szybko po nagłówkach, ale uwagę przykuwa nieco zdezelowany parasol. Rozpina go, sprawdza czy struktura drutów nie została naruszona w zbyt bestialski sposób, w międzyczasie rzuca okiem na ciekawy artykuł w gazecie, po czym dokonuje finalnego przeglądu znalezionej parasolki. Pasuje. Niczym pod rozpiętym baldachimem, maszeruje dumnie przez hol dworca uśmiechając się sam do siebie, prezentuje kolegom menelom nową zdobycz, zostawia im parasol i wyrusza na kolejnego szluga. Po drodze daje darmowe widowisko serwując taniec pośladkami. Gdyby w porę odkryli go niemieccy organizatorzy Suzuki Night of the Jumps w Libercu, pewnie zapłaciliby za jego przejazd pociągiem towarowym albo vlaczkiem motoraczkiem połączony z solidną porcją smażonego syra w swojsko brzmiącej mieścinie Stara Paka. Zrobiłby lepsze show aniżeli niemrawe dziewczyny, które chyba koczowały w schronisku młodzieżowym vis a vis centrum Babylon, gdzie trzeba wycierać się prześcieradłem po zażyciu prysznica, bo ręczniki grożą popełnieniem seppuku. Zresztą, nie należy sięgać aż tak daleko. Na obskurnym hlavni nadrażi w Libercu, gdzie automaty na kawę i czekoladę ani myślą wydawać podróżnym napój bądź resztę pieniędzy, ciekawych postaci nie brakuje. Człek nie zdąży zaciągnąć się przemysłowym libereckim powietrzem, a już krzyczy ordynarny kolejarz, aby nie wsiadać do wagonów, bo „skład ma inne przeznaczenie”. Później przed stopami wyrasta chłopak w koszulce Sex Pistols wlokący za sobą niewiastę tonącą w brudzie i przejmującej niewiedzy, a następnie wpadnie na ciebie niemy koleżka w długich batach i od razu zastanawiasz się czy nie trafiłeś do miasta aniołów. Jakby tego było mało, wydostając się z pachnącego jaskiniową wilgocią tunelu przechodzisz obok mini poczekalni, a z jej wnętrzności wyziera przyklejony do kaloryfera uśmiechnięty miś, który wygląda jakby przymierzał się do triku shaolin. Do pełnego obrazu brakuje tylko freestylera z przygranicznej stacji Bohumin, który napada na ciebie o 2.10 w nocy krzycząc: „którędy na Katowice? ja muszę do Katowic!” i z radością zbiega po schodach mimo, że ma na sobie tylko podkoszulkę „Italia” i old schoolowe dżinsy. Na zapomnianych czeskich stacyjkach jest mnóstwo miłośników fmx. Wyjątkiem jest smagany tsunami dworzec w Turnovie, gdzie na przemoczonej ławce zasiada klient z kawą po turecku, a zagadnięty o freestyle motocross mówi, że woli country, bo hałas go nie interesuje… Może wyrwał się dopiero ze skalnych labiryntów, których jest całe mnóstwo w Czeskim Raju, urokliwej perełce ocierającej się o Turnov.

 


Libereckie dziwactwa

 

Zwolennik country znalazłby pobratymców w ekipie obsługującej halę Tipsport Arena. Przyzwyczajeni do hokejowych widowisk bileterzy zupełnie nie radzili sobie z ludźmi, którzy przypuścili szturm na bramy areny zarezerwowanej tego wieczoru na mistrzostwa świata w fmx. Lalka umalowana jakby wybierała się na średniowieczny jarmark, jęła trzepotać skrzydłami, gwizdać i wzywać pomocy, bo dziennikarze mówiący językiem lorda Byrona, tego uroczego zwyrodnialca, chcieli łaskawie dowiedzieć się gdzie jest wejście dla prasy. Z kolei chłopcy pilnujący przejść w hali ubrani w koszule o barwach kłującej pomarańczy z trudem zdobyte podczas wyprzedaży w pobliskim supermarkecie odstąpili od myślenia. Krawaty uciskały ich tak bardzo, że nie rozumieli nawet swobodnie formułowanych zdań w narzeczu Tomasza Masaryka i Vaclava Havla. Kiedy skończyło się pit party poprzedzające imprezę, nie chcieli wypuścić dziennikarzy z pitu pokazując tajemnicze piktogramy i tłumacząc się, że szef tak kazał. Do pitu wstęp miały czworonogi plątające się pomiędzy tylnym zawieszeniem motocykla Fredrika Johanssona a przykurzoną torbą podróżną z Biblią na dnie Grega Hartmana. Nikogo nie przerażały wycieczki dziwnych ludzi mówiących po czesku, którzy co rusz otwierali drzwi, przy których rozstawiono boksy amerykańskich czarodziejów. Całe szczęście, że na ostre podmuchy zimnego wiatru wystawiony był „odpalony” freestyler z Chicago, Jack Rowe, który stosował taktykę kompletnego „zwisu” przywdziewając czarny kaptur i wydurniał się do mikrofonu niemieckiej stacji TV. Dzieci jakiegoś czeskiego dygnitarza, który trąbił wszystkim dookoła, że zaraz idzie na miejsca przeznaczone dla VIP-ów, zakradały się do lodówki pełnej puszek Red Bulla, choć były one podarunkiem dla artystów kręcących whipy i supermany. Totalnie zamotana ekipa, jak powiedziałby kowboj z Pensylwanii, Greg Hartman, który sam przyznaje, że zbyt często używa frazy „totalnie”, choć bardzo go kręci to słówko. Idealnym komentarzem do zachowań czeskich żurnalistów, którzy przyszli cykać sobie foty z freestylowcami była rubaszna riposta Grega Hartmana na pytanie czyj tyłek chętnie skopałby gdyby mógł. „Twojej matuli” – śmiał się Greg, który w pogawędkach przed startem mistrzostw świata wypytywał się Japończyka Kota Kugimury czy też tak nędznie się bawi, bo w Libercu kiepsko o klimat do dobrej imprezy. Japończyk pokiwał znacząco głową wysyłając do piekieł pannę z TV aus Deutschland, gdy ta ze zdenerwowania nakłuwała kopniakami powietrze nie mogąc znaleźć wspólnego języka z samurajem. Odczucia Hartmana potwierdził prowadzący imprezę koleżka, który zapytał Jankesa co sądzi o czeskich dziewczynach. Odpowiedź Grega rozbawiła pogrążoną we śnie publikę, która nie dawała czadu jeźdźcom pomimo, że na długo przed imprezą wyprzedano wszystkie bilety. Hartman udawał orgazm po abstrakcyjnym zderzeniu z czeską dziewczyną wcielając się mistrzowsko w rolę męskiego odpowiednika Meg Ryan. Greg nie poszedłby na ustawione spotkanie z żadną słynną supermodelką, chyba, że byłaby to jego własna … żona, choć każda ślicznotka oglądająca w Libercu jego opętańczy taniec pośladków byłaby skłonna uwierzyć, że Greg przyjmuje chętne holcziczki po zakończeniu skoków w swoim boksie.

 

Greg, zagraj na pianinie!

 

Nic z tych rzeczy. Greg Hartman tylko chciał rozruszać widownię, żeby adrenalinka zaczęła buzować na właściwym poziomie. „Uprawiam fmx, bo mój tata nauczył mnie jeździć na motocyklu, a Bóg powiedział mi, że mam zająć się freestyle motocrossem” – głosi życiowa maksyma Hartmana. Greg przeniósł się do Teksasu, gdzie chciałby w przyszłości uwić gniazdko dla swej żony i mieć rodzinę cieszącą się szacunkiem sąsiadów. Wtedy mógłby zasiąść w saloniku przy dobrym alkoholu i rozwinąć swój ukryty talent jakim jest… gra na pianinie! Bardziej od operacji kręgosłupa boi się gburów i klaunów. Pewnie za sprawą sennego koszmaru, w którym kilku zamaskowanych gburów zaplątało go w labiryncie, którego wnętrze było wypełnione dymem palonej trawki. „Nie mogłem się wydostać z pogmatwanych korytarzy, a domyślam się, że na jawie byłoby jeszcze trudniej uniknąć sideł zastawionych przez krętaczy, którzy czyhają za każdym rogiem” – wyznał Hartman. W przerwie pomiędzy wypisywaniem zaplanowanych trików a łykiem napoju energetycznego Sambazon, Jankes snuje domysły nad rozwojem fmx. „Odkąd stary zabrał mnie pierwszy raz na motocross do Steel City w 1995 roku i zobaczyłem jak król supercrossu, Jeremy McGrath robi nac-naca, wiedziałem, że triki są najbardziej odlotową rzeczą jaką widziałem w życiu. Poziom fmx podniósł się niewiarygodnie odkąd pierwszy raz spróbowałem tej zabawy. Czasami wydaje mi się, że niebawem będziemy fruwać do nieba. Obawiam się jednak, że wkrótce flipy wszystkim się znudzą, bo dziś zawodnicy utrwalają wiarę w salta zamiast rozwijać się bez kręcenia pętli. Efekt będzie taki, że zaczniemy jeździć na rowerach bmx dla czystej frajdy” – mówi z trwogą w głosie Greg. Podobnie jak inni zarażeni wirusem fmx, Hartman obserwował z ogniem w oczach popisy młodych Czechów zjeżdżających na rowerach bmx ze specjalnego jęzora lodowca rozłożonego w jednym z narożników hali Tipsport Arena.