Po pierwszej serii Stoch był drugi za Dawidem Kubackim, ale w finałowej próbie pokazał dobitnie, kto rządzi w polskich skokach. Lot dwukrotnego złotego medalisty z Soczi był piękny, równy, bez zakłóceń, a lądowanie perfekcyjne, z telemarkiem. Nic dziwnego, że uzyskał też rekordową końcową notę – 310,1 pkt. Dość powiedzieć, że sensacyjny srebrny medalista, Andrzej Stękała, przegrał z nim o prawie 40 pkt. Czyli klasyczny nokaut.


Trzeci był Piotr Żyła, który wylądował w tym samym punkcie co Stoch, ale podparł ten daleki skok . W podobny sposób ratował się też Klemens Murańka, który poleciał jeszcze dalej (144 m). Krzysztofa Bieguna (140.5 m) w drugiej próbie też trzeba pochwalić nie tylko za odwagę, ale i za pewne lądowanie. Dzięki temu skończył mistrzostwa na piątym miejscu tuż za równo skaczącym starszym z braci Kotów, Jakubem, a przed młodszym, Maciejem. Kto wie, może to dobry prognostyk na kolejny sezon?


Tym razem nie powiodło się Jankowi Ziobrze (ósmy zawodnik MŚ w Falun), który był 11 i Olkowi Zniszczołowi (dopiero 20). Dawid Kubacki też nie może być zadowolony ze swojego występu. Po pierwszej serii prowadził przed Stochem, a skończył na miejscu dziewiątym, choć medal miał na wyciągnięcie ręki.


Podobała mi się wypowiedź Stocha po tym konkursie. Powiedział, że jest zadowolony z  wyników w tym sezonie. Pokazał bowiem, że mimo kontuzji i znacznie spóźnionego włączenia się do rywalizacji utrzymał miejsce w światowej czołówce zajmując dziewiąte miejsce w klasyfikacji generalnej PŚ. I co dla niego bardzo istotne wygrał tam, gdzie najbardziej chciał: właśnie tu w Zakopanem – najpierw w styczniu i teraz.


Stoch podkreślił też, że bardzo ceni sobie brązowy medal mistrzostw świata w Falun w konkursie drużynowym. - To potwierdzenie, że wciąż liczymy się w rywalizacji z najlepszymi – powiedział oceniając miniony sezon.


Nasz mistrz, to sportowiec najwyższej światowej klasy. Miło się go ogląda i słucha.