To był pierwszy finał Legia kontra Lech i nikt nie wiedział dokładnie, czego można się spodziewać. Na miejsce finału wybrano Częstochowę, z dala od jednego i drugiego miasta. Jeśli ktoś liczył na to, że neutralne terytorium powstrzyma chuliganów, to srodze się przeliczył.

 

A może nie doceniono chuligańskiego potencjału? Wcześniej rywalizacja Legii i Lecha nie miała takiej temperatury. Kiedy klub z Warszawy był potężny, Lecha próżno było szukać na szczytach ligowej tabeli. Wcześniej takich zadym nie było. Do tej pory nie jest do końca jasne, co się stało na ulicach Częstochowy i na trybunach stadionu. Sytuacja polityczna w kraju i tak była już napięta, Legia była klubem wojskowym, o wybuch emocji nie było trudno. A dodatkowo Legia w tamtym sezonie zbiła okrutnie w Poznaniu Lecha, 4:1.

 

Nie było wiadomo, czy do spotkania dojdzie. Do walki z chuliganami trzeba było ściągać posiłki z innych miast. Tajemnicą poliszynela jest, że były ofiary śmiertelne, ale nikt nie jest w stanie podać dokładnej liczby ofiar. Potem władza starała się zatuszować bijatykę, a zwłaszcza jej rozmiary.

 

Idąc z Piotrem Mowlikiem na Jasną Górę zobaczyliśmy, jak na ulicy ludzie się sczepili ze sobą. Wiadomości dochodziły do obu drużyn, bo spaliśmy razem w hotelu. Wiedzieliśmy o ofiarach śmiertelnych. Wiedzieliśmy, że walki trwają i nie wiadomo, czy mecz się odbędzie. Do meczu doszło, ale doszło też do burd na trybunach. Musiały przyjeżdżać posiłki z Sosnowca czy z Gliwic. Udało się to opanować. Moja żona siedziała z dzieckiem na trybunie honorowej, to butelki jej świstały nad głową - wspomina tamte dramatyczne momenty Adam Topolski.

 

Piotr Mowlik z tamtych dramatycznych zdarzeń pamięta mniej, bo jego myśli krążyły z dala od boiska. Tuż przed spotkaniem przeżył rodzinną tragedię i nawet nie docierało do niego to, co działo się na trybuanch. - Dochodziło do nas ogólnie to, że są zamieszki, że kibice się gromadzą na mieście. O zamieszkach na stadionie dowiedziałem się później, o tym, że lała się krew. Chociaż stałem w bramce, to byłem tak zdołowany rodzinną tragedią, że nie docierały do mnie okrzyki z trybun. Po meczu spakowałem torbę i pojechałem na zgrupowanie reprezentacji, więc dopiero po powrocie stamtąd mogłem coś poczytać i porozmawiać z kolegami na ten temat - mówi w rozmowie z Polsatsport.pl.

 

To było polskie Heysel, tylko że pięć lat wcześniej i nikt nie wiedział, jak sobie z tym radzić, ani jak się w takich sytuacjach zachowywać. Ostatecznie mecz został rozegrany, tak jak później finał Pucharu Europy w Brukseli pomiędzy Juventusem i Liverpoolem. A jak wyglądało samo spotkanie? Wynik 5:0 sugeruje, że Legia się po prostu po Lechu przejechała. Piotr Mowlik jednak zaprzecza, żeby tak to wyglądało. Legia była po prostu skuteczniejsza.

 

Nikt nie zaprzeczy jednak, że w tamtym czasie była od Lecha po prostu silniejsza. Lech, dodatkowo przystąpił do tamego meczu osłabiony brakiem Teodora Napierały i Marka Skórczyńskiego. Bez tych dwóch zawodników Lech tracił bardzo dużo. A w Legii w tamtym czasie występowało wielu świetnych zawodników. Zaczynając od bramki, przez linię obrony, pomoc i atak miała w składzie prawie same gwiazdy: Jacka Kazimierskiego, Pawła Janasa, Stefana Majewskiego, Marka Kustę, Mirosława Okońskiego.

 

Ten ostatni przywędrował do Warszawy z Poznania, bo Legia mogła ściągnąć w tamtym czasie kogo chciała. A jeśli nie chciał zawodnik, to brano go w kamasze i na dwa lata przeprowadzał się na Łazienkowską.

 

Dzisiaj młodzież nie rozumie tego, jak się przechodziło z Poznania do Warszawy. Był taki moment, że trzeba wojsko odbębnić i Mirek Okoński wybrał taką drogę. Odsłużył swoje lata i wrócił do Lecha - mówi Piotr Mowlik.

 

Okoński zdobył nawet gola, ale najładniejszą bramką tamtego spotkania było uderzenie Adama Topolskiego z około 30 metrów. Piotr Mowlik twierdzi, że gdyby lepiej się ustawił, to miałby szansę sięgnąć piłki. Jego szwagier na takie postawienie sprawy tylko się uśmiecha.

 

Słynąłem z tego, że miałem bardzo mocne uderzenie, a jeśli piłka na zewnętrzną stronę, to nabierała rotacji. Jako ostatni w murze stał Hirek Bartczak i piłka mu tylko świsnęła obok głowy, i wpadła w samo okno. Piotr Mowlik, mój szwagier prywatnie, nie miał żadnych szans - mówi Adam Topolski. I chyba ma rację. Takich strzałów się nie broni, nawet nie wypada, nawet jeśli strzela szwagier.