- W tej chwili trenujemy normalnie. W przysiadzie Tomek podnosi już 200 kg na trzy, cztery razy. Jest jeszcze kwestia szybkości ruchów. Boi się jeszcze pewne rzeczy wykonywać, ale na treningu kula lata na odległość 19,5 m. Myślę, że powoli będzie dochodził do siebie - powiedział  Olszewski.

Ten sezon będzie jednak inny niż poprzednie. Przed Majewskim nie stoją żadne zadania.

- W tym roku niczego nie zakładamy. Jeśli Tomek zrobi minimum, to pojedzie na mistrzostwa świata do Pekinu, jak nie, to nie. Nie obiecujemy sobie niczego. Chcemy w tym sezonie ustabilizować się na poziomie 20,5-21 m. To będzie dobra podbudowa na przyszły rok. Na pewno będzie ciężko cały czas uzyskiwać takie wyniki, ale chciałbym, żeby taki rezultat w tym sezonie padł - dodał trener.

Jeśli uda się zawodnikowi AZS AWF Warszawa, uzyskać taki wynik w Pekinie, może to nawet dać finał.

- I po cichu na to liczę. Poza tym trzeba pamiętać, że Tomek ma sprężarkę w głowie i potrafi się zmobilizować na najważniejszy start. Ponadto, gdy się pokaże na rzutni, to nawet jak jest słabszy, to przeciwnicy mają szacunek do niego i wiedzą, że na wiele go stać - zauważył Olszewski.

Po raz pierwszy 33-letni Majewski miał tak poważną kontuzję. Wprawdzie wcześniej przeszedł już operację łokcia, ale teraz nie wiadomo było nawet, kiedy dokładnie będzie mógł wrócić do treningów.

- To nie jest zawodnik, który może szaleć. Tomek jest w takim wieku, że musi teraz już przygotowywać się docelowo do jednej imprezy - ocenił trener.

Olszewski sam nie wiedział, co ich czeka po zabiegu.

- Zawsze jest jakieś ryzyko przy tego typu operacjach. Specjalista był bardzo dobry, a sprawa pilna. Najbardziej bałem się, jak Tomek psychicznie do tego podejdzie. Lęk długo się utrzymywał. Bał się schylić, coś podnieść, mimo że bólu już dawno nie czuł. W podświadomości jednak pozostaje, że coś było rozkrojone - przyznał Olszewski.

W kwietniu Majewski wraz z trenerem był już na zgrupowaniu w amerykańskim ośrodku olimpijskim w Chula Viście.

- Tym razem mieszkaliśmy w kwaterach prywatnych. Jedliśmy jednak na terenie ośrodka i życzyłbym sobie, by we wszystkich polskich ośrodkach było takie jedzenie. Nie jesteśmy krajem aż tak biednym, by u nas nie mogło być smacznie i zgodnie z zaleceniami diety - zaznaczył.

W kalifornijskim ośrodku nie podają żadnych produktów mrożonych, zawiesistych sosów i tłuszczów.

- Wszystko jest świeże. Mięso jest podawane w dużych kawałkach, a nie od razu pokrojone. Dodatkowo są wystawione komputery, gdzie można sobie dietę dobrać do uprawianej konkurencji i wykonywanego treningu. Wtedy kucharz wyda, co trzeba. To, co jest najważniejsze - urozmaicenie. Jak ktoś siedzi długo na obozie, to nawet najlepsze jedzenie się znudzi. Kiedyś kucharza na okręcie wywalano nie dlatego, że źle gotuje, ale że podawał ciągle to samo - wspomniał.

Jego zdaniem właśnie z odpowiednim wyżywieniem sportowców największe problemy mają polskie ośrodki.

- W tej chwili pod względem jakości jedzenia na czoło wysunął się ośrodek we Władysławowie. Na drugim miejscu jest Szczyrk. Na nieszczęście, najbliżej położona od Warszawy Spała, nie może sobie poradzić z tym tematem - ocenił szkoleniowiec.

Mimo że zaległości treningowe Majewski ma spore, będzie startować już w maju.

- Treningowo jesteśmy jeszcze w... grudniu, ale Tomek ma podpisany kontrakt i musi wziąć udział 30 maja w mityngu Diamentowej Ligi w Eugene. Potem znowu wracamy do roboty - zapowiedział Olszewski.

Ostatnim celem w karierze Majewskiego są przyszłoroczne igrzyska olimpijskie w Rio de Janeiro. Zdaniem trenera o trzeci złoty medal będzie bardzo trudno.

- Mnie się wydaje, że to jest trochę fantazja, ja już nie mierzę tak wysoko. Trzeba patrzeć realnie. Chęci są, ale ja nie lubię o tym mówić. Jak zrobimy medal, to będziemy się cieszyć. Bez względu na skutek Tomek zapowiedział, że po Rio zakończy karierę. Przykro trochę, ale na tym polega sport. To tak jak ze śmiercią. Ona przyjdzie i wszyscy od urodzenia - świadomie lub nie - do niej dążymy - podsumował.