Spojrzenie wstecz

 

Alun Rossiter jest do pewnego stopnia zadowolony z sezonu 2014. Menedżer Swindon Robins uważa, że dwie rozsądne decyzje obróciły się przeciwko jego drużynie. Kiedy Rosco szył nowe szaty dla Rudzików, postawił na dwie lokomotywy: Petera Kildemanda i Troya Batchelora. Były reprezentant Swindon – Duńczyk Hans Andersen – szybko uwił sobie gniazdko w Coventry. Z kolei zawodnik, który przynależał do Swindon – Jason Doyle został wypożyczony do Leicester. Wymiana handlowa wydawała się rozsądnym posunięciem, ale Maciej Janowski, niegdyś zawodnik Rudzików, ku lekkiemu zdziwieniu Rossitera, odegrał wiodącą rolę w zdobyciu tytułu mistrzów Elite League z Poole Pirates.

Ci, którzy dobrze mnie znają, wiedzą, że mam dobre serce. Spośród żużlowców dostępnych w programie Fast Track, postawiłem na Steve’a Worralla i Josha Batesa. Niestety, w Sheffield zmienił się właściciel klubu. Teraz sporą rolę w Sheffield Tigers odgrywa rodzina Batesa, więc naturalną koleją rzeczy było ściągnięcie na Owlerton młodego i buzującego energią Josha. Tygrysy jeżdżą u siebie tak jak Rudziki – w czwartek wieczorem – więc nie chciałem blokować Batesa. Nieszczęśliwy pracownik to żaden skarb, a koszula bliższa ciału. Dałem szansę chłopakowi, który utoczyłby krew za hrabstwo Wiltshire: Darrylowi Ritchingsowi. Niestety, podczas debiutu przed własną publicznością, Darryl przefrunął nad kierownicą i uderzył głową w bandę. Nie było w tym winy Darryla. Zawodnik z Coventry podciął go. Pamiętam jak troszczyliśmy się o to, aby Darryl szybko został przetransportowany do oxfordzkiego szpitala John Radcliffe. 13 dni w śpiączce, drżeliśmy o jego życie. Cieszę się, że Darryl wyszedł cało z opresji. Lubię młodych i ambitnych ludzi. Eksperymentowałem z Danem Greenwoodem, ale on wszedł w siedmiomilowe buty, więc musiał się w nich utopić, bo nie miał doświadczenia i pewności siebie. Zatknąłem flagę na Nathanie Greavesie, bo nie miałem żadnego pola manewru. Po części problemy wynikały z niezbyt stabilnej sytuacji finansowej w sezonie 2013

– wyjaśnia Rossiter.

 

Trudno było pozyskać dobrych zawodników na sezon 2014, skoro dzięki „zabiegom” Hansa Andersena, speca od nagłośnienia, problemy z płynnością finansową Swindon wyszły na jaw. Rosco nie lubi jednak łatwych wyzwań. Sklecił zespół, który awansował do fazy play-off. Zaczęło się od gradobicia. 3 kwietnia Rudziki uległy Pszczołom na własnym torze 26-36. Naparstek optymizmu rozlał się po sercach Rudzików po nikłej porażce na wyjeździe z Lakeside 44-47, a słońce wyjrzało zza chmur po wysokim zwycięstwie u siebie nad Belle Vue 57-36. Jednak porażka z Poole, skromna wygrana nad Eastbourne i dwa odwołane mecze w maju przerzuciły ekipę Swindon w głęboką dolinę. Rosco wiedział, że drużynę należy wybudzić ze snu.

 

W lipcu Swindon wygrało 4 mecze z rzędu: z King’s Lynn 50-40, z Poole 46-43, z Leicester 47-43 i z Belle Vue 49-41. Te zwycięstwa przydały Rudzikom energii. Kolejna złota seria przypadła na przełom sierpnia i wrzesnia. 28 sierpnia wygrana nad Lakeside 57-35, 4 wrzesnia nad Wolverhampton 59-36, 6 wrzesnia nad Leicester 52-37 i 8 wrzesnia nad Coventry 60-31. Po 32 meczach Swindon uplasowało się na bezpiecznym, czwartym miejscu w tabeli z dorobkiem 55 punktów. „Bukmacherzy twierdzili, że znów zaatakujemy z czwartego miejsca jak z Coventry w 2010 roku. Mogli tak przypuszczać, bo King’s Lynn dopadło morze kontuzji, Poole nie mogło liczyć na Warda, ale w Coventry brakowało tylko Bena Barkera. „Peter Kildemand szalał w SEC i w eliminacjach do cyklu GP. Jednak stracił zaufanie do toru w Blunsdon, gdyż zaliczył kilka bolesnych upadków. W lipcu dosypaliśmy nieco materiału na tor, ale Pająk był wtedy przemęczony, bo ścigał się w lidze szwedzkiej, polskiej, duńskiej i czeskiej. Kiedy usiedliśmy przy dobrym trunku, Pająk przyznał, że wziął zbyt wiele na swoje barki. Przesadził, stał się pracoholikiem. Jestem z niego dumny, bo zaczynał w rezerwach Swindon, a z biegiem czasu stał się nr 1 w ekipie Rudzików. Zabrał nas w podróż do play-off, ale kiedy usiadł już wygodnie w przedziale, chciał zapaść w drzemkę. Troy Batchelor miał dobry sezon, 25 wrzesnia wygrał Elite League Riders Championship w King’s Lynn, ale muszę nad nim trochę popracować, bo od kapitana wymagam innych cech niż od zawodnika drugiej linii. Więcej wymagam od Batcha, bo broniłem go kiedy środowisko chciało mu przystawić nóż do gardła. Kapitan ma inspirować resztę drużyny. Podoba mi się, że umie jeździć parą. Kilka wyścigów z udziałem Troya przypomniało mi o klasie Leigh Adamsa, a skoro Batch zbliżył się do ideału, to znaczy, że rozwija się jako żużlowiec. Z Nickiem Morrisem musiałem odbyć rozmowę wychowawczą. Bywało tak, że miał najwięcej punktów w 4 startach, więc dałem mu najgorsze miejsce w wyścigu nominowanym, aby nauczył się jeździć w ekstremalnych warunkach. Nick odpowiadał na to: nie jestem szczęśliwy, to jawna dyskryminacja z twojej strony, Rosco. Lubię go, bo jest zadziorny na torze, ale podnoszę poprzeczkę dla Morrisa w sezonie 2015. Przestrzeń, którą musi poprawić: praca w warsztacie, motywacja i dbałość o kondycję” – prawi Rossiter.

 

Przed rokiem Swindon wygrało u siebie 13 meczów i doznało 3 porażek. Na wyjeździe Rudziki odniosły 4 zwycięstwa, ale przegrały 12 pojedynków. Rosco zaufał Gustafssonowi, lecz po sezonie wiedział, że to grzeczny chłopak, który nie umie być agresywnym na torze, a w obliczu niepowodzeń, pogrąża się w apatii. Alun uzdrowił Klindta, który początkowo złościł się na Rosco za utratę miejsca pracy, ale później przyznał, że charyzmatyczny menedżer obudził w nim żądzę walki o lepsze jutro. „Jesteśmy przyjaciółmi. Nicolai ma w sobie mnóstwo determinacji, ale załamał się kiedy wcześniej tracił miejsce w składzie King’s Lynn i Peterborough” – twierdzi Rosco.

 

A co z Dakotą? „Nigdy nie był gwiazdą w Premier League, ale wiem, że stać go na wiele. Kiedy jeszcze pracowałem w Coventry, bardzo chciałem go pozyskać dla Pszczół. Udało się pozyskać go do Swindon i choć pierwsze kroki były lekko koślawe, to Dak rozkręcał się i wywalczył sobie trzecią średnią w zespole. Myślę, że sezon 2014 był najlepszym rokiem Northa na Wyspach. Czyż nie jestem idealnym wychowawcą?” – śmieje się Rossiter.

 

Nathan Greaves powątpiewa w talent Rosco. Wylał żale w sieci, ale nie skorzystał z pomocy Pająka Kildemanda. Internet huczał od zgryźliwych komentarzy Greavesa pod adresem Rossitera i Batchelora. „Stoję za nim, bo jest bardzo młody. Nie wie co robi, ma talent, ale nie chce słuchać mądrych rad. Jest trudny we współpracy. Jego tata zezłościł się na mnie, bo powiedziałem prawdę o grubiańskim zachowaniu jego syna, ale on nie lubi słuchać innych. Z biegiem czasu stałem się niemową w odniesieniu do Greavesa…” – Rosco spogląda z zadumą w siną dal.

Jeźdźcem roku w barwach Swindon Robins został wybrany Steve Worrall. Ścigał się rewelacyjnie. Wielka szkoda, że pod koniec sezonu nabawił się kontuzji nadgarstka. Był przemęczony, bo jeździł też dla Edinburgh i Cradley, ale nigdy nie skarżył się na warunki pracy.


Czy Rosco czegokolwiek żałuje w kontekście fazy play-off? Tak. Decyzji o tym, aby przykryć oba wiraże przed półfinałem z Coventry Bees. Groźba deszczu była tak wielka, że Swindon czyniło wiele, aby 6 października rozegrać rewanż z Pszczołami. Strata 8 punktów z pierwszego meczu wydawała się realna do odrobienia. Podopieczni Havelocka rozstrzygali większość pojedynków na 30 jardach za linią startu. Serce Rosco krwawiło… „Zaczęło padać w poniedziałek o czwartej nad ranem. Deszcz ustał dopiero o 15.30. Nie mogliśmy wcześniej popracować nad torem, bo odbywały się wyścigi psów. Przykryliśmy łuki i na wirażach wszystko było w porządku, ale na prostych była breja. Powinniśmy przełożyć ten mecz i poszukać nowego terminu. Twierdzę, że w normalnych warunkach awansowalibyśmy do finału play-off. Sky Sports nie wywierało żadnej presji, bo telewizja chce pokazywać ciekawe widowisko, a nie walkę z błotem. Byłem wściekły, bo po raz drugi nie awansowaliśmy do finału, a trochę czasu minęło od złotego sezonu 2012. Na szczęście, hokeiści pomogli mi przezwyciężyć depresję. Gracze Swindon Wildcats podnieśli mnie na duchu. Usiedliśmy w barze, oni powiedzieli mi, że dostarczyłem im sporo radości, bo zbudowałem ciekawy zespół. Nie do końca im wierzę, ale to porządni chłopcy, bo rozumieją, że sport to wzloty i upadki. W sezonie 2015 chciałbym ich zaprosić na fetę po finale. Usiądziemy na plandekach na wirażu…” – uśmiecha się Alun.

 

Serce Harrisa bije dla Coventry

 

3 tytuły mistrza Elite League, dwa zwycięstwa w Knockout Cup, dwie Tarcze Cravena, dwa zwycięstwa w jeździe parami. Bomber zasłużył na turniej rocznicowy, tzw. Testimonial. Wielka szkoda, że 29 marca 2015 roku aura nie pozwoliła Harrisowi na zorganizowanie wielkiego żużlowego swięta. „Były chwile pełne smutku i szczęścia, ale taki jest sport i takie jest życie. Zdobyłem mistrzostwo w jeździe parami z Hansem Andersenem i Krzysztofem Kasprzakiem. To moi przyjaciele, a ja bardzo cenię sobie przyjaźń. Każdy tytuł mistrzowski zdobyty z Coventry ma odmienny smak. Brandon Stadium to wyjątkowe miejsce na mapie speedwaya” – wyznaje Chris Harris.

Późną jesienią Chris brał udział w „bokserskim” pojedynku z Piotrem Pepe Zieleskiewiczem. Chłopcy poróżnili się o rozmaite kwestie. Harris zarzucał mechanikowi z Bydgoszczy, że motocykle często były nieumyte, sugerował, że defekty nie wynikają z należytej dbałości o sprzęt, a Pepe odbijał piłeczkę dość subtelnie. Twierdził, że brudy pierze się w czterech ścianach, a z uwagi na niski budżet, Bomber nie zatrudniał wielu osób, więc jeden, choćby najzdolniejszy mechanik, nie ogarnie całego twórczego bałaganu. Topór zakopano, Pepe znalazł zatrudnienie u Krystiana Pieszczka, a Chris odkurzył starą przyjaźń z Chrisem Andersonem. „Chris Anderson wie jak tyka mój zegar. Szanuje moje nawyki. Wie jak do mnie dotrzeć. Chris bardzo mi pomógł w 2005 roku. Nakłonił mnie do współpracy z Brianem Andersenem, byłym mistrzem świata juniorów, a teraz solidnym tunerem. Panowała kapitalna komitywa, ale po sezonie 2008 uznaliśmy, że każdy ma inny pomysł na swoją przyszłość, więc rozstaliśmy się. Teraz wracamy do dawnych klimatów. Brian i Chris wiedzą jak wydobyć ze mnie to co najcenniejsze” – mówi zwycięzca GP w Cardiff w 2007 roku.


Emma – Louise, partnerka Chrisa Harrisa, była osobą, która nakłoniła żużlowca do wznowienia współpracy z Andersonem. „Dlaczego nie pogadasz z Chrisem? – Emma zapytała Harrisa  pewnego pochmurnego poranka. Zadzwoniłem do Andersona, wpadł do mnie na kawę i dogadaliśmy się w trakcie 30 minut rozmowy. Przyznaję, że w 2008 roku byłem zbyt niedoświadczony, aby sam budować team. Polegałem na radach innych, nie miałem własnego zdania. Byłem jak merdający ogon psa. To ja powinienem kreślić rysunek, mówić czego chcę, a tymczasem wszystko było postawione na głowie. Zrozumiałem na czym polegał błąd młodości i zabrałem Chrisa Andersona na GP Challenge do Lonigo. Byłem zrelaksowany, po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, silniki chodziły jak żyleta i awansowałem do GP. Wreszcie nie martwiłem się o motocykle. Bardzo chcę, aby ludzie uwierzyli, że Harris to profesjonalista” – mówi Bomber, który nie zdołał ani razu awansować do półfinału turnieju GP w sezonie 2014, a miał aż 12 podejść pod Świnicę…

Bomber uważa, że czasy prosperity (szóste miejsce w GP w sezonie 2010) mogą powrócić. „Jeśli tylko mam szybki sprzęt i sensownych ludzi wokół siebie, mogę pokonać każdego zawodnika. Współpracuję z Marcelem Gerhardem, który eksperymentuje z silnikami. Brian jest głównym tunerem, a Szwajcar dochodzącym. Wiele razy dopadał mnie pech. Prowadziłem wyścig, ktoś upadał, bieg był przerwany, a w powtórce zasypiałem pod taśmą… Mam grono wiernych fanów, mam wsparcie wśród najbliższych, a krytykanci zawsze będą mnie smagać biczem. Cokolwiek zrobię, komuś nie spodoba się mój ruch. Nic na to nie poradzę. Wiem, że ci, którzy mówią, że Harris jest skończony należą do grona osób, które podchodzą do mnie, gdy jem z Emmą-Louise obiad w restauracji i proszą o zdjęcie lub autograf” – mówi delikatnie rozżalony Harris.


I pomyśleć, że Chris był o krok od utraty miejsca pracy w Coventry w 2004 roku. Bomber jeździł bez ikry, zatracił entuzjazm, a szefowie Pszczół rozważali rozwiązanie kontraktu. Kiedy Harris przechodził z Peterborough do Coventry, nadzieje na rozkwit talentu były przeogromne.


Zacząłem dramatycznie. Rzadko zdobywałem punkty. Po pierwszych sześciu meczach Colin Pratt i Avtar Sandhu wzięli mnie na stronę i powiedzieli: Bomber, zmień bazę, za dużo podróżujesz. Posłuchałem ich rady i z ciężkim sercem rozstałem się z boską Kornwalią, ale wskazówka poskutkowała. Sandhu, właściciel Brandon Stadium, pokazał mi zdjęcie osoby wsiadającej do auta. Uśmiech, radość. Po chwili wyjął fotkę z człowiekiem, który wysiada z busa po kilku godzinach podróży. Był okrutnie zmiętolony. Nakłonił mnie, abym na 2 tygodnie spróbował zamieszkać w okolicach Coventry. Eksperyment się udał. Poprawiłem wyniki. Kupiliśmy dom w małej wiosce Binley Woods oddalonej od stadionu Pszczół o 5 minut jazdy busem. Myślę, że gdybym nie przeniósł się wówczas z rodzinnych stron, nigdy nie rozwinąłbym się jako żużlowiec. Jasne, że tęsknię za moim rajem pomiędzy St. Austell i Truro. To najpiękniejsze miejsce na świecie. Szczególnie latem. Przeżyłem szok przenosząc się w okolice Coventry, ale warto było wykonać ten krok

– wspomina Harris.


Sandhu doradzał, ale jeden człowiek stał murem za Harrisem. Colin Pratt. On zawsze wierzył w talent Bombera. „Gdy podpisałem kontrakt z Coventry, współpromotorem Pszczół był Jeremy Heaver. Chciał mnie wylać na zbity pysk, ale Colin powiedział, że za żadne skarby mnie nie odda. W środowisku gruchnęła wieść, że jestem do wzięcia, bo Jeremy rozpuszczał wici, że i tak wkrótce stracę pracę. Promotorzy klubów Premier League dzwonili i chcieli mnie wypożyczyć, ale Colin odmawiał. Jestem mu za to dozgonnie wdzięczny. Wszyscy wiemy, że Colin to poczciwy starszy pan i wielki „zakręt” na punkcie speedwaya. I za jego „wkrętkę” w żużel wszyscy go kochają. Kłóciliśmy się, walczyliśmy na argumenty, nie byłem mu dłużny, ale zawsze darzymy się szacunkiem. Wchodził do mnie do warsztatu, piliśmy kawę, mielismy odmienne spojrzenie na parę żużlowych tematów, więc Colin wychodził lekko obrażony kiedy nie mógł znieść moich komentarzy. Po pięciu minutach przychodził do mnie i mówił: Bomber, pożycz mi klucz, bo traktor mi się zepsuł i nie mogę przygotować toru na zawody. Wiedziałem, że z traktorem wszystko jest w porządku, bo Colin go dopieszczał, ale pożyczałem, bo czułem, że Pratty chce zgody. Wiem, że gdyby nie Colin i jego wstawiennictwo, dziś bujałbym się w Premier League. Avtar Sandhu bezgranicznie ufał Colinowi i wiedział, że w końcu pokażę na co mnie stać” – twierdzi Bomber i spogląda daleko poza rybnickie lasy.

 

Obok Colina Pratta i Avtara Sandhu, ogromny wkład w to, że Chris jeszcze się ściga ma jego miłość: Emma-Louise. „Gdyby nie ona, dawno zapomniałbym o speedwayu. Chciałem rzucić motocykl w kąt. Podróżowałem ze szczytu w dolinę i z powrotem na wierzchołek. Pytałem sam siebie: po jakiego grzyba ja jeszcze jeżdżę na żużlu. Raz 15, za chwilę 1 punkt i depresja. W 2013 roku czułem, że motocykl mnie uwiera. Nie chciałem już wsiadać na żużlówkę. Pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj. Emma-Louise siedziała w naszym biurze i zajmowała się moimi papierami. Rachunki za silniki, rezerwacje lotów, hoteli, podatki itd. Podszedłem do niej i powiedziałem: myślę, że to koniec. Nie będę już jeździł na żużlu. Spojrzała na mnie zdziwiona i spytała: dlaczego chcesz skończyć ze speedwayem? Pogadaliśmy, wylałem wszystkie żale, a ona jak lekarz, przepisała mi receptę. Idź do głównego pokoju, odpal dvd z drugim meczem finału Elite League z 2010 roku, a potem obejrzyj sobie całe Grand Prix w Cardiff z 2007 roku. Dodała: zobaczysz jak szczęśliwy byłeś w tamtym rozdziale swojego życia. Obejrzałem całe zawody z Poole i z Cardiff, usiadłem na sofie i powiedziałem: czuję głód jazdy. Pokonaliśmy kryzys, potem Emma-Louise zachorowała, ale udało się powrócić do zdrowia. Podziwiam ją. Ma pracę na pełen etat, a poza tym opiekuje się małą dziewczynką i prowadzi całą moją księgowość. Wielki szacunek…” – prawi Harris.

Emma-Louise rozrysowała plan podróży z Abensbergu w Bawarii do Coventry. Wszystko po to, aby Chris Harris zdążył na mecz ligowy po rundzie kwalifikacyjnej do GP. Bomber zajął 6 miejsce w Abensbergu, więc może wracać na Wyspy tonąc w szczęściu…    

 

Pratt wspiera Swindon

 

Rossiter wie ile zawdzięcza Colinowi Prattowi, więc kiedy tylko pojawiła się możliwość, zaoferował swojemu mentorowi pracę w Swindon Robins. Pratt to człowiek orkiestra. Były żużlowiec, menedżer, promotor. Colin dołączył do Rudzików jako współpromotor. Zastąpił Pete’a Toogooda. Peter Toogood przybył do Swindon na jeden sezon (2014) i miał misję załatania dziur w budżecie Rudzików. Zadanie wykonał, ale ponieważ jest wziętym fachowcem od finansów, więc powrócił do głównego, bardziej intratnego zajęcia (praca w banku). Wolne miejsce w składzie zajął Colin Pratt. „Odciąłem się na moment od speedwaya. Trochę nie podoba mi się zachowanie nowych właścicieli Coventry Bees i ich wizja żużla. Przede wszystkim ratowałem moją partnerkę, moją miłość, która cierpiała na okrutną chorobę. W maju 2014 roku niebiosa zabrały ją z ziemskiego padołu. Teraz, żeby ukoić ból po jej stracie, muszę czymś się zająć. Potrzebuję speedwaya jak kania dżdżu. Pracowałem z Rosco w Coventry – to bezkonfliktowy facet. Wspólnie będziemy wszystko omawiać: skład zespołu, przygotowanie toru, zmiany taktyczne itd. Będę czuwał nad administracyjną stroną zarządzania klubem, tak jak czyniłem to dawniej w Coventry. Mam nadzieję, że chemia jaka jest obecna w duecie: Pratt – Rosco pomoże Rudzikom w zdobyciu mistrzostwa Elite League” – twierdzi Colin.

Rosco i Pratt to dwaj wielcy entuzjaści speedwaya. Alun to król impulsu, pasja wypływa z niego wszelkimi koniuszkami. Nawet jak je fish & chips, nie przestaje myśleć o speedwayu. „Uważnie wertowałem regulamin, bo dwa lata nieobecności w parku maszyn zrobiły swoje” – wyznaje obdarzony analitycznym umysłem Pratt.


Cyganie z Rye House? Taki przydomek zyskał duet: Colin Pratt – Brian Brett w latach 50-tych. Ówczesny promotor Swindon Robins, Bert Hearse nazywał ich tak dlatego, gdyż zawsze zabierali się na „doczepkę” z Mike’m Broadbankiem. „Pamiętam moją pierwszą wizytę w Swindon. Był 1957 rok. Broady, czyli Mike Broadbank, przeszedł wówczas do Swindon Robins z Wembley Lions. Dopiero co staliśmy się posiadaczami naszych pierwszych motocykli z Brianem Brettem, więc zabieraliśmy się za każdym razem kiedy Broady miał ligowy mecz w Swindon. A że Bert lubił nadawać ludziom przydomki, przeto zostaliśmy „Cyganami z Rye House” – śmieje się Colin Pratt.


Kiedy Stoke Potters zawiesili działalność w 1963 roku, Pratt szukał nowego klubu. Liga przechodziła przeobrażenia. Provincial League i Speedway Control Board toczyły szermierkę na argumenty, ale nie znalazły wspólnego mianownika. Provincial League wystartowała, ale poza kuratelą Speedway Control Board. Colin Pratt porozumiał się ze Swindon Robins i reprezentował Rudziki w 1964 roku. „Po miesiącu poprosiłem promotora o wypłatę uzasadniając prośbę dojazdami z Londynu. Odmówiono mi, więc zmieniłem kurs i podpisałem kontrakt z Hackney. Wówczas promotorem w Hackney był Mike Parker. Jeździłem w jednej drużynie z Lenem Silverem. Len Silver uległ poważnemu wypadkowi i postanowił zakończyć karierę. Silver został promotorem Hackney, a ja zostałem pierwszym zawodnikiem, z którym Len podpisał kontrakt” – mówi spokojnym głosem Pratt.


Można głowić się jak rozwinęłaby się kariera Colina, gdyby nie feralny wypadek drogowy nieopodal Lokeren. W lipcu 1970 roku Pratt cudem uniknął śmierci (w katastrofie minibusa zginęli jego koledzy z toru). Colin był uczestnikiem finału światowego na Wembley w 1967 roku…


Przekazywał swoje doświadczenie będąc promotorem. „W 1996 roku byłem menedżerem Hackney. Wówczas klub prowadził Terry Russell, a toromistrzem był Malcolm Simmons. Z Russellami znam się od dawna. Brat Terry’ego, Ronnie Russell był mechanikiem Malcolma Browna w czasach gdy jeździłem w Hackney. A zatem zanurzając się w potoku o nazwie Swindon, wchodzę do środowiska, które dobrze znam” – przyznaje Colin Pratt.


Intrygujące, że Rosco będzie mógł korzystać z ogromnej wiedzy Pratta nie tylko w kontekście prowadzenia drużyny ligowej. Colin prowadził reprezentację Wielkiej Brytanii wespół z Ericiem Boocockiem. „Byłem ostatnim brytyjskim menedżerem, który poprowadził Wielką Brytanię do złotego medalu w drużynowych mistrzostwach świata. Nie mogliśmy świętować, bo podczas finału na Odsal Stadium w Bradford koszmarnemu wypadkowi uległ Erik Gundersen. To był bardzo smutny dzień dla speedwaya. Wciąż mam ten wypadek przed oczyma…” – zasmucił się Colin.


Wrażliwy Pratt... Dzięki niemu Rosco wylądował w barwach Coventry jako zawodnik! „Gdy prowadziłem Cradley Heath, łamałem sobie głowę dopasowując średnie meczowe do składu drużyny. Promotorem Swindon był wtedy Richard Vowles. Nie wiedział jak poustawiać klocki, więc pomogłem mu, aby wilk był syty i owca cała. Powiedziałem: jeśli Alan Grahame przejdzie do Swindon, Alun Rossiter przefrunie do Coventry, a Steve Bastable przejdzie ze Swindon do mojego Cradley, wówczas zmieścimy się wszyscy w limicie średnich, a chłopcy będą mieli pracę. Richard zaciągnął się papierosem i powiedział: Colin, to genialny pomysł. Oto jak Rosco został żużlowcem Coventry w 1986 roku…” – uśmiecha się Pratt.


To cudny przykład świadczący o tym, że warto pielęgnować przyjaźń. Oj, szczęściarz z ciebie, Rosco…

 

Nowy stadion Rudzików

 

20 marca 2015 roku mieszkańcy Swindon słuchali w radio informacji o zaćmieniu słońca. Kibice żużla odebrali ten zwiastun jak podzwonne. Koniec speedwaya na Abbey Stadium, początek nowej ery – takie myśli opasały umysły fanów żużla. Tego samego dnia klub Swindon Robins oznajmił, że ruszają prace nad budową nowego stadionu…

Alun Rossiter zakrzyknął: „Swindon Speedway przyćmił zaćmienie słońca!” Nikt tak nie kocha starego obiektu jak Rosco, ale i nikt tak jak on, nie pragnie nowego stadionu.


Właściciel klubu, Terry Russell, który był architektem wprowadzenia Swindon Robins do Elite League w 2004 roku, promieniał ze szczęścia. „Sezon 2015 będzie naszym ostatnim jaki spędzimy na Abbey Stadium. Cudowne, że za rok ligowy speedway będzie miał dwie nowe areny: Belle Vue i Swindon. Byłem zaangażowany w ten projekt od samego początku. Przywiązujemy ogromną wagę do detali, będziemy mieli stadion jak z bajki” – twierdzi Terry Russell.


5 milionów funtów – taki jest koszt budowy nowej areny Swindon Robins. Będzie położony tuż obok obecnego stadionu. Stanie na części parkingu dla aut i na terenie centrum handlowego tuż za główną trybuną przy prostej startowej. Swindon marzy o tym, aby na nowym obiekcie odbywały się również imprezy FIM-owskie. „9 kamer będzie zainstalowanych na stałe, a będzie mógł je uruchomić jeden operator. Sztuka będzie żyć na nowym stadionie. Nie sądzę, że nasz system kamer będzie bogatszy niż produkcje Sky Sports, ale myślę, że to ciekawa innowacja. Clarke Osborne (właściciel nowego stadionu) jest zachwycony nową technologią i rozsianiem kamer. Tor będzie miał kształt tego, który co roku powstaje w Cardiff, ale znacząco podniesiemy wiraże. Będą szersze łuki” – objaśnia Terry Russell.


Rudziki ścigają się na Abbey Stadium od 1949 roku. Na krótko zniknęły z mapy żużla (sezon 1986).


Mógłbym usiąść na trawie i z rozrzewnieniem wspominać dawne dzieje speedwaya na Abbey Stadium. Potrzebujemy nowego stadionu, bo wiemy ile firm chce wykupić specjalne przestrzenie, aby móc oglądać speedway i zapraszać kontrahentów do rozmów przy dobrym trunku. Plany, które przedstawiła firma Gaming International w 2006 roku nie zakładały budowy toru żużlowego. Mieszkańcy Swindon oprotestowali tą ideę, pragnęli speedwaya, więc były wiece, skargi, a rada miasta zmusiła Gaming International do opracowania nowych planów. Ludzie pokazali, że zależy im na speedwayu w Swindon. Terry Russell poruszył niebo i ziemię, aby Rudziki miały nowy stadion. Prawnicy, budowlańcy, inżynierowie: morze ludzi przewinęło się przez Swindon Speedway na przestrzeni tych 9 lat. Ważne, że będziemy mieli nowy dom

– śmieje się Rosco.


Ostatnie zawody na starym, wysłużonym, kochanym Abbey Stadium mają odbyć się w październiku, w niedzielę 11 października, a więc zaledwie 13 dni przed GP Australii w Melbourne. Łezka się zakręci… A Peter Kildemand obiecuje, że już nie będzie się spóźniał i wpadał zziajany na stadion jak 7 maja na mecz Swindon z Belle Vue…