Przemek Garczarczyk: Co wiesz o tym młodym, zawsze bardzo pewnym siebie chłopaku o nazwisku Artur Szpilka?


Manuel Quezada: Nic jako o człowieku. Jak wychodzę na ring, to zupełnie mnie nie interesuje, jaki ktoś jest poza nim. Pewny siebie, nieśmiały, dobry czy zły – zupełnie mnie to nie obchodzi, bo to nie ma pomiędzy linami żadnego znaczenia. Wychodzimy walczyć. Oceniam ciebie po tym, co umiesz w ringu. Nic więcej. Szpilkę w akcji oczywiście oglądałem.


I co zapamietałeś?


Walkę  z Jenningsem widziałem na żywo, więc sporo wcześniej zanim dostałem telefon z propozycją walki w Chicago. Zobaczyłem teraz już kilka innych walk – z Adamkiem, z Mollo. Głodny sukcesu, silny i młody. Oczywiście, że Polak jest faworytem, ale musi to udowodnić w Chicago. Nie przeszkadza mi, że jest leworęczny, że już pewnie planuje inne walki. Ja już  wszystko widziałem w ringu. Oczywiście, że go respektuję, bo ja respektuję każdego pięściarza, ale czym Szpilka może mnie zaskoczyć?


W latach 2008-2009 byłeś uważany za jednego z najlepszych prospektów wagi ciężkiej. Później jakby się ring pod Tobą urwał...


Jak zawsze – mieszanka kilku rzeczy. Walka z Jasonem Gavernem miała być dla mnie rozgrzewką przed walkami o bycie pretendentem do tytułu. Byłem już na czwartym miejscu światowego rankingu WBC, praktycznie wszystko wywalczając sobie sam. Były pojedynki, gdzie tzw. „moja ekipa” wystawiała mnie na ring po to, żebym przegrał. Znam fakty. Ja i tak wygrywałem. Walkę z Gavernem dwukrotnie przekładano i skończyło się na tym, że przystąpiłem do niej z marszu, praktycznie bez sparingów. Przedtem znokautowałem Travisa Walkera, łatwo wygrałem z Firthą, myślałem, że sobie poradzę. Na marginesie – z Walkerem i Firthą też miałem przegrać. Ostatecznie przegrałem z Gavernem – słusznie czy nie – niejednogłośną decyzją sędziów. Najśmieszniejsze, choć nie dla mnie, było to, że po Gavernie miałem promotorów i wyszło mi to... na gorsze. Będac praktycznie sam, wszystkie sale treningowe w Kalifornii były przede mną otwarte. Później była już tylko polityka – trenuj z tym, ale nie tam. Zamieszanie, chaos. Straciłem kontrolę nad swoim rozwojem.


To było kiedyś – jak jest teraz? Będziesz gotowy na 12 czerwca, na Artura Szpilkę?


Nie ma problemu, bo trenowałem już kilka tygodni przed telefonem z propozycją walki. Jak odbierałem telefon, nie kończyłem trzeciego hamburgera. Dbam o siebie lepiej niż kiedyś. Sparuję w Bakersfield, w Kalifornii  od  tygodnia, ważę obecnie 104 kilogramy. Będę chciał mieć jeszcze kilogram mniej w dniu walki. Szpilka pewnie będzie chciał wygrać ze mną szybkością. Nie tak łatwo. Choć nie mam już chyba ambicji bycia mistrzem, ale mam ambicje dobrego zarabiania na boksie, chcę być z siebie dumny. Jak wygram ze Szpilką, będą następne propozycje - za znacznie więcej. Mam swoją dumę, jestem Latynosem.