Marta Pietrewicz: Po raz pierwszy przygotowuje się pani do sezonu po takim sukcesie. Czy z dwoma medalami mistrzostw świata trenuje się łatwiej, czy wręcz przeciwnie?

Weronika Nowakowska-Ziemniak: Na pewno inaczej. Byłam taką zawodniczką, która wiele razy miała szansę zdobycia medalu na głównej imprezie, ale zawsze go traciłam na strzelnicy. Teraz w końcu się udało. Czuję się po prostu spełniona. Trenuję po raz pierwszy z poczuciem, że coś już zrobiłam.

Mówi się, że po dużym sukcesie przychodzi dołek. Nie boi się pani tego?

Z pewnością presja i oczekiwania będą większe, ale staram się o tym nie myśleć. A przynajmniej nie będzie to dla mnie paraliżujące. Nie ukrywam, że trudniej mi w tej chwili dzielić obowiązki medalistki mistrzostw świata i sportowca. Odmawiam wielu spotkań, możliwości opowiadania o biathlonie i promocji siebie. Mam nadzieję, że na korzyść sportu. Dużo ludzi mi mówi, żebym wykorzystała ten czas, to jest mój moment, ale ja nie kończę jeszcze kariery. Chcę spróbować w kolejnym sezonie udowodnić, że nawet z medalami można mieć kolejny rok udany. Większość sportowców mówi, że po świetnych wynikach na dużych imprezach, kolejny jest zawsze słaby. Powiedział mi o tym Tomasz Sikora, Zbyszek Bródka i inni. Postaram się złamać tą zasadę.

A jeszcze rok temu mówiła pani, że nie wie, czy chce zostać w sporcie. Zastanawiała się pani nad zakończeniem kariery...

Miałam momenty zwątpienia, a nawet frustracji. Wiedziałam, że fizycznie jestem na światowym poziomie, ale nigdy mi się nie udawało zdobyć medalu, bo zawsze popełniałam błędy na strzelnicy. Coś nagle się odmieniło i mam nadzieję, że w głowie też doszło do odblokowania. Żałuję, że mistrzostwa świata w zeszłym roku były tak późno, bo byłam w dobrej formie i mogłam to jeszcze pociągnąć. Ale właśnie dlatego mam w sobie pozytywną energię na przyszły sezon, a nie spięcie i stres.

Czy zagraniczne zawodniczki zaczęły panią po takim sukcesie inaczej traktować?

Jestem osobą bardzo otwartą. Mam wielu znajomych, a nawet przyjaciół z innych reprezentacji. Miałam to szczęście, że cieszyli się razem ze mną. Gdy zdobyłam medale, najczęściej słyszałam od innych, że zasłużyłam na nie. To było bardzo miłe. Doceniono moją pracę, a nasz "światek" wiedział, że jestem w stanie zajmować topowe miejsca. Głowa mi chyba na to nie pozwalała.

Do sztabu szkoleniowego dołączył Tomasz Sikora. Jakie będzie miał zadania?

W zasadzie jest on równorzędny do trenera Adama Kołodziejczyka. Myślę, że będzie bardzo fajnym uzupełnieniem tego, co potrafi trener Adam, który jest bardzo dobrym specjalistą, takie nasze szkiełko i oko w procesie treningowym, ale nie zna biathlonu jako zawodnik. Niekoniecznie wie, co czujemy na trasie, czy strzelnicy. Dlatego właśnie Tomek może być jego świetnym uzupełnieniem. Jesteśmy już po pierwszych zgrupowaniach i bardzo fajnie to funkcjonowało.

Czyja to była inicjatywa, by Sikora do was dołączył?

Myślę, że związek od dłuższego czasu wiedział, iż jest pewna luka, która należałoby uzupełnić w relacjach trenersko-zawodniczych. Naturalnie się stało, że to właśnie Tomek dołączył do ekipy i bardzo się cieszę. To doświadczony, spokojny facet. Bardzo fajnie uzupełnia nasz sztab.

Byliście na zgrupowaniu w Bydgoszczy i Cetniewie, a teraz Bormio. Na jakim etapie przygotowań jesteście?

We Włoszech na lodowcu stosujemy już więcej środków specjalistycznych, czyli narty i nartorolki, strzelamy już na zmęczeniu. I tak naprawdę ruszamy już z grubej rury. Pierwsze zgrupowanie w tym roku odbyło się niezwykle wcześnie i zaczęliśmy z wysokiego C. Bardzo duże obciążenia treningowe są zaplanowane na ten rok.

Szkoda, że igrzyska w Pyeongchang dopiero za trzy lata?

Trochę tak, bo trzy lata to bardzo dużo. Tym bardziej w takiej dyscyplinie jak moja. Biathlon jest bardzo wymagający. Nie tylko zabiera dużo czasu, zdrowia i energii, ale wyjazdy powodują, że nie ma innego życia. Na zgrupowaniach jesteśmy 250 dni w roku. Żałuję, że igrzyska nie są w kolejnym sezonie. Ale to rzeczy, na które nie mam wpływu. Po najbliższym sezonie zadecyduję co dalej i czy chcę pozostać w biathlonie do 2018 roku.

Indywidualnie wyniki biathlonistek są dobre lub nawet bardzo dobre. Nie ma jednak sukcesu w sztafecie. Jakiego ogniwa tutaj brakuje?

Dla mnie w mistrzostwach świata w Kontiolahti w zeszłym sezonie właśnie zabrakło sukcesu drużynowego. Nie ma w ekipie synergii, jeśli chodzi o sztafetę. Prawda jest też taka, że to konkurencja, w której presja jest poczwórna. Człowiek jest nie tylko odpowiedzialny za swój wynik, ale całej drużyny. To jest spora odpowiedzialność. Tym bardziej, że kibice i media zawsze dmuchają balonik.