31-letni Ward, ostatni amerykański złoty medalista olimpijski (2004) swój ostatni zawodowy pojedynek stoczył 16 listopada 2013 roku wygrywając na punkty z Edwinem Rodriguezem broniąc kolejny raz tytułu mistrza świata organizacji WBA w wadze superśredniej. Teraz być może będzie trochę zardzewiały, ale Smithowi to i tak nic nie pomoże. Jest pięściarzem solidnym, ale bez błysku. Ostatnio bił się wprawdzie twardo dwukrotnie z Arthurem Abrahamem, ale zwycięstwa było odległe. Kiedy przed laty zmierzył się ze swoimi rodakami,  Jamesem De Gale’em (2010) i Georgem Grovesem (2011) nie dotrwał do końcowego gongu. Z Wardem być może dotrwa, ale to będzie jego jedyny sukces.

 

Amerykanin jest mistrzem wyjątkowym, choć nie nokautuje na zawołanie i nie wzbudza entuzjazmu tłumów. Docenić go mogą tylko koneserzy, którzy lubią mądry, wyrachowany boks. Andre Ward ostatnią porażkę poniósł w dziecięcych latach, miał wtedy zaledwie 14 lat.

 

Miałem okazję komentować jego walki na igrzyskach w Atenach i nigdy nie zapomnę jakie wywarł na mnie wrażenie. Żelaznym faworytem kategorii półciężkiej (81 kg) był Jewgienij Makarenko, dwukrotny mistrz świata (Belfast 2001, Bangkok 2003) i Europy (Perm 2002, Pula 2004). Mierzący 196 cm wzrostu 29. letni Rosjanin jeden z tych tytułów (w Permie) zdobył w wadze ciężkiej. Nic dziwnego, że kiedy wychodził wtedy do ringu niewielu stawiało na  Warda, choć ten w pierwszej walce olimpijskiego turnieju pokonał bez najmniejszych problemów Włocha Clemente Russo, późniejszego dwukrotnego srebrnego medalistę igrzysk (Pekin 2008 i Londyn 2012) i mistrza świata (Chicago 2007) w wadze ciężkiej.

 

Ale Makarenko to był ktoś, co mogą potwierdzić chociażby Wojciech Bartnik i Aleksy Kuziemski, którzy przegrywali z nim w amatorskich czasach. Ten drugi na kilka miesięcy przed igrzyskami, podczas mistrzostw Europy w Puli. Spotkali się w półfinale i Rosjanin nie dał mu najmniejszych szans wygrywając przed czasem.

 

Byłem w Puli, widziałem to na własne oczy, więc należałem do grona tych, którzy Wardowi nie dawali większych szans. Był sporo niższy, znacznie młodszy i co zrozumiałe mniej doświadczony, wyglądało też, że znacznie słabszy fizycznie. Ale w ringu to on rozdawał karty, Makarenko nie wiedział co się dzieje. Przegrał wyraźnie (16:23), odpadł z turnieju i wrócił do domu bez medalu. A Ward wygrał kolejne dwa pojedynki i przywiózł do Oakland olimpijskie złoto, jedyne na tych igrzyskach dla amerykańskiej, bokserskiej ekipy. Dodajmy jeszcze, że ostatnie dla USA. W Pekinie, cztery lata później był tylko jeden brąz Deontaya Wildera (91 kg), a w Londynie (2012) medalu nie było już żadnego, co słusznie odebrano jako wielką klęskę amerykańskiego boksu.

 

Pięć lat później Andre Ward był już zawodowym mistrzem świata wagi superśredniej. U siebie w Oakland, w ramach turnieju Super Six pokonał znakomitego Duńczyka Mikkela Kesslera i odebrał mu pas WBA.  Turniej zakończył w 2012 roku punktową wygraną z Carlem Frochem. Dziś przed starciem ze Smithem niewiadomą jest tylko forma Amerykanina. Nie wyobrażam sobie, że może przegrać, nawet jak Anglik stoczy walkę życia. Andre Ward po prostu już dawno zapomniał o porażkach.