Premier League to wyjątkowa przystań. Strudzony wędrowiec kocha to miejsce, w którym czuje się jak u pana Witka we Wrocławiu. Tu nie musi być wytwornie, nie ma żyrandoli z XVIII wieku, złotych zastaw i ekwilibrystycznych sztućców, ale są wyśmienite tosty i czarująca atmosfera. Premier League to kwintesencja wszystkiego co ujmujące w żużlu. 13 zespołów, które tworzą niezapomniany klimat. Dumni i waleczni Szkoci, cierpliwi farmerzy z okolic Somerset, fruwające na miotle Wiedźmy z Ipswich, dzikie i nieujarzmione Pantery z Peterborough, rozkoszni Bandyci z Berwick, Skorpiony ze Scunthorpe, kogóż nie ma w tej konstelacji…

 

Ubiegłoroczny finał Premier League był pikantną ucztą. Rebelianci z Somerset musieli radzić sobie bez kontuzjowanego Olly Allena. Zastępujący go w roli gościa Eddie Kennett nie wprowadził fanów z Somerset w stan ekstazy. W piątkowy wieczór 24 października 2014 roku Eddie uzbierał zaledwie 5 punktów + bonus… W pierwszym meczu finałowym Rebeliantów uratował Charles Wright, zdobywca 13 oczek i 3 bonusów (w 6 wyścigach). Cenne punkty dorzucił duet: Pontus Aspgren (12 w 6 startach) i Nick Morris (10 + bonus w 5 startach). Źdźbło nadziei na końcowy triumf Monarchów podtrzymał Craig Cook (15 w 5 wyścigach, w tym joker), a na wysokości zadania stanął kangur Sam Masters (14 + bonus, w tym joker). Rebelianci wygrali 54-42 i wyruszyli w długą podróż na szkockie rubieże. Niewiele czasu, aby umyć motocykle, skromna dawka snu, ale stawką było mistrzostwo Premier League, więc nikt nie śmiał narzekać…

 

Czar ostatniego wyścigu

 

Pani promotor z Somerset, Debbie Hancock, wstaje skoro świt, jeszcze wcześniej niż okoliczne krowy. Choć jej tata Bill zainwestował w klub ponad 700 tysięcy funtów, Debbie nie jest niewolnikiem mamony. Na stadionie w Somerset organizuje się przyjęcia, wesela, urodziny, stypy i inne cuda wianki. Ba, żużlowcy ścigają się nawet zima. Słynny turniej Christmas Cracker, przedkładany z grudnia na luty, aby przepędzić zwały śniegu, fascynuje okolicznych farmerów i kibiców speedwaya z odległych zakątków Anglii. Debbie bardzo przezywa każdy mecz. Długo ocierała lży po finale plamy-off w 2012 roku przegranym przez Rebeliantów jednym punktem. Wówczas Scunthorpe Scorpions okazali się minimalnie lepsi od drużyny z Somerset. Nie sądziła, ze dwa lata później przezyje podobna rozpacz. „Pragnęłam, aby moi chłopcy obronili tytuł mistrzowski wywalczony w 2013 roku. Do Edynburga pojechała liczna grupa naszych wiernych kibiców. Jedna para wyruszyła o brzasku z Devon, przesiadła się w Londynie na pociąg do Edynburga, stamtąd ruszyła taksówka do Armadyle, gdzie położony jest tor Monarchów. Wzruszające chwile. Na drugim luku widziałam morze flag Somerset Rubel. Przykro mi, ze przegraliśmy finał play-off jednym punktem, ale jestem dumna z zawodników, bo odrodzili się w drugiej części zawodów i pokazali niezłomna wole walki. Garry May, menedżer Rebeliantów podtrzymywał mnie na duchu. Twierdził, ze wróciliśmy silniejsi w sezonie 2013 po traumie jaka zrodziła się po przegranym finale ze Scunthorpe. Stworzyłam zespól, który wprost kipi ambicja i pasja” – mówi Debbie, która do dziś pamięta jak wstawała w środku chłodnej europejskiej nocy, aby odebrać fax od Australijczyka Jasona Doyle’a. Dziś Doyle jest gwiazda cyklu Grand Prix, ale trzy lata temu walczył o wizę i miejsce w składzie Somerset…

 

25 października 2014 roku Monarchowie już po 6 wyścigach odrobili stratę z pierwszego finałowego spotkania. Objęli prowadzenie 25-11, świetnie ścigał się Justin Sedgmen, klasa dla siebie był Craig Cook. Młody kangur Max Fricke tez nie zwalniał tempa, ale Rebelianci nie zamierzali wywiesić białej flagi. Zremisowali w 7 wyścigu, w 8 skorzystali z jokera (Morris zdobył 4 punkty), a w 9 Paul Starkę i Nick Morris przywieźli na 5-1 parę: Frycki – Sedan. I zaczął się taniec cząsteczek kwantowych na naskórku Alexa Harkessa, menedżera Edinburgh Monarchs… 33-23, a wiec tytuł wrócił do Somerset. Tylko na moment, bo w 10 wyścigu dwie kolubryny: Cook i Sedgmen wygrali podwójnie z Aspgrenem i Wrightem. 14 oczek przewagi Monarchów i wtedy Szkoci mieli powód do radości. Garry May, opiekun Rebeliantów, nie lubi kłaniać się w pas rywalom. W 11 biegu Aaron Summers, do tej pory bez punktu na koncie (!!!), pojechał jako joker i zdobył 6 oczek! Aspgren przyjechał drugi na metę i Rebelianci wygrali ten wyścig 8-1 (39-32). Przewaga Monarchów topniała, bo w 12 biegu Starke i Wright przywieźli na 4-2 duet: Fricke – Sneddon. Co za mecz! 5 punktów przewagi zespołu z Edynburga i trzy wyścigi do końca.

 

W 13 wyścigu Cookie i Masters wygrywają 5-1 z Morrisem i Summersem, a na tablicy widnieje wynik: 46-37. Wciąż mistrzami są Rebelianci. W 14 biegu Aspgren jedzie jak natchniony, na każdym wirażu odpiera szalone ataki Fricke’a i zapewnia gościom remis. 49-40 i nerwy rozsadzają żyły przed ostatnim wyścigiem.

 

Szmer zdziwienia przefrunął nad trybunami gdy żużlowcy z Somerset wybrali drugie i czwarte pole startowe. Craig Cook tylko czekał na taki prezent. Wystrzelił perfekcyjnie z pierwszego pola, wywiózł agresywnie Morrisa spychając go na ścieżkę Aspgrena. Wtedy przytomnie zachował się Masters, który ściął do krawężnika i dołączył do Cooka. Widząc plecy odjeżdżających Monarchów, Aspgren upadł na drugim okrążeniu, a sędzia zawodów, Michael Breckon, wykluczył Szweda i uznał wyścig za rozegrany. 5-1 i 96-95 w finałowym dwumeczu dla Edynburga… „Nie potrafię opisać tego co czuje. Ten klub dal mi zastrzyk optymizmu, żyję dzięki Monarchom. 4 lata temu nie mogłem znaleźć klubu, a wtedy promotorzy z Edynburga jako jedyni wyciągnęli do mnie pomocną dłoń. To najlepszy sezon w mojej karierze. Dawałem z siebie wszystko dla fanów, sponsorów i szefostwa” – powiedział wzruszony Craig Cook, który wracał myślami do czasów, kiedy ścigał się na zapomnianym przez ludzkość torze Buxton Hitmen…

 

Atak spod siódemki

 

W najśmielszych snach Cookie nie spodziewał się, że on, chłopak z Cumbrii, zdejmie plastron z numerem 7 i przytuli się do jedynki. Craig fruwał pod szczęśliwą liczbą w barwach Workington Comets, a że nie lubi przestojów i stagnacji, przeto nic dziwnego, że z czasem wdrapał się na pozycję lidera. „Z biegiem czasu kevlar Workington zaczął mnie uwierać (śmiech Cooka). Wiedziałem, że jazda na długim torze Komet nie pozwoli mi się rozwijać w tempie jakim bym sobie życzył, więc pojechałem w górę M6 w stronę Edynburga. W speedwayu nigdy nie jest łatwo i przyjemnie. Trudny, ciasny tor w Armadale będzie stanowił dla mnie prawdziwe wyzwanie. Zresztą, Keith Denham (ówczesny władca Workington Comets) już mnie nie chce widzieć w barwach swojej drużyny, więc nie mam niczego do stracenia” – wyznał Brytyjczyk, który pragnął zrobić karierę w motocrossie, a jego talent rozkwita na motocyklu żużlowym.

 

22 maja 2010 roku Cookie oczarował brytyjskich promotorów wykręcając 18 punktów w meczu przeciwko Stoke Potters. To był debiut Craiga w podstawowej piątce Workington. Chwilę później telefon wszedł w fazę temperatury bliskiej erupcji Tongariro i Cookie znalazł „posadę” w trzech klubach. Buxton Hitmen w National League, Workington Comets w Premier League i Peterborough Panthers w Elite League. „Super, że spodobałem się tylu promotorom, ale pod koniec sezonu 2010 oddychałem rękawami. Zacząłem gonić w piętkę, zmieniałem silniki w tempie Strusia Pędziwiatra, a efekt był odwrotny od zamierzonego. Dramat. Wychodzę z prostego założenia: jeśli czegoś nie spróbujesz, to niczego się nie nauczysz. To był mój drugi pełny sezon na żużlu, więc chciałem sprawdzić co hula, a czego nie opłaca się robić. Debiut w Elite League był przyzwoity, ale po pierwszych oznakach euforii, nadszedł moment opamiętania. Straciłem instynkt na starcie, jeździłem źle, zacząłem żonglować silnikami, a to był zły ruch. Miałem problemy ze znalezieniem toru, na którym mógłbym do woli potrenować. Zrozumiałem, że to nie motocross, tylko bardzo specjalistyczna działka sportów motorowych, w której za trening i błędy trzeba słono zapłacić” – stwierdza Cookie.

 

Maleńki tor w Workington – Northside służy głównie juniorom, po to, aby nabrać niezbędnych technicznych nawyków. „Wystarczyło, że się rozpędziłem, a już musiałem łamać motocykl, żeby zmieścić się w łuku. Piękny, kameralny tor, ale nie mogłem na nim wiecznie koczować. Z braku laku, dla kogoś kto mieszka w Cumbrii i startuje w 95 zawodach rocznie, musiałem czekać na odpływ. Przyjeżdżałem na odludną plażę położoną pomiędzy Seascale a Calder Bridge i obserwowałem morze. Tak długo jak fale mi na to pozwalały, rysowałem sobie tor wedle mojego uznania, odpalałem bike’a i jeździłem. Zadzwoniłem do Adama Roynona i powiedziałem: to tylko 45 minut jazdy autem od twojego domu. Nie przyznałem mu się, że ja mam 20… Próbowałem jeździć kiedy nie było zbyt wielu kamieni, czasem jechałem dobrą milę po piasku, czasem było krucho… Wytrwałem. Cieszyłem się jak dziecko, kiedy 31 października 2010 roku zdobyłem mistrzostwo National League z Buxton Hitmen. Pokonaliśmy Osy z Newport, cóż za smak… To był dobry sezon. 47 spotkań w Premier League dla Workington Comets, 25 dla Buxton Hitmen i 7 występów w Peterborough Panthers” – wspomina Craig.

 

Cook uwielbiał klimat panujący w Buxton. Cisza, spokój, żarty, ani grama presji. „Czułem się jakbym cały czas przesiadywał w beczce śmiechu. Jack Lee, menedżer drużyny, powinien dostać order z kartofla. On jest wielkim człowiekiem. Wszyscy zachwycają się Middlo czy Rosco, ale oni operują na szczytach, mają swobodę w zakresie budżetu, a Jack… On sercem prowadził ten klub. I wychował takiego zdolnego łobuza jak ja (śmiech). Kiedy fatalnie pojechałem w wyścigu, on podchodził do mnie, poklepał mnie po ramieniu i rzekł: nie martw się, w następnym wyścigu pójdzie ci o niebo lepiej, zobaczysz. Taki powinien być dobry menedżer, wspierać swoich chłopaków w trudnych chwilach. Spędziłem w Buxton dwa lata, zacząłem zabawę w kwietniu 2009 roku i z rozkoszą wspominam każdą chwilę jaką spędziłem w tym klubie na odludziu” – wyznaje Craig, aktualny indywidualny wicemistrz Wielkiej Brytanii.

 

Od trzeciego roku życia ma kontakt z motocyklem, dlatego tak łatwo i prawie bezboleśnie płynnie przeszedł przez dziurkę w ramce komiksu Papcio Chmiela i zamienił motocross na speedway. Nie otwiera manetki gazu na oślep i bezmyślnie. Dba o kości rywali i własne, nie wykonuje dziwacznych ruchów. To kwestia bagażu doświadczeń wyniesionych z motocrossu. John Campbell, promotor Edinburgh Monarchs, wiedział z kim podpisywał kontrakt. Kiedy John zobaczył koordynację ruchową Cooka podczas gry w squasha, wiedział, że ma do czynienia z wyjątkowym talentem…

 

Argentyno, nie zatańczę z tobą tanga

 

Richie Worrall, solidny filar Somerset Rebels, lubi płodozmian. Potrafi godzinami rozprawiać o freestyle motocrossie, zachwycać się architekturą Katalonii i sztuką kulinarną Argentyny. Jednak już nikt nie zdoła namówić go na speedway w ojczyźnie Jorge Luisa Borgesa i Juana Manuela Fangio… „Plan zakładał, że wraz z Benem Barkerem będziemy się ścigać w międzynarodowych mistrzostwach Argentyny. 28 grudnia 2014 roku mieliśmy wystartować w zawodach w Bahia Blanca, ale nie wykręciliśmy choćby jednego okrążenia. Nie byliśmy jedynymi obcokrajowcami, którzy wybrali się w podróż do Ameryki Południowej. Polak Jakub Jamróg, Rosjanin Oleg Biesczastnow, Włoch Guglielmo Franchetti skusili się na argentyńską przygodę i w przeciwieństwie do nas, byli wytrwali w cierpieniu. Ben był przerażony tym co zobaczył w Argentynie, a miałem dość wszystkiego i wróciłem do Europy, aby spędzić Sylwestra z moją dziewczyną, Mariną. W Barcelonie jest o niebo bezpieczniej niż w Bahia Blanca…” – wyznaje Richie Worrall.

 

Żużlowiec nie chce wracać do kart historii i brytyjsko – argentyńskiej wojny o Falklandy w 1982 roku. Inaczej na tą kwestię zapatruje się szef argentyńskiej federacji motocyklowej, Cristobal Mulet. Wyraził ubolewanie, że Anglikom nie spodobało się w Argentynie, po czym przystąpił do ataku. Cristobal twierdził, że opłacił obu Anglikom przelot i zakwaterowanie, a oni mieli wziąć udział w całym cyklu otwartych mistrzostw Argentyny. Twierdził, że na mocy kontraktu, Worrall i Barker mieli zapewniony wikt i opierunek, a ci niewdzięczni Brytyjczycy nawet nie założyli kevlaru. W lokalnej gazecie wychodzącej w Bahia Blanca – La Nueva – Cristobal Mulet wyjawił, że Richie i Ben nie zamierzali się ścigać, bo przylecieli do Argentyny, aby się obłowić: chcieli sprzedać motocykle za bajońską sumę! „Cristobal zataił przed publicznością, że nie wystartujemy w pierwszych zawodach w Bahia Blanca, bo dobrze wiedział, że bez zagranicznych gwiazd nie sprzeda zbyt wielu wejściówek. Już po wylądowaniu w Argentynie powiedziano nam, że będziemy musieli zapłacić z własnej kieszeni za opony, olej i deflektor. Gdybyś zobaczył jak wyglądała szopa, w której Argentyńczyk „produkował” deflektor… Musieliśmy zapłacić za ubezpieczenie, bo o tym Cristobal też nie raczył pamiętać. Za jedną oponę zażądano od nas 150 euro, bańkę oleju wyceniono na 30 euro (w Anglii kosztuje ona 10 funtów). Zawody w Argentynie rozgrywa się w systemie GP, więc chcąc odnieść sukces, musisz mieć dwie opony, dwie bańki oleju i metanol. Zasięgnęliśmy języka. Inni żużlowcy powiedzieli nam, że Bahia Blanca to niezbyt bezpieczna okolica. Nie uświadczysz turystów. Czuliśmy się jakbyśmy mieszkali na nowojorskim Bronxie. Na ulicy roiło się od dilerów narkotykowych i szemranych osobników. Dostaliśmy kołderkę na drewnianej pryczy i mieliśmy się nacieszyć takim łożem. Najlepsi juniorzy planety, którzy przylecieli do Argentyny na rundę mistrzostw świata w 2012 roku, nie wyściubiali nosa poza hotel. Tydzień w hotelu, bo wyjście na ulicę do sklepu równało się igraniu z życiem! Na stadion pojechali z obstawą, odjechali zawody, po czym czekali 7 dni do drugiego mistrzowskiego turnieju. Dramat. Buenos Aires to raj na ziemi w zderzeniu z Bahia Blanca. To piękne miasto. Argentyna jest z pewnością urocza przyrodniczo, ale my z Benem mieliśmy pecha, gdyż trafiliśmy na podejrzanych typków. Lokalny spiker zawodów żużlowych źle przetłumaczył moją wypowiedź dla mediów. Zamiast opowiadać o sporcie, zaczął sugerować, że przyjechaliśmy zażyć uciech cielesnych i wypić morze alkoholu. Przeczytaliśmy w lokalnej prasie, że każdego dnia zamawiamy kratę wódki i spędzamy czas w towarzystwie prostytutek. Rozpuszczono nieprawdziwe informacje, że zaginęliśmy i nikt nas nie może odnaleźć, bo leżymy zamroczeni alkoholem pochodzącym z nielegalnego źródła. Okropne bzdury. Argentyński speedway to chory cyrk na kółkach” – wyznaje rozczarowany Worrall.

 

Richie musiał zapłacić za nadbagaż 400 funtów. Szybko skalkulował, że start w jednym turnieju do strata rzędu 500 – 600 euro, więc wraz z Barkerem podjęli kroki, aby ewakuować się z Argentyny. „Wstępnie mieliśmy wystartować w zawodach zaplanowanych na 20 grudnia. Powiedziano nam, że trochę wszystko się wydłużyło, ale nie z winy Cristobala, więc pierwszy turniej odbędzie się 28 grudnia. Pogodziliśmy się, że świąt Bożego Narodzenia nie spędzimy w gronie rodzinnym. Nikt nie zapewnił nam żywności, a na pytanie o obiecany motocykl, unikano odpowiedzi. Spytałem Muleta: zamierzasz podstawić nam motocykle ostatniego dnia? Kyle Legault, Lee Complin i Matej Kus ostrzegali nas, że wyprawa do Argentyny to nie jest bilet wstępu do raju. Matej do dziś nie odzyskał 18 000 euro od argentyńskich promotorów. Cristobal zaczął nas straszyć, że doniesie do FIM o fakcie złamania postanowień kontraktu. Odparłem, że ludzie z FIM wybuchną śmiechem, bo ten kontrakt jest tyle wart co umowa sporządzona na pudełku po papierosach. Szkoda mi Jakuba, bo to porządny chłopak. Wiem przez co musiał przejść, aby wystartować w Argentynie. Polska federacja ostrzegała go, że niewiele torów w Argentynie spełnia wymogi nakreślone przez FIM. Brakuje dmuchanych band. Przecież w 2013 roku w Argentynie tragicznie zginął Słoweniec Matija Duh. Nikt nie pomyślał o właściwych bandach. Ja też musiałem wystąpić o zgodę do ACU i powiedziano mi, że na połowie torów nie mogę wystąpić, bo nie spełniają standardów FIM. Jakub pojechał na własne ryzyko. Cenię go. Odważny, ale i rozsądny gość. Nawet taki obieżyświat jak Tomasz Bajerski był przerażony pobytem w Bahia Blanca i nie czuł się ani przez moment bezpiecznie. Tym większy szacunek należy się Jakubowi Jamrógowi” – twierdzi Worrall.

 

Richie nie miał szczęścia minionej zimy. Owszem, kiedy okazało się, że Somerset Rebels nie mogą skorzystać z usług Jacka Holdera z powodu wysokiej średniej meczowej (7.00 zamiast sugerowanej 5.00), Garry May sięgnął po Worralla, ale w Elite League już nie było tak słodko. Richie pragnął ścigać się w drużynie King’s Lynn Stars, ale Gwiazdy postawiły na Roberta Lamberta. „Sponsor zażyczył sobie, aby w klubie z King’s Lynn jeździł Robert, co automatycznie przekreśliło szanse na mój angaż. Kiedy dręczyła mnie niepewność co do dalszych losów, klub Belle Vue Aces bombardował mnie informacjami z rynku transferowego. Ludzie z Manchesteru pragnęli, abym określił się czy chcę ścigać się dla Belle Vue Aces. Byłem lojalny i czekałem na wyjaśnienie sytuacji w King’s Lynn. Kiedy straciłem miejsce w składzie na rzecz Lamberta i zadzwoniłem do Belle Vue, powiedziano mi, że nie mogli zwlekać i musieli znaleźć inne rozwiązanie. Mój błąd. Zapłaciłem słono za rozterki i lojalność. Nie wiem czy ktoś rzucił na mnie klątwę podczas pobytu w Argentynie, ale cóż, muszę mocować się z życiem i wierzyć, że nadejdą lepsze dni…” – wyznaje Richie Worrall.

 

Pozostaje głęboko wierzyć, że stadion pachnący dębem, znów okaże się świątynią doskonałego ścigania. 28 kwietnia 2009 roku na torze Rebeliantów rozegrano porywający mecz: Somerset Rebels – King’s Lynn Stars. Darcy Ward, wówczas jeżdżący w barwach Gwiazd wykręcił 16 oczek + 2 bonusy w 7 startach. Tomas Topinka zgromadził 9 punktów. Świętej pamięci Emil Kramer zdobył 8 punktów dla Rebeliantów. Cory Gathercole uzbierał aż 14 oczek + 2 bonusy w 6 wyścigach. Po 14 biegach goście prowadzili 43-41. W ostatniej odsłonie wieczoru czarujący Steve Johnston zdobył 3 punkty (15 w całym meczu!), a za jego plecami na metę dojechał Cory Gathercole i gospodarze wygrali 5-1, a całe spotkanie 46-44. To był prawdziwy dreszczowiec. Chris Schramm przywiózł punkt, a Tomas Topinka nie ukończył wyścigu z powodu defektu. Niech się Richie Worrall nie złości, ale we wspomnianym meczu w barwach King’s Lynn wystąpił Argentyńczyk Emiliano Sanchez…