Urodził się 24 marca 1985 roku w Kijowie i choć od najmłodszych lat wyróżniał się wzrostem, wiedział, że jego pasją będzie hokej na lodzie. - W szkole grałem wprawdzie koszykówkę czy siatkówkę, ale to hokej na lodzie stał się moją miłością – zaczyna swą opowieść Mykola Worosznow.

Na pierwszy trening trafił do klubu Ldinka Kijów i natychmiast został bramkarzem, bo jak sam podkreśla gra na tej pozycji najbardziej przypadła mu do gustu. Parkany, łapaczka i odbijaczka, czyli podstawowy sprzęt bramkarski od razu go zafascynował. W wieku 17 lat zadebiutował w ukraińskiej ekraklasie i zagrał w mistrzostwach świata do lat 18. W turnieju, który był rozgrywany na Słowacji zagrał na tyle dobrze, że dostał propozycję gry w juniorskiej lidze w Kanadzie.

O krok od ligi NHL

W 2002 roku został wybrany w juniorskim drafcie w Kanadzie przez Rouyn-Noranda Huskies (liga QMJHL). - Na Ukrainie skończyłem szkołę średnią, nie miałem kłopotów z językiem angielskim, więc mając siedemnaście lat postanowiłem zaryzykować i wyjechać za ocean. Trafiłem jednak do tej części Kanady gdzie mówi się po francusku, więc musiałem szybko opanować ten język. Na szczęście szybko sobie z tym poradziłem – zapewnia Mykola. - W tym samym roku osiągnąłem jeden ze swoich największych sukcesów. Na mistrzostwach świata do lat 20, które były rozgrywane w Kazachstanie awansowaliśmy do hokejowej Elity w tej kategorii wiekowej. Ten sukces tym bardziej cenny, że miałem wtedy zaledwie 17 lat – dodaje.

W kolejnym sezonie zmienił klub oraz ligę. Trafił do drużyny Kanata Stallions grającej w lidze CJHL. - Podczas mojego pobytu w Kanadzie w wolnych chwilach mogliśmy sobie dorobić sprzedając popcorn i inne fast foody podczas meczów Ottawy Senators w lidze NHL. Miałem więc możliwość na żywo oglądać w akcji najlepszych hokeistów na świecie. To było niezapomniane wrażenie – podkreśla z dumą.

Zamienił Kanadę na Polskę

Następny sezon także miał spędzić w Kanadzie, tymczasem dosyć niespodziewanie pojawiła się oferta z Polski, a dokładnie z Podhala Nowy Targ. - W Kanadzie sezon rozpoczyna się później niż w Europie. Miałem dziewiętnaście lat i w Polsce mógłbym już liczyć na profesjonalny kontrakt. W Kanadzie w tym wieku nie miałem na to szans. Postanowiłem zatem wrócić do Europy i zagrać w seniorach – tłumaczy Mykola.

W Nowym Targu nie zdołał sobie wywalczyć miejsca w składzie Podhala i wtedy pojawiła się oferta z Sanoka. Bramkarz z Ukrainy trafił tam razem z obrońcą Przemysławem Piekarzem i napastnikiem Tomaszem Koszarkiem. - To właśnie Przemek Piekarz wymyślił mi pseudonim „Bubu”, choć od zawsze wszyscy mówili do mnie „Balu”. W Sanoku jednak ochrzczono mnie „Bubu” i tak już zostało, gdy grałem w Polsce – dodaje z uśmiechem.

Jazda, jazda, jazda „Bubu” gwiazda

Początki jego gry w KH Sanok nie były łatwe. - Trener Doleżalik stawiał na innego bramkarza, ale ja cierpliwie czekałem na swoją szansę. W Sanoku podstawowym celem było utrzymanie. W pierwszej rundzie play–off przegraliśmy z Tychami, potem po dramatycznym boju ulegliśmy Gdańskowi i w meczu o pozostanie w Ekstraklasie walczyliśmy z Katowicami. Przegraliśmy dwa pierwsze mecze i każda nasza następna porażka oznaczała spadek naszego zespołu. Pamiętam, że trener wpuścił mnie do bramki w drugim spotkaniu, gdy wynik był już rozstrzygnięty na korzyść Katowic. Po tym meczu, ktory rozgrywaliśmy na wyjeździe prezes GKS odpalił cygaro będąć już pewnym utrzymania. Powiedziałem mu, żeby mi takie cygaro przywiózł na piąte, decydujące spotkanie do Sanoka. Wygraliśmy trzeci i czwarty mecz i doprowadziliśmy do decydującego starcia. Wygraliśmy to spotkanie 2:1. Po meczu szukałem tego pana z cygarem, ale go nie znalazłem. Utrzymanie w Sanoku świętowano chyba nawet huczniej niż zdobycie mistrzostwa. To były niezapomniane chwile – wspomina z sentymentem „Bubu”.


Mykola Worosznow bardzo ciepło wspomina czasy spędzone w polskiej lidze (fot. archiwum prywatne)

Następny sezon rozpoczął grając w Sanoku, ale ówczesny trener Adam Worwa nie widział dla niego miejsca. W listopadzie 2005 roku wyjechał ponownie za ocean, tym razem do USA, gdzie podpisał kontrakt z klubem Jacksonville Barracudas grającym w lidze SPHL. Klub ten nie zdołał zakwalifikować się do rozgrywek play–off i Worosznow ponownie wrócił do Sanoka.

Bramkarzom zmniejszono sprzęt

Przed kolejnym sezonem zdecydował się wrócić na Ukrainę. - Podpisałem kontrakt z najbardziej utytułowanym klubem w naszej lidze, Sokiłem Kijów. Graliśmy w lidze białoruskiej, a ja miałem okazję poznać między innymi bramkarza Leonida Fatikowa, który swego czasu bronił w Sanoku i do dzisiaj z sentymentem wspomina ten okres – mówi Worosznow.

Niestety, zmieniły się międzynarodowe przepisy i bramkarzom... zmniejszono sprzęt. - Mam 196 centymetrów wzrostu i stopę o rozmiarze 47. Nie było łatwo skompletować sprzęt według nowych parametrów – podkreśla Worosznow, który z Sokiła trafił do Berkutu Browary, a następnie do ATEK Kijów. Z tymi klubami wywalczył dwa srebrne oraz jeden brązowy medal mistrzostw Ukrainy.

W między czasie pojawiła się propozycja gry w... Turcji. - Też byłem tym zaskoczony. Turcja i hokej na lodzie? Okazało się że klub w Izmirze szukał zagranicznych zawodników na grę w eliminacjach Continental Cup. Trzydniowy turniej nie kolidował z grą na Ukrainie tak z turecką drużyną zagrałem na turnieju w Rumunii – opowiada „Bubu”.

Hokeista gwiazdą reality show

W 2010 roku nabawił się kontuzji kolana, uraz wykluczył go z gry na dłuższy czas. Worosznow szybko jednak znalazł nowy pomysł na życie. - Otworzyłem sklep dla ludzi otyłych, ubrania przywoziłem bezpośrednio ze Stambułu. Interes całkiem nieźle prosperował. Niestety kontuzja oraz złe odżywianie i brak treningów sprawił, że przybrałem na wadze. I to znacząco. W pewnym momencie ważyłem... 175 kilogramów! - nie ukrywa.

- Ratunek przyszedł przypadkowo. Pewnej nocy oglądając telewizję natknąłem się na informację, że poszkują kandydatów do nowego reality show „Zważeni i szczęśliwi”. Polegał on na tym, że uczestnicy odchudzali się, czyli w sam raz coś dla mnie. Postanowiłem wypełnić ankietę i po dwóch tygodniach zaprosili mnie na rozmowę. Dostałem się do programu. Dwadzieścia osób zostało zamkniętych w willi pod Kijowem. Nie mieliśmy dostępu do telefonu, telewizji, radia czy internetu. Wszyscy uczestnicy mieli takie same ćwiczenia oraz dietę. Cała nasza dwudziestka ważyła łącznie ponad trzy tysiące kilogramów - uśmiecha się.


Efekty udziału w reality show widoczne gołym okiem... (fot. archiwum prywatne)


- Gdy zaczynałem udział w programie ważyłem dokładnie 175 kilogramów. Po siedemnastu tygodniach pozostało trzech finalistów, a w tym gronie byłem także ja. W tym czasie moja waga spadła ze 175 do 108 kilogramów. Potem aż do wielkiego finału mieszkaliśmy w rodzinnych domach, a w wielkim finale, który odbył się 29 grudnia 2011 roku ważyłem już tylko 90 kilogramów! Zostałem zwycięzcą „Zważonych i szczęśliwych”. W nagrodę dostałem 250 tysięcy hrywień, czyli około 35 tysięcy dolarów. Najważniejsze dla mnie było jednak to, że w ciągu kilku miesięcy zrzuciłem aż 85 kilogramów. Dodatkowo podpisałem trzyletni kontrakt z telewizją STB, która organizowała to reality show - dodaje nie bez satysfakcji.

Trenerskiego chleba też próbował

Dzięki udziałowi w „Zważonych i szczęśliwych” Mykola wrócił do swojej normalnej wagi i mógł wznowić karierę sportową. Przed rozpoczęciem sezonu 2013/14 podpisał kontrakt z ukraińskim klubem Gajdamaki Winnica. Niestety, pół roku później zespół przestał istnieć z powodu kłopotów finansowych. Worosznow zdecydował się na ponowny wyjazd za ocean, ale już w nieco innej roli.

W marcu 2014 roku ponownie znalazł się w Kanadzie, gdzie otrzymał ofertę szkolenia młodych bramkarzy. Trafił do klubu Lac St-Louis Lions grającego w lidze QMAAA. W tych rozgrywkach grają zawodnicy w wieku 14-17 lat. Jego drużyna doszła aż do finału rozgrywek. - To było dla mnie zupełnie nowe doświadczenie. Po raz pierwszy w życiu zajmowałem się szkoleniem młodych bramkarzy. Jednego zawodnika radzę zapamiętać. To siedemnastoletni Silvio Silvestre. „Sandro”, bo tak go nazywaliśmy, znalazł sie na liście najbardziej obiecujących golkiperów i jest duża szansa, że w przyszłym roku znajdzie się w drafcie ligi NHL. Byłoby fajnie gdyby bramkarz, którego trenowałem, zagrał w lidze NHL. Mnie ta sztuka się nie udała. Trzymam za niego kciuki – mówi Mykola.

Prosto z Kanady na ukraiński front

Po zakończeniu sezonu wrócił na Ukrainę. Gdy wysiadł z samolotu od razu udał się do jednostki rekrutującej ochotników i od razu wstąpił do wojska. – Nie mogłem z boku bezradnie patrzeć na to, co dzieje się w moim kraju. Moi rodzice cały czas myśleli, że jestem za oceanem. Pierwsze dwa dni po powrocie z Montrealu spałem u kolegi, a potem zameldowałem się w jednostce. Z tym samym bagażem, który miałem w Kanadzie... – dodaje.



Z flagą batalionu Donbas i granatnikiem na ramieniu (arch. prywatne)

Worosznow najpierw przeszedł trzytygodniowe szkolenie. Trafił do batalionu „Donbas”. Z racji swojej postury obsługuje ręczny granatnik przeciwpancerny. - Waży ponad dwadzieścia kilogramów, ale to dla mnie żaden problem. Rodzina w dalszym ciągu nie wiedziała, że wstąpiłem do wojska. Cały czas byli przekonani, że jestem za oceanem. Przed każdą rozmową na Skypie sprawdzałem, jaka jest pogoda w Montrealu, a gdy już z nimi rozmawiałem to zawsze wyłączałem kamerkę tłumacząc, że jest popsuta. Pewnego razu gdy rozmawiałem z rodzicami nagle obok mnie... rozległy się strzały. Szybko się rozłączyłem - wspomina. - Później zadzwoniłem do nich tłumacząc, że w pobliżu trwa remont wielkiego budynku. Czułem jednak, że muszę im powiedzieć całą prawdę. Dostałem trzy dni wolnego i pojechałem do rodziców. Wszedłem do mieszkania w mundurze batalionu „Donbas”. Mama od razu zrozumiała, co jest grane. Wolałbym dostać od niej porządną burę, a Ona usiadła i zaczęła płakać. Pojechałem do taty do pracy. Gdy mnie zobaczył w mundurze nie powiedział ani słowa. Rodzice nie widzieli mnie półtora roku, a nagle widzą mnie w mundurze. Nie dziwię się ich reakcji – podkreśla Mykola.

Wrócić z wojny do hokeja

- Mój batalion „Donbas” przez pięć dni przebywa bezpośrednio w strefie wojny, jesteśmy w Mariupolu i jego okolicach, gdzie toczy się regularna wojna. Strzały słychać cały czas. Potem przez kolejne pięć dni jesteśmy w bazie, czterdzieści kilometrów pod Mariupolem. Tam cały czas mamy ćwiczenia z taktyki i nie tylko. Gdy jesteśmy na froncie, to gołym okiem widać, że walczymy z terrorystami wspieranymi przez Rosję. Strzelają do nas z broni, która jest na wyposażeniu armii rosyjskiej – mówi Worosznow.

Zapytany, czy już kogoś zabił odpowiada krótko: - Strzelałem. A czy zabiłem? Na ten temat się nie mówi – ucina krótko. Nie boi się, gdy jedzie na front, choć to może być jego ostatni dzień życia. - Nie masz czasu i nie możesz się bać. To jest tak jak z meczem hokejowym. Musisz być skoncentrowanym od samego początku aż do końca. Inaczej przegrasz – znajduje ciekawe porównanie.

Nie robi tego dla pieniędzy, bo ochotnik taki jak Worosznow może liczyć na żołd w wysokości 150 dolarów miesięcznie. Zapytany o marzenia odpowiada krótko: - Chciałbym żeby ta wojna się wreszcie zakończyła. Byśmy mogli w swoim kraju żyć godnie i bezpiecznie.

Mykola Worosznow zgłosił się do armii na ochotnika. - Nie mam wątpliwości, że wojna to zło i nikomu nie życzę, by znalazł się w takiej sytuacji w jakiej ja się znalazłem. Po tym wszystkim będę potrzebował pół roku wolnego, by zapomnieć o tym, co tutaj widziałem. A potem będę chciał wrócić do tego co kocham najbardziej, czyli do hokeja na lodzie. Być może jako trener, a może jeszcze jako zawodnik. Przecież mam dopiero 30 lat - kończy swoją niezwykłą opowieść Mykola Worosznow.