Łukasz Majchrzyk: Nie dziwię się, że nie mógł pan uwierzyć w powołanie od Adama Nawałki. Na takim etapie eliminacji nie jest łatwo pojawić się w reprezentacji.


Bartosz Kapustka: Zaskoczenie było spore. Dostałem już wcześniej informację, że pojadę na zgrupowanie reprezentacji do lat 21. Nigdy bym nie pomyślał, że zamienię młodzieżową kadrę na pierwszą reprezentację.


Odbiera pan telefony z nieznanych numerów, czy miał pan wpisanego Adama Nawałkę?


Raczej staram się odbierać (śmiech). Kiedy pojawił się jakiś nieznany numer, to nie przeszło mi nawet przez myśl, że może dzwonić selekcjoner. W tamtym momencie byłem z przyjaciółmi z Cracovii na wspólnym obiedzie. Musiałem na chwilę odejść od stołu i wróciłem z uśmiechem na twarzy.


Z nerwów pan potem deseru nie zjadł?


Nie, nie było nerwów. Bardzo się cieszyłem. Już wcześniej miałem rozmowę z trenerem Cracovii, że jakieś zainteresowanie ze sztabu pierwszej reprezentacji jest. Mam nadzieję, że nie zabrzmi to źle, ale nie traktowałem tego jednak zbyt poważnie. Starałem się do wszystkiego podchodzić spokojnie.


Na zasadzie: jak mogę dostać powołanie przed meczem z Niemcami?


Na pewno nie myślałem, że mogę dostać powołanie...


Dziennikarze się rzucili na pana.


Dziennikarzy trochę dzwoni, ale to jest naturalna rzecz. Muszę być przygotowany. Liczba nieznanych numerów w telefonie się zwiększyła.


To zmienia życie, bo już zawsze będą na pana patrzyli jak na reprezentanta Polski.


Na pewno moje życie trochę się zmieniło, choćby przez to, że ludzie zaczną ode mnie wymagać więcej w ekstraklasie. Po to się jednak zaczyna grać w piłkę, żeby być coraz lelpszym piłkarzem. Na pewno to jest bardzo motywujące, kiedy się widzi, że ktoś obserwuje i docenia ciężką pracę.


Jak się spotyka Roberta Lewandowskiego czy Kubę Błaszczykowskiego, to szacunek przede wszystkim?


Na pewno szacunek z mojej strony jest, ale też nie ma między nami jakiegoś dystansu. Koledzy bardzo fajnie mnie przywitali, byłem traktowany tak samo jak inni. Każdy zamienił parę zdań. Na boisku nie może być kompleksów: trzeba zasuwać, sprzedawać się jak najlepiej.


Pana przyjaciel Mateusz Klich przysłał sms z gratulacjami, czy raczej napisał z zazdrością, że to nie on jest na zgrupowaniu?


Mati chyba jako pierwszy przysłał mi wiadomość z gratulacjami. Cieszył się bardzo z mojego powołania, obaj sobie kibicujemy. Kiedy grałem jeszcze u siebie w Tarnowie, to bardzo kibicowałem Mateuszowi, bo obaj pochodzimy z tych samych stron. Później cieszyłem się, że mogłem go poznać.


W Cracovii jakoś szczególnie potrafią pracować z ofensywnymi pomocnikami, że najpierw Klich, a teraz pan trafiliście do kadry?


Ciężko powiedzieć, bo Mateusz trafiał na innych trenerów niż ja. Mogę powiedzieć, że teraz z Cracovii mamy fajny zespół, który chce grać w piłkę. Wiem, jakie mam atuty: nie boję się dryblować na boisku, jednym przyjęciem, zwodem uciec przeciwnikowi. Teraz szlifować chcę to, co mam najlepszego aż do doskonałości. Nie zawsze trzeba mieć niesamowicie szeroki wachlarz umiejętności na boisku. Byli piłkarze, którzy na dwóch, trzech zagraniach zbudowali swoją karierę.


Jak koledzy z Cracovii przyjęli powołanie?


Była lekka szydera i to bardzo różne, jak to w szatni. Mówili: "pan piłkarz", "teraz zaczyna się kariera", ale naprawdę bardzo się cieszyli ze mną, gratulowali mi i wspierali mnie w tym wszystkim.