Ten mecz Liverpool miał wygrać lekko, łatwo i przyjemnie, bo różnica w potencjałach obu zespołów jest ogromna i w żaden sposób nie da się ich porównać. Jeśli jednak trener, piłkarze i przede wszystkim kibice, liczyli na to, że spotkanie w Pucharze Ligi będzie przełomem, to srodze się zawiedli. Było bardzo blisko kompromitacji, a trenera i kolegów uratował rezerwowy bramkarz Adam Bogdan, który obronił trzy rzuty karne.

 

Kibice na Anfield Road trzy razy buczeli na swoich piłkarzy: po zakończeniu meczu, po pierwszej połowie dogrywki i po zakończeniu drugiej też. Co z tego, że Liverpool miał olbrzymią przewagę nad rywalami: przez 69 proc. czasu posiadał piłkę, oddał 47 strzałów (16 celnych), wykonywał 20 rzutów rożnych, skoro ta przewaga wystarczyła tylko do zdobycia jednej bramki? Nic nie dało także wejście na boisko po godzinie gry największej broni Liverpoolu, czyli Philippe Coutinho.

 

Brazylijczyk był zresztą, jednym z tych, którzy mogli doprowadzić do kompromitacji Liverpoolu, bo swój rzut karny przestrzelił (podobnie jak Adam Lallana). Na szczęście dla gospodarzy świetny tego wieczoru Bogdan obronił strzały: Danny'ego Graingera, Luke'a Joyce'a i Bastiena Hery'ego.

 

Czy Brendan Rodgers może w takim razie odetchnąć spokojniej? Raczej nie, bo styl w jakim odniesione zostało zwycięstwo, zostawił niesmak. Władze klubu już musiały dementować doniesienia o tym, że kontaktowały się z Carlo Ancelottim, a po wymęczonej wygranej z Carlisle nikt nie wierzy w to, że Liverpool wraca na właściwe tory.