To całkiem realny scenariusz tego, co wydarzy się w sobotę. Wtedy to angielscy rugbiści, jako jedyni z Europy typowani do zwycięstwa w Pucharze Świata, mogą przegrać z Australią i już po fazie grupowej pożegnać się z turniejem.

 

A to przecież siódmy, największy w historii globalny turniej rugby, w dodatku rozgrywany właśnie w Anglii. Pod każdym względem przewyższa dotychczasowe – liczbą kibiców (rekord padł w niedzielę na Wembley, gdzie mecz Irlandia – Rumunia oglądało 89 tys. fanów), liczbą turystów, którzy zjechali na Wyspy oraz kasą, jaką zostawią oni w hotelach, pubach i sklepach z pamiątkami (Puchar Świata ma dać gospodarce angielskiej zastrzyk szacowany na 1 mld funtów).

 

Dopełnieniem tej idylli mieli być sami angielscy rugbiści, którzy już raz wywalczyli Puchar Świata – w 2003 r. w Australii. Nigdy w historii nie udało się to jednak gospodarzowi, na co Anglicy liczyli najbardziej. Co gorsza dla nich, tytułu, a nawet szansy wyjścia z grupy, może ich pozbawić sąsiednia Walia, z którą gospodarze przegrali w minioną sobotę 25:28. To wszystko stałoby się nie zwykłą porażką, a upokorzeniem, czy nawet apokalipsą, którą zajmujący się rugby publicyści wieszczą Anglikom jak najbardziej serio.

 

Ten mecz miał niesamowitą historię od początku. Siadający na trybunach następcy brytyjskiego tronu – książęta Harry i William – stanęli po dwóch stronach. Zresztą tak bywa i na co dzień, ponieważ obaj sprawują prominentne funkcje w tamtejszych federacjach rugby – pierwszy w angielskiej, drugi w walijskiej. To dlatego William, obejmując księżną Kate, uśmiechał się od ucha do ucha i głośno dopingował swoich. Harry (jak na ironię książę Walii), patrzył na niego z politowaniem.

 

Pod względem emocji było to jedno z najlepszych spotkań w historii tego turnieju. Z nieprawdopodobnymi zwrotami akcji, prowadzącymi długo faworytami i akcją w samej końcówce, która odwróciła spotkanie. To było także starcie tytanów w sensie ścisłym. Aż trzech z pięciu graczy walijskiego ataku zostało odwiezionych do szpitala. Trup słał się gęsto także po drugiej stronie.

 

Po dwóch meczach sytuacja w grupie jest dla Anglików katastrofalna. Próbując podnieść swoich na duchu, tamtejsze media przypominają klęski, które nie odwracały losów drużyny, bo zaraz po nich następowała efektowna rehabilitacja. Tym razem zadanie jest wiele trudniejsze – Anglicy nie mogą przegrać, a nawet zremisować w sobotę z Australią. A o korzystny wynik może być bardzo trudno, bo Australia to jeden z faworytów, w dodatku z żądzą rewanżu za przegrany finał z Anglikami u siebie w 2003 r. Jeśli się nie uda, nadciągnie apokalipsa…

 

Na razie wieści dochodzące z angielskiego obozu są niepokojące. Kontuzja kolana wykluczyła z turnieju silnego zawodnika z niezwykle ważnej pozycji rwacza (trzecia linia młyna) Billy’ego Vunipolę. Zastąpi go weteran, 37-letni Nick Easter, dla którego będzie to trzeci Puchar Świata. Lista nieobecnych może być jednak dłuższa i budząca niepokój - Courtney Lawes poważnie narzeka na kolano, Ben Youngs na kostkę, etc. Straty mogły być jeszcze dotkliwsze, bo Tom Wood za kopnięcie w głowę Liama Williamsa, który stracił przytomność, dostał tylko ostrzeżenie zamiast dyskwalifikacji.

 

Pal sześć kontuzje, u Anglików zawsze liczyło się serce. I taka była drużyna z 2007 r. z wielkimi osobowościami, późniejszymi zwycięzcami Pucharu Świata: Phil Vickery (kapitan), Ben Kay, Jonny Wilkinson, Josh Lewsey, Lawrence Dallaglio i dwóch graczy, którzy pracują teraz jako trenerzy reprezentacji - Mike Catt i Andy Farrell. Mieli też charyzmatycznego trenera z niebanalną osobowością Briana Ashtona. Zachęcał graczy do samodzielnego myślenia, nie starał się być samcem alfa. To dlatego tak bardzo wierzył, że drużyna podniesie się po druzgocącej porażce z RPA 0:36 i meczach z Tonga, Samoa i USA, które Anglicy ledwie wygrali. Tak w istocie było – drużyna Ashtona dotarła aż do finału, kiedy znów przegrała ze Springboks tylko 6:15. Po drodze pokonała Australię i Francję.

 

Ale obecny trener Anglików Stuart Lancaster to nie Ashton. Zwłaszcza że zrezygnował z kilku ludzi, którzy w kryzysowych momentach mogliby wnieść dużą wartość. Np. Danny’ego Ciprianiego, uchodzącego przez lata za jeden z największych talentów w historii rugby.

 

Mimo krytycznej sytuacji, bukmacherzy wciąż typują Anglików w gronie ścisłych faworytów (7,5 za każdą postawioną złotówkę). Wyżej ceniona jest Nowa Zelandia (2,1), obrońca tytułu. W sobotnim starciu z Australią dają im więcej szans niż Australijczykom (1,7 do 2,2). Remis w tym spotkaniu wyceniany jest aż na 21 zł za złotówkę. Nawet gdyby padł, uśmierci Anglików na dobre.

 

Mecz Anglia – Australia w sobotę o godz. 21, transmisja w Polsacie Sport Extra.